Ruszył proces w związku z tragicznym pożarem, w którym zginęło dwóch strażaków z Białegostoku (zdjęcia)

Izabela Krzewska
Izabela Krzewska
Proces spotkał się z ogromnym zainteresowaniem mediów. Niestety, decyzją sądu, dziennikarze nie mogli pozostać na sali rozpraw.
Proces spotkał się z ogromnym zainteresowaniem mediów. Niestety, decyzją sądu, dziennikarze nie mogli pozostać na sali rozpraw. W. Wojtkielewicz/ Polska Press
Przed sądem stanął we wtorek strażak dowodzący akcją. Prokuratura zarzuca mu złe rozpoznanie konstrukcji budynku, której część runęła pod ofiarami. Oskarżony nie przyznaje się do winy. Bliscy zmarłych z emocji nie byli w stanie zeznawać.

To był pierwszy tak dramatyczny wypadek z udziałem podlaskich strażaków od 1992 r., czyli od chwili powołania Państwowej Straży Pożarnej. W 2017 r. podczas akcji w magazynie na Dojlidach zginęli 26- i 29-letni funkcjonariusze białostockiej Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 1, pod którymi zawalił się podwieszany sufit. Po śmierci mundurowych straż w całej Polsce ogłosiła żałobę, a do Białegostoku przyjechał Komendant Główny PSP, który powołał specjalny zespół do zbadania okoliczności zdarzenia.

Niezależnie od tego śledztwo prowadziła Prokuratura Okręgowa w Białymstoku. Po 3 latach postawiła zarzuty dowodzącemu akcją, a we wtorek 30 marca przed Sądem Rejonowym w Białymstoku ruszył proces w tej sprawie.

Czytaj też: Białystok. Tragiczny pożar przy ul. Grunwaldzkiej. Trzy osoby nie żyją. Dwie skazane za nieudzielenie pomocy (zdjęcia)

- Zarzut to nieumyślne niedopełnienie obowiązków służbowych i niemyślne narażenie funkcjonariuszy z roty rozpoznawczej na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu - mówi prokurator Jarosław Wierzba, podkreślając, że chodzi tu o narażenie, a nie nieumyślne spowodowanie śmierci. Ma to nie tylko lżejszy "ciężar" moralny, ale także prawny. Oskarżonemu grozi nie 5 lat więzienia, a maksymalnie 2 lata pozbawienia wolności.

Relacja z pożaru: Tragedia na Dojlidach. Zginęło dwóch strażaków [WIDEO]

Śledczy, na podstawie m.in. zeznań świadków, zapisów nagrań rozmów z rejestratora PSP w Białymstoku oraz opinii biegłego z zakresu pożarnictwa,, uznali, iż oskarżony niewłaściwie rozpoznał zagrożenie. Nie zebrał w sposób dostateczny informacji na temat konstrukcji i umiejscowienia znajdującego się w budynku podestu technicznego i sufitu.

W śledztwie strażak nie ustosunkował się do postawionego mu zarzutu i odmówił wyjaśnień. Przed sądem zmienił zdanie. Nie przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia. Jakie? Tego niestety nie mogliśmy usłyszeć. Mimo ogromnego zainteresowania mediów, sąd wyprosił dziennikarzy z sali rozpraw, powołując się na niewielką salę i zagrożenie epidemiologiczne.

Z relacji obrońcy przekazanej po rozprawie wynika, iż informacje jakie otrzymał w czasie pożaru jego klient to fakt, że w budynku jest antresola i podwieszany sufit. Wyciągnął z tego wniosek, że sufit znajduje się powyżej antresoli. Okazało się odwrotnie.

- Łatwo jest oceniać coś post factum. Kiedy ma się pełną dokumentację, można analizować, wyciągać takie albo inne wnioski. Natomiast jeśli jest się w czasie akcji, robi się kilka rzeczy na raz, między innymi rozpoznanie - bo nie ma się planów, tylko informacje ustne - to takie przekazy odczytuje się jednoznacznie - uważa adw. Jan Oksentowicz.

Zobacz także: Śmierć strażaków. Takiej tragedii na Podlasiu nie było od 25 lat

Na rozprawę przyszli bliscy ofiar. Żona, partnerka, rodzice oraz rodzeństwo. Nie składali zeznań.

- Odstąpiliśmy od tego z uwagi na duże emocje. Sąd postanowił uznać za ujawnione bez odczytywania zeznania, które zostały złożone w toku postępowania przygotowawczego - tłumaczy adw. Michał Brodecki, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych. Taki status przyznano części pokrzywdzonym.

Sąd odroczył kolejną rozprawę do 29 lipca. Rozpocznie się przesłuchiwanie świadków wskazanych przez prokuraturę w akcie oskarżenia.

Tu oglądasz: Ostatnie pożegnanie strażaka, który zginął w pożarze

Od tragedii miną wkrótce cztery lata. 25 maja 2017 r. zapłonęła hala magazynowa przy ul. Poziomej 2, w której składowane były m.in. sztuczne kwiaty i opony. Pożar był bardzo intensywny. Do akcji zadysponowano w sumie ponad 100 strażaków i 31 pojazdów ratowniczych. W środku panowało duże zadymienie, a widoczność była słaba. Dwóch białostockich strażaków prowadziło rozpoznanie na piętrze. Jak się okazało, sufit był podwieszany. Zawalił się pod mundurowymi. Jeden z mężczyzn zmarł w wyniku upadku, drugiego zabiła wysoka temperatura, która sięgała  800 st. C. 

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

w
wolny

SĄDZIE szczere moje zdanie .

TO WINA SĄDU I PROKURATORA wy gamonie prowadzicie sprawę 2 lata i dopiero wokanda . A STRAŻAK ma na decyzje sekundy , góra minuty. A nie siedzenie w gabinecie pierdzenie w stołki .

Gdyby strażak gasił tyle co sądowi zajęło ROZPOZNANIE to owszem ludzi by żyli , ale wszystko spłonęło . Opieszałość prokuratora stała się przyczyną smierci 4 osób na Kasztanowej . Kiedy prokurator z sędzią dostaną akty oskarżenia .

Owszem nie rozpoznał , ale nie było na to czasu . Jak na wojnie była mina , był ostrzał z ckm i polegli .

Współczuję i rodzinom ofiar i oskarżonemu nie chciał śmierci kolegów.

Dodaj ogłoszenie