Robin D.G. Kelley – Thelonious Monk. Geniusz inny niż inni

Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz
Robin D.G. Kelley – Thelonious Monk. Geniusz inny niż inni
Robin D.G. Kelley – Thelonious Monk. Geniusz inny niż inni Wydawnictwo Kosmos Kosmos
Thelonious Monk – legendarny jazzowy pianista, mistrz wielu pokoleń, pod koniec 2019 roku doczekał się polskiego wydania niezwykle skrupulatnej biografii „Geniusz inny niż inni” jaką napisał Robin D.G. Kelley.

Robin D.G. Kelley, autor biografii „Thelonious Monk. Geniusz inny niż inni” zakochany w jazzie, nie tylko Theloniousa Monka, wykonał benedyktyńską pracę. Jej efekty ubrał w linearną pozornie formę, mimo to jego opasłe tomiszcze nie jest li tylko zwykłą biografią muzyka. Ukazuje tło kulturowe, cytuje fragmenty opinii krytyków, przygląda się z odpowiednią dozą powściągliwości prywatnemu życiu muzyka i wieloletniej, postępującej chorobie psychicznej.

Ale dominującym tematem, poza oczywiście muzyką, nagraniami, sposobem budowania fraz, porozumieniem między muzykami grającymi z Monkiem jest wszechobecny w życiu jazzmana amerykański rasizm. W genialnie zatytułowanym rozdziale „Co to jest jazz? To Nowy Jork, człowieku!” Thelonious Monk ma 5 lat i już wie, że na ulicach miasta trwa walka. „Nazywali mnie małpą” wspominał po latach. Po pół wieku nadal wspominał w wywiadach: przerobiłem temat bicia się z białasami, kiedy byłem dzieciakiem. Według małego Monka, kwintesencję rasizmu stanowili nowojorscy policjanci. „Zdawało się, że codziennie dostają rozkaz, żeby iść na ulice i nazwać każdego czarnego dzieciaka „gnojem””.

Na szczęście dla fanów jazu i samego Theloniousa, najważniejsza w jego życiu była zawsze muzyka. A tę czerpał – jak większość czarnoskórych muzyków – najpierw z wizyt w kościele. I szybko sam zaczął w kościołach grywać. I wbrew obiegowej opinii, nie wszystkie kościoły tworzone przez czarne społeczności i czarni duchowni akceptowali w świątyniach elementy jazzu i bluesa podczas mszy! Wręcz przeciwnie. Kiedy już Monk zaczął zarabiać graniem, opisuje jak ważną rolę pełniły w USA związki zawodowe. Policja dawała pozwolenie na granie, związki dbały o swoje składki. Kto widział ostatnio choćby „Irlandczyka”, na świeżo pamięta, o jakie wpływy i jakie sumy toczyła się gra. I c z tego, kiedy najlepsze miejsca do grania, szczególnie z transmisjami radiowymi, były zarezerwowane dla białych. Takie to były czasy.

Dziś byle celebryta stara się wykreować własny styl. W czasie II wojny światowej Thelonious Monk w berecie i z wpinką z małym fortepianem był kreatorem mody. To jemu przypisywano rozkręcenie modowego szaleństwa ery bebopu. Za to on sam uważał, że był właściwie wynalazcą tego stylu w muzyce jazzowej. „Dizzy i Bird... niczego mnie nie nauczyli” mówił Monk w wywiadzie. „Uważa się ich za twórców współczesnego jazzu, podczas gdy jedynie interpretowali moje pomysły”.

Thelonious Monk to także współtwórca legendy i potęgi wytwórni Blue Note. I skoro nie każdy akceptował samą muzykę, pokazywano go jako wielkiego artystę, twórcę bebopu. Policja wolała czarnoskórego muzyka widzieć raczej jako nieprzestrzegającego segregacji rasowej narkomana. Po raz pierwszy trafia do więzienia w 1948 roku za posiadanie niewielkiej paczuszki z marihuaną. Drugi raz dał się złapać z heroiną. Nie przyznał się do kogo należała i znów musiał trafić za kratki. Bo nikt nie chciał uwierzyć, ani zbadać muzyka, by sprawdzić że z heroiną nie miał do czynienia.

Praca muzyka to także podróże i związane z nimi anegdoty. Okazuje się, że kiedy Thelonious Monk po raz pierwszy wylądował w Paryżu w roku 1954, bez swoich stałych muzyków, zespół skompletował podczas „polowania na zioło”. Ale to jeszcze nic. Skrupulatny Robin D.G. Kelley opisuje wizytę kwartetu jazzmana i jego żony w Warszawie w roku 1966. Zagrał wtedy dwa koncerty, nagrał program dla telewizji i prawie tydzień odpoczywał w Polsce. Zaś w Pałacu w Wilanowie podobno rzucił się na łoże, a zadziwieni strażnicy muzealnych wnętrz nie wiedzieli jak zareagować. Muzykowi oczywiście się upiekło. Tak wspominał tę wizytę perkusista zespołu Benjamin Riley.

Z czasem u pianisty choroba psychiczna czyniła coraz silniejsze nawroty. Po raz pierwszy do szpitala psychiatrycznego trafił w 1957 roku, czyli w wieku lat 40. Wyszedł bez diagnozy, choć w tamtych, nieodległych przecież czasach, w przypadku czarnych pacjentów i bezkompromisowych artystów często stwierdzano schizofrenię paranoidalną. W 1970 roku, po ciężkim epizodzie maniakalnym trafił na dwa miesiące do psychiatryka. I - nie do wiary – leczono go… elektrowstrząsami. Dwa lata później zmienił lekarza, szpital i został poddany eksperymentalnej wówczas jeszcze terapii litem. Podobno czuł się lepiej, ale kilka razy wracał jeszcze do szpitala.

Muzycy, fani i krytycy twierdzą zgodnie – był geniuszem jazzowego fortepianu. Współtworzył historię gatunku, choć przyszło mu żyć w czasach, których historia USA powinna się wstydzić. A jednak potrafił tworzyć. Talent zatriumfował i przeszedł do historii. Zaś na rasizm wciąż musimy uważać. Książkę dla wydawnictwa Kosmos Kosmos przetłumaczyli Piotr Jagielski i Marcin Kowalczyk, tytuł zaś Filip Łobodziński.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.