Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Quentin Tarantino. Pewnego razu… w Hollywood, czyli w cieniu Bękartów wojny

Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz
Kadr z filmu "Pewnego razu… w Hollywood"
Kadr z filmu "Pewnego razu… w Hollywood" Sony Pictures Entertainment
"Pewnego razu… w Hollywood" to zdecydowanie najbardziej wyczekiwana premiera lata. Quentin Tarantino zatrudnił jak zawsze plejadę gwiazd, powspominał dawne czasy, własne filmy i zdecydował, że Rafał Zawierucha będzie Romanem Polańskim.

Skoro tytuł filmu odnosi się do spaghetti westernu Sergio Leone, z genialnym tematem harmonijkowym Ennio Morricone, wiadomo było, że znajdziemy się w królestwie westernu. Czyżby Quentin Tarantino celował w widzów 60+? Tyle lat mają przecież mniej więcej osoby, które pamiętają sobotnie wieczory z TVP1. Western co sobotę - czemu nie. A w niedzielę, zdaje się - serial "Bonanza", ten z palącą się mapą jako czołówką i nie mniej genialną czołówką muzyczną.

Zatem opowieść, a w zasadzie pewne szkice rozwijają się nieśpiesznie, za to nie brakuje cytatów z najróżniejszych westernów. Jeśli młodsi widzowie ich nie pamiętają, dostaną inny kod pop kulturowy. Postać Bruce'a Lee. Scena z jego obecnością jest zdecydowanie jednym z najzabawniejszych momentów filmu. Ale nie dajmy się zwieść. Ten film okaże się w efekcie wariacją na temat... "Bękartów wojny". W końcu wszystko to tylko rozrywka. Za to jak podana.

Kalifornia, słońce, skąpo odziane hipiski grzebiące po śmietnikach. Sceny filmów, w których występuje gwiazdor telewizyjnego serialu westernowego - w tej roli oczywiście Leonardo Di Caprio, samo filmowe miasteczko, wszystko odtworzone jest jakby czas się zatrzymał w 1969 roku. Brad Pitt, w roli żyjącego na krawędzi ubóstwa kaskadera wygląda fantastycznie, a i jego rola została napisana na dobrym poziomie komizmu. Poza tym obydwaj panowie wygłupiają się w owym filmie, ile wlezie. Grać idiotów to dla nich czysta radość. I robią to znakomicie.

Zjawiskowa Margot Robbie jako Sharon Stone nie ma za wiele do zagrania, więcej życia jest już w Margaret Qualley grającej hipiskę, czy Julii Butters, która w swoich kwestach uświadamia staczającemu się w otchłań samozagłady gwiazdorowi TV, czym powinno być aktorstwo. Tak przekonująco, że Di Caprio zapłacze.

Miejmy nadzieję, że nie zapłaczą się osoby, które liczyły na dużą rolę Rafała Zawieruchy. Jest za to na samym początku filmu, ma szansę zagrać w fajnym stroju na wielkim party, no i zrobić wrażenie na ekranowej postaci granej przez Di Caprio, kiedy zatrzyma swój wóz obok jego auta. A i sam Tarantino w dialogach składa Polańskiemu swego rodzaju specyficzny hołd.

"Pewnego razu… w Hollywood" ogląda się całkiem miło, szczególnie jeśli potrafi się odczytać kody pop kultury tak chętnie przez Quentina Tarantino eksplorowane i przetwarzane. I nie ma co się doszukiwać w tym kinie ambicji. To po prostu sprawnie zrealizowana i zagrana rozrywka - niemal bez fajerwerków. Ot, historia starzejącego się i staczającego aktora, obok którego akurat wprowadził się twórca "Rosemary's Baby".

Rafał Zawierucha po amerykańskiej premierze „Pewnego razu… w Hollywood”

Źródło: Dzień Dobry TVN

od 12 lat
Wideo

Płomień Solidarności z Ukrainą

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na poranny.pl Kurier Poranny