Mirosław Kłosowski: Blues to nałóg. Z nałogu się tak łatwo nie wychodzi (wideo)

Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz

Wideo

Udostępnij:
Mirosław Kłosowski od przeszło czterech dekad stoi na czele blues rockowego zespołu 48 Godzin. Ma już swoją tabliczkę na Alei Bluesa, ale ciągle nagrywa płyty i promuje je na koncertach.

Jak to jest znaleźć swoje nazwisko za życia na Alei Bluesa?

Mirosław Kłosowski: Cieszę się, że za życia. Oczywiście to fajne uczucie. Kiedy przyjeżdżają do mnie znajomi spoza Białegostoku, pierwszym punktem zwiedzania jest Aleja Bluesa.

Jest w centrum, nie zgubią się. A co mówią o takim pomyśle?

Jeśli przyjeżdżają w towarzystwie znajomych, którzy nigdy wcześniej nie byli w Białymstoku, są dumni, że ich kolega, brzydko mówiąc, „leży” w tym miejscu. Niektórzy w ogóle po raz pierwszy stykają się z takim określeniem gatunku muzyki jak blues. Zatem aleja pełni też trochę rolę edukacyjną.

A jak było z edukacją muzyczną Mirosława Kłosowskiego zanim zabrał się za bluesa?

Pochodzę z muzycznej rodziny. Tata kiedyś grywał na akordeonie, mama grała na gitarze i na mandolinie. Instrumenty były w domu. Wyciągałem wielkie pudło na tapczan i próbowałem wydobywać jakieś dźwięki. Tak skutecznie, że złapało mnie i trzyma do dzisiaj.

Od razu bluesowo?

Ludzie różnie reagują na bluesa, kiedy pierwszy raz usłyszą. Albo go odrzucają, albo go zaczynają pochłaniać. Kiedy pierwszy raz, jako kilkunastolatek, usłyszałem Muddy’ego Watersa, ruszyło mnie tak mocno, że nie mogłem spać… jak niektórzy śpiewają. I nie mogłem w nocy spać (śmiech).

A Tadeusz Nalepa?

Oj, to później, jak pojawiła się płyta „Blues” Breakoutów. Na „Karate” to już wszyscy czekali. Byłem wtedy w liceum. Kombinowałem jak to zagrać.

Rodzice muzykowali, a nie chcieli wysłać syna do szkoły muzycznej?

Nie, byłem w klasie matematyczno-fizycznej. Rodzice w tym widzieli przyszłość i do dziś utrzymuję się dzięki nauce w tej właśnie klasie (śmiech).

Czyli do bluesa nie potrzeba nut?

Są potrzebne, tylko trzeba je zagrać, niekoniecznie trzeba je zapisywać. Edukacja z czasem się przydaje. Chcąc tworzyć coś ciekawszego, pograć jakieś inne rzeczy, trzeba zdobyć nieco muzycznego obycia. Nasz basista był na warsztatach u Krzysztofa Ścierańskiego. Kiedy wrócił, zupełnie inaczej zaczął rozumieć muzykę. Wcześniej nie mogliśmy się dogadać. Dobrze grał, klangował, wszystko było super. Tam spotkał innych basistów, którym zaufał i nagle wszystko zaczęło się nam układać.

Zatem układ mistrz-uczeń jest potrzebny?

Jak najbardziej.

Oprócz gitary były jakieś inne instrumenty?

Strasznie podobały mi się harmonijki ustne. Próbowałem szczęścia w graniu. W owym czasie profesjonalny sprzęt do grania bluesa był u nas praktycznie niedostępny. Można było coś ściągnąć z Węgier albo z USA.

A Kasa Chorych i Ryszard Skiba Skibiński - fantastyczny harmonijkarz - nie byli inspiracją?

Zazdrościłem Skibie tych wszystkich harmonijek. Nie powiem, że byłem pod wpływem Kasy Chorych, ale było coś na kształt takiej sportowej złości. Chciałem po prostu zorganizować taką kapelę i grać może nie tak samo jak Kasa Chorych, ale po swojemu choć w takim stylu. W pewnym sensie udało mi się. Znalazłem paru wariatów, dla których te dźwięki coś znaczą, potrafią poświęcić czas na próby. Zespół 48 Godzin nie jest przedsięwzięciem komercyjnym dlatego tym trudniej znaleźć chętnych do grania. Słuchaczy znaleźć jest znacznie łatwiej.

Po części się wam udało. Lata 80. XX wieku pokazały, że zespół grał, był nawet znany w Polsce, dostrzegany w finałach ogólnopolskich przeglądów.

W owym czasie karierę można było zrobić jeżdżąc właśnie na różne przeglądy. Najczęściej kończyły się festiwalem w Opolu (śmiech). O tym nie marzyłem, ale kilka przeglądów objeździliśmy, nawet z niezłymi efektami. Dziś trzeba robić to zupełnie inaczej. Wystąpić w jakimś telewizyjnym talent show, w którym można się wykreować. Nie wszystkie są fajne i nie zawsze są sprawiedliwe. I nie zawsze ci, co zwyciężają, robią później karierę.

Dlatego wymyśliliście sobie, że będziecie sami nagrywać i wydawać płyty? Jak to robiliście przy najnowszym albumie „Pocałuj mnie”?

Nagrywaliśmy w studiu „Rembrandt” Radia Białystok przez trzy wieczory. Wcześniej nagraliśmy perkusję, a potem nagrywaliśmy jednocześnie głos i gitary do nagranej perkusji. Dlatego zajęło to tak niewiele czasu. Płytę w swoim studiu zgrywał Marek Kubik.

Materiał powstawał przez kilka lat, czy tuż przed wejściem do studia?

Od wydania ostatniej płyty, „1410”, chcieliśmy grać coś nowego. W efekcie wykluły się pomysły na płytę. Zwykle staramy się, żeby było przynajmniej 10 piosenek. Więcej też nie, by słuchacz nie zanudził się przy naszej muzyce.

A jak jest na koncertach?

Na koncercie promocyjnym w połowie września w pubie 6-ścian było bardzo fajnie. Wszystkie koncerty życzyłbym sobie grać z publicznością, która żywo reaguje. Myślę, że większości się podobało. Nikt niczym nie rzucił, a były brawa. Taką publiczność bardzo cenię i biję jej brawo.

Czy w Białymstoku żyje taka kultura klubowa?

Występujemy bardzo rzadko, nie bardzo wiem, co się dzieje w innych klubach. Kiedyś często graliśmy w Kotłowni, ale odkąd klub przestał istnieć, nie gramy tam. Wcześniej funkcjonował Wojtek Puchalski, który prowadził różne kluby, puby i celebrował tę muzykę, zresztą sam śpiewał i grał bluesa. Wyjechał i według tego, co mnie spotyka, grania jest coraz mniej. Cieszę się, że mogliśmy zagrać w pubie przy Warszawskiej.

Kiedyś też zaczynaliście od grania w klubie.

Na Wygodzie był taki klub osiedlowy - „Czarny kot”. Próby mieliśmy w piwnicy, w salce z drzwiami z desek, zamykanej na kłódkę. Występowaliśmy gdzie się dało, na przykład na Białostockiej Wiośnie Muzycznej.

Kiedyś to było wydarzenie - zespoły cały rok ćwiczyły, żeby pokazać się na profesjonalnej scenie Miejskiego Domu Kultury.

Tak, taki występ to było coś.

A udawało wam się coś wtedy nagrywać?

Nie było takiej możliwości. Jarek Tioskow opowiadał mi, że żeby wejść do studia trzeba było mieć papiery ukończenia jakiejś szkoły muzycznej.


Wymyśliliście sobie nazwę od stanu wojennego?

Dla mnie ten stan trwał praktycznie przez całe lata 80. To było takie zawieszenie. Sam nie siedziałem nigdy 48 godzin - krócej, ale też mi się strasznie dłużyło.

A za co?

Za nic (śmiech). Można było trafić za kratki z różnych powodów - powiem tyle - nie mam się czego wstydzić.

Ale to nie przeszkadzało wystartować w Ogólnopolskim Młodzieżowym Przeglądzie Piosenki, który był organizowany przez Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej?

Nie pamiętam, jak tam trafiliśmy. Ja nawet nie zdawałem sobie sprawy, kto to organizuje. Nasz basista, świętej pamięci Jarek Michalczuk, powiedział: komuna płaci, to jedziemy! Nie ma co się szczypać. Graliśmy w finałach na przykład piosenkę „Demokracja”, którą napisałem wtedy pod wpływem bieżącej sytuacji. Nie było ostro, żadnego „precz z komuną”, tekst raczej refleksyjny. Jest na jednej z naszych płyt, dość często puszcza go Radio Akadera i ku mojemu zdumieniu rzeczywiście brzmi nadal aktualnie i broni się także od strony muzycznej.

Od początku 48 Godzin śpiewa po polsku.

Nie znam na tyle angielskiego, żeby pisać w tym języku. Można śpiewać standardy, ale mam inne spojrzenie na granie. Kiedy ktoś pierwszy raz styka się ze standardem, ma frajdę. Kiedy słyszysz go przy każdym graniu, na każdym koncercie, to w moim wieku staje się trochę męczące. Słyszałem tyle różnych wykonań „Hoochie Coochie Man” i teraz miałbym to zagrać inaczej? Inaczej już się nie da, chyba że ten kawałek nie będzie podobny do siebie.

Jest nowa płyta, nagrana w Radiu Białystok, pierwsze nagrania też chyba robiliście w tej stacji?

Pamiętam, że za trzy dni wynajęcia studia i zgranie materiału musieliśmy zapłacić 1500 zł.

To było dużo czy mało?

Zawsze jest dużo, bo trzeba wydać coś, co się prawdopodobnie nie zwróci.

Zatem postanowiliście sobie, że 48 Godzin to taki zespół, który pojawia się i znika?

Raz spróbowaliśmy pojeździć, zagrać jakąś trasę i wystarczy. To jest męczące. Jeżeli człowiek ma dwadzieścia kilka lat, spogląda na to inaczej niż w dojrzałym wieku - obrośnięty rodziną, jakimiś obowiązkami, przytrafiają się choroby. Trudno wszystko rzucić i jechać w trasę. Praca muzyka jest wyczerpująca.

Hobbystyczne granie jest lepsze?

Gdyby nie było wyjścia, może każdy szukałby w graniu pieniędzy. Muzyk musi grać i nie wybrzydzać.

Co powoduje, że co jakiś czas wracacie do studia?

Bo przygotujemy materiał i chce się go po prostu utrwalić.

Bez koncertów to jedyna szansa, żeby nie przepadło?

Jak nie zagrasz koncertu, to nawet nie zaprezentujesz płyty. Można wysłać do radia, ale i tak raczej większość nie puści bluesa, mają swoje preferencje.

A jak jest z bluesem w Białymstoku?

Jakieś kapele grają, może jest ich nawet więcej niż kiedyś. Sam Marek Gąsiorowski „wyprodukował” ludzi, którzy grali z nim, teraz grają ze sobą i to pączkuje. To nie jest tylko domena siwych i starych. Jak ktoś gra na gitarze, to prędzej czy później trafi na bluesa, nie ma siły. Nie można grać na gitarze, nie grając bluesa.

I będziecie grać dalej?

Oczywiście. To jest nałóg. Z nałogu się tak łatwo nie wychodzi.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie