Galeria im. Sleńdzińskich. Siłacz. Jerzy Lengiewicz (1931–2016). Na wernisaż przyszli inni malarze (zdjęcia)

Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz
Galeria im. Sleńdzińskich. Wernisaż wystawy "Siłacz. Jerzy Lengiewicz (1931–2016)". Od lewej: Marta Pietruszko, kuratorka wystawy i Ilona Lengiewicz, żona Jerzego Lengiewicza Jerzy Doroszkiewicz
Na wernisażu retrospektywnej wystawy „Siłacz” Jerzego Lengiewicza pojawiła się żona artysty – Ilona Lengiewicz. Tłumnie przybyli też najlepsi białostoccy malarze.

- Pani Ilona jest niezwykle oddana pamięci męża – przyznaje Marta Pietruszko, kuratorka wystawy „Siłacz” z Galerii im. Sleńdzińskich. - Bardzo dba, żebyśmy cały czas o nim pamiętali i tak naprawdę to ona jest inicjatorką tej wystawy. I podkreślała znakomitą współpracę z Iloną Lengiewicz.

- Kiedy zobaczyłem, że motywem na zaproszeniu jest obraz z cyklu „Zmagania” a wystawa nosi tytuł „Siłacz” wróciły wspomnienia – mówi Jerzy Hermanowicz, historyk sztuki, znawca białostockiego malarstwa i jego historii. - Bodajże w 1974 roku Jurek na plenerze w Białowieży po raz pierwszy zaprezentował kilka obrazów z tego cyklu. Nazwał je prowokacyjnie „Bokserzy”. Większość kolegów dosyć krytycznie podeszła do tej twórczości, do tego malowania, bo inne obrazy Lengiewicza były eleganckie. To są obrazy estetyczne. Te z kolei początkowo mogły odrzucać. Były jakby aestetyczne. Ale to był ogromny przełom w twórczości Jurka. W pewnym momencie wzbiera w każdym z facetów w różny sposób jakaś siłą, która nie da się pomierzyć dynamometrem, ale jest takim elementem abstrakcyjnym. Faceta coś rozpiera, roznosi, jak gdyby chciał coś zrobić, coś pokazać i co w tym momencie się z nim dzieje. Te obrazy, nawet jeśli nazwiemy je brzydkimi, są w dużym stopniu przełomowe dla twórczości Jerzego Lengiewicza. Później jakby powrócił do te eleganckiej twórczości, by przejść do graficznych katedr, które były wypowiedzią człowieka dorosłego, takiego życiowego filozofa. Były już bardzo subtelne, wysublimowane i pełne eleganckiego czaru.

Jerzy Hermanowicz zwraca również uwagę na makietę instalacji przestrzennej, która znalazła się w Elblągu.

- To może być zaskoczeniem, ale w latach 60. XX wieku Jurek Lengiewicz był postrzegany jako czołowy reprezentant środowiska białostockiego i został zaproszony przez organizatorów spotkań elbląskich, przez Galerię El – mówi Hermanowicz. Jurek wrócił stamtąd z pomysłem, żeby stworzyć plenery, Mikołaj Wołkowycki dołożył miejscowość, Białowieżę, i w ten sposób powstały plenery białowieskie, moim zdaniem, najważniejsze wydarzenie dla środowiska białostockich plastyków.

To już trzecia wystawa prac nestora białostockiego malarstwa, jaka powstała pod kuratelą Marty Pietruszko. Pierwszą stworzyła jeszcze za życia, artysty, drugą otwierała w 2016 roku, złożoną z późnych grafik, a teraz jest trzecia. - Pamiętam, jak przy pierwszej wystawie pan Lengiewicz, jak ten siłacz, pokazywał mi swoje obrazy,przestawiał, zupełnie nieopierzonemu muzealnikowi, ale dla niego każdy odbiorca był istotny – wspomina Marta Pietruszko. - Zdejmował je ze sztalug, ustawiał kolejne, a ja oczarowana patrzyłam. Kiedy opowiadał mi o swoich plenerach, przygodach, wtedy nie byłam w stanie umiejscowić ich chronologicznie. Powiązałam dopiero po latach. Dlatego wystawie „Siłacz” towarzyszy piękna, 300-stronicowa monografia artysty.
- Jerzy Lengiewicz, jak większość twórców, uważał, że jego sztuka się rozwija, udoskonala i cały czas patrzył w przyszłość – opowiada Marta Pietruszko. - W wywiadach prasowych mówił, że najbardziej interesują go te obrazy, które właśnie maluje, a jego najlepszy obraz jest jeszcze przed nim. Dlatego każda jego wystawa prezentowała aktualne dzieła.

Dlatego wystawa „Siłacz” pokazuje Jerzego Lengiewicza przekrojowo.
- Zaczynamy od cudownych rysunków z połowy lat 50. XX wieku – tłumaczy Pietruszko. - W ogóle nie kojarzą się z jego malarstwem, raczej w stylu surrealizmu, Picassa. Są też filmiki - „Kronika Białostocka” z wczesnych lat 60. XX wieku. Chciałam też pokazać ten najlepszy według mnie etap jego twórczości, czyli lata 60. i chciałam też pokazać skąd wzięły się geometryczne formy. I wskazuje na makietę rzeźby Lengiewicza. - Oryginał ma sześć metrów – zaznacza Marta Pietruszko. - Ona stoi w parku w Elblągu, ta miniatura była kiedyś prezentowana w Muzeum Narodowym w Warszawie. Pan Jerzy tak się zakochał w elbląskich zakładach, które produkowały części do dużych maszyn i samolotów. Dla niego to była jedna wielka galeria sztuki kostruktywistycznej. Chciałam udowodnić, że to nie był tylko piewca białowieskiej przyrody, białostockich Chanajek, ale też twórca który swojego czasu był w bliskim kontakcie z polskimi awangardzistami, z Tadeuszem Dominikiem, z takimi teoretykami jak Bożena Kowalska czy Marian Bogusz. Jerzy Lengiewicz płynął głównym nurtem tych najbardziej awangardowych przemian w sztuce polskiej, był zapraszany na ogólnopolskie festiwale, zdobył w 1966 roku nagrodę w Monte Carlo i nagrodę zbiorową w roku 1969. To był wspaniały polski awangardzista!

Danuta Stenka w nowym serialu "Nieobecni". Jak go ocenia?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie