Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Misjonarka świecka żyła w slumsach. Podlasianka Monika Krasowska wróciła po ponad roku z Ekwadoru. Poznaj jej niesamowitą historię!

Adam Jakuć
Adam Jakuć
Wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Spędziła 14 miesięcy w najniebezpieczniejszym mieście Ameryki Południowej. Mieszkała w slumsach, wśród gangów narkotykowych, gdzie strzelaniny, porwania i kradzieże były na porządku dziennym. Podlasianka Monika Krasowska wróciła właśnie z misji świeckiej w Ekwadorze. Uważa, że to było najlepsze doświadczenie jej życia. Na misję wysłała ją organizacja pozarządowa "Domy Serca".

Spis treści

Trzy tygodnie temu przyleciała do zimnej Polski z upalnego kraju, położonego w Ameryce Południowej nad Oceanem Spokojnym. Z Ekwadoru wróciła cała, ale zmieniona.

- To było najlepsze doświadczenie mojego życia - niełatwe, ale przepiękne. Wróciłam naprawdę z ogromną wdzięcznością za moje życie - przyznaje ze wzruszeniem Monika Krasowska.

Nie była zbyt praktykującą katoliczką

Nigdy nie planowała wyjazdu na misję. Owszem, wychowała się w rodzinie katolickiej i uczyła się nawet w liceum salezjańskim. Ale - jak mówi - nie była zbyt praktykującą katoliczką. - Dopiero siedem lat temu poczułam, że wiara jest ważnym elementem mojego życia - wyjawia.

Wychowała się w małej wsi koło Siemiatycz. Skończyła ekonomię w Lublinie. W Warszawie pracowała jako rekruterka w dużych firmach. Zwiedziła niemal całą Europę oraz dwukrotnie Izrael. Dwa lata temu dowiedziała się, że jej znajoma ze wspólnoty kościelnej wybiera się na misję świecką do Kostaryki.

- Przyznam szczerze, że jak to usłyszałam, to moje serce zaczęło bić jak szalone. Tak mnie to poruszyło - wyznaje Podlasianka.

Za przykładem koleżanki zgłosiła się na wolontariuszkę do „Domów serca”. To organizacja pozarządowa istniejąca od ponad 30 lat.
Prowadzi 40 placówek misyjnych w 26 krajach na pięciu kontynentach.

- Podjęłam decyzję, że mogę poświęcić i zaryzykować te moje 14 miesięcy życia i zrobić coś dla innych - wyjaśnia 33-latka.

Organizacja powiadomiła Monikę, że zostanie wysłana na misję do... Ekwadoru. Kobieta się zgodziła i przeszła kilkumiesięczne przygotowanie. W krótkim czasie poznała podstawy języka hiszpańskiego. Pieniądze na wyjazd zbierała wśród darczyńców w diecezji drohiczyńskiej. - „Domy serca” kierują wolontariuszy tam, gdzie są oni najbardziej potrzebni w danym momencie - tłumaczy.

Zobacz galerię zdjęć ze świeckiej misji Moniki Krasowskiej w Ekwadorze:

Misja w slumsach

Pełna nadziei i entuzjazmu poleciała do dwuipółmilionowego Guayaquil. To największe miasto, a zarazem najważniejszy port handlowy, w Ekwadorze.

- Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że udaję się do najniebezpieczniejszego miasta w Ameryce Południowej - mówi z uśmiechem.

Jej „Dom serca” znajdował się w dzielnicy Isla Trinitaria, nazywanej Wyspą Skazańców. To część miasta, do której od ponad 30 lat sprowadzają się ludzie, których nie stać na życie w lepiej rozwiniętych rejonach Guayaquil. - Mieszkałam w najuboższej dzielnicy miasta, która wygląda jak slumsy. Jest tam bardzo dużo gangów narkotykowych -spokojnie relacjonuje.

Świat, który zobaczyła na własne oczy, znała dotychczas tylko z mediów i filmów. Na ulicach zalegały sterty śmieci. Wiele domów było prowizorycznych. Przestępstwa zdarzały się codziennie: porwania dla okupu, kradzieże, a nawet zabójstwa.

- W czasie strzelanin chowałam się, żeby mnie nikt nie zauważył. Jeżeli tacy bandyci zorientują się, że ktoś zobaczył ich twarz, to po prostu przychodzą i zabijają świadków - opowiada z rozbrajającą szczerością.

Podlasianka nigdy nie widziała, żeby policjanci interweniowali w takich sytuacjach. Jej zdaniem, organy ścigania w Ekwadorze są skorumpowane i zastraszone.

- Jeżeli są jakieś porachunki mafijne, to policja tam nie przychodzi, bo też są gangsterzy, którzy dostają pieniądze za zabijanie policjantów - dodaje.

Po ulicach poruszała się zawsze w towarzystwie innego wolontariusza lub wolontariuszki. Obowiązkowo - bez drogich rzeczy takich jak na przykład telefon komórkowy. Tak było bezpieczniej. Poza nieprzyzwoitymi komentarzami, wypowiadanymi przez grupki młodych mężczyzn, nigdy nic złego jej się nie przytrafiło.

- Gdybym pojechała tam z jakimś lękiem, że mi coś zrobią, to pewnie by mi coś zrobili. Ale pojechałam z takim przekonaniem, że jadę jako misjonarka i po prostu mam pokochać tych ludzi i im służyć - przekonuje.

Kiedy wyjeżdżała do Ekwadoru, kolega dał jej na wszelki wypadek gaz pieprzowy do obrony. Nigdy go nie użyła. Spray przeleżał ponad rok w jej szufladzie.

Dom Serca jak dar od Boga

Podlasianka zapewnia, że mieszkańcy Wyspy Skazańców przyjęli ją z niezwykłą życzliwością. Są już przyzwyczajeni do tego, że zagraniczni wolontariusze przyjeżdżają im pomagać. W końcu „Dom Serca” działa w Guayaquil od ponad dwudziestu lat. Głównym zadaniem Moniki, co ciekawe, nie była ewangelizacja, ale codzienne towarzyszenie ludziom biednym, samotnym, pokrzywdzonym, nieszczęśliwym i chorym.

- Do naszego domu codziennie, od rana do wieczora, przychodziło bardzo dużo osób, zwłaszcza dzieci. Rozmawialiśmy z nimi, bawiliśmy się, czasem wspólnie modliliśmy się - wspomina z czułością.

Monika wspólnie z innymi wolontariuszami odwiedzała przytułek dla bezdomnych i chorych prowadzony przez siostry misjonarki od matki Teresy z Kalkuty oraz szpital psychiatryczny. - Spędzaliśmy czas z tymi osobami. Karmiliśmy je, kładliśmy do łóżka. Modliliśmy się różańcem - mówi.

Monika bardzo często spotykała w swojej dzielnicy wielodzietne rodziny. Zauważyła, że rodzice pracowali całymi dniami, a ich dzieci włóczyły się bez opieki. Wiele z nich to półsieroty.

- Często się zdarzało, że ojcowie zostali zabici w porachunkach gangów albo siedzieli w więzieniach - stwierdza ze smutkiem podlaska misjonarka.

Ekwadorczycy zapraszali ją także do swoich domów. Spędzała z nimi uroczystości rodzinne, te radosne jak urodziny lub te smutne jak pogrzeby.

- Dostawaliśmy za darmo ich zaufanie i przyjaźń. Traktowali nas jak swoich przyjaciół. Zwłaszcza starsze panie mówiły, że jesteśmy jak taki dar od losu i od Pana Boga - mówi z odrobiną tęsknoty w głosie Monika.

W Ekwadorze prawie trzy czwarte społeczeństwa stanowią katolicy, kilkanaście procent to protestanci. - Ekwadorczycy są dosyć wierzący. Żyją w takim zaufaniu do Boga. Muszę jednak przyznać, że łączą wiarę katolicką z elementami wierzeń indiańskich - precyzuje Podlasianka.

Jedna z wielopokoleniowych rodzin zabrała ją nawet na kilkudniowy wyjazd w góry Andy. Na wysokości 3000 metrów brali udział w uroczystościach odpustowych. - Miałam uczucie, że jestem w dziewiczym miejscu, blisko natury. Ludzie tańczyli, bawili się w niezwykle rodzinnej atmosferze - opisuje.

Laurka dla taty

Podczas misji radość przeplatała się jednak z chwilami smutku i ludzkich dramatów. Monika nigdy nie zapomni dziesięcioletniego chłopca, Tiago, który mieszkał nieopodal z ciocią i kuzynami. Jego historia jak w soczewce przedstawia los jego pokolenia.

- Pod koniec lutego przyszedł do naszego domu i poprosił mnie, żebym pomogła mu namalować laurkę dla taty, który następnego dnia wychodził z więzienia. To było naprawdę wzruszające - rozpoczyna opowieść podlaska wolontariuszka.

Monika pomogła namalować laurkę. Powitanie taty pewnie było najszczęśliwszym dniem w życiu chłopca. Radość nie trwała jednak długo. Niestety, dwa miesiące później jego ojciec, Ricardo, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

- Został bardzo brutalnie zabity. Jego ciało porzucono w innej dzielnicy miasta - przekazuje misjonarka i dodaje, że wkrótce starszy brat Tiago poszedł w ślady ojca i trafił do więzienia.

- Tiago był takim bardzo spokojnym i dobrym chłopcem. Dużo było takich historii. Każdego dnia słyszeliśmy, że ktoś został zabity, że ktoś został porwany dla okupu - z żalem podsumowuje kobieta.

Trzęsienie ziemi

Monika przeżywała także osobiste dramaty w trakcie posługi w Ekwadorze. Dwukrotnie misja stanęła pod znakiem zapytania. W marcu przeżyła trzęsienie ziemi, pierwszy raz w życiu. Była w kaplicy „Domu serca”, adorowała jak co dzień Najświętszy Sakrament. Nagle ściany i podłoga zaczęły się poruszać.

- Nie wiedziałam , jak się zachować. Ziemia kołysała się jak fale na morzu. Nie panikowałam. Usiadłam na podłodze i dalej się modliłam - opowiada bez żadnego strachu.

Trzęsienie trwało kilka minut. Okazało się, że w dzielnicy niektóre domy zostały uszkodzone, ale nikt nie zginął. - Inni wolontariusze wybiegli z budynku. Bo takie są zasady. Ja o nich wtedy nie wiedziałam. Potem się ze mnie śmiali, że zostałam w tej kaplicy - puentuje.

Jednak najgroźniejszym "trzęsieniem ziemi" w życiu Moniki okazała się diagnoza ekwadorskich lekarzy. Podlasianka niemal od początku misji źle się czuła. Wykryto u niej guza nowotworowego żołądka.

- Ten moment, kiedy usłyszałam diagnozę, był naprawdę bardzo trudny dla mnie i dla moich bliskich. Wszyscy prosili, żebym wracała - zwierza się.

Guz na szczęście okazał się niezłośliwy. Po konsultacjach z onkologami z Ekwadoru i Polski Monika postanowiła kontynuować misję. - Lekarze pozwolili mi zostać. Monitorowali na bieżąco stan mojego zdrowia. Były momenty, że czułam się słabiej. Bywały dni, że musiałam odpoczywać w domu - przyznaje podlaska misjonarka i dodaje, że za jakiś czas i tak będzie musiała się poddać operacji.

Monika Krasowska: Nie daję sobie w kaszę dmuchać

Wielkim, choć fascynującym, wyzwaniem okazała się dla Moniki współpraca z wolontariuszami z innych krajów. Polka mieszkała w „Domu Serca”, na różnych etapach misji, z Argentynką, dwoma Francuzami i Francuzką, Belgiem i Gwatemalczykiem.

- Moje życie wspólnotowe to jeden z najtrudniejszych, a jednocześnie najpiękniejszych elementów mojej misji. Życie z obcokrajowcami w innym kraju, w innej kulturze, naprawdę bardzo rozwija pod kątem właśnie relacji międzyludzkich - podkreśla misjonarka z Podlasia.

Wszyscy musieli rozmawiać ze sobą po hiszpańsku. Spierali się zazwyczaj o sprawy organizacyjne. Najtrudniej Monice było dogadać się z krewkim Belgiem arabskiego pochodzenia. - Należał do osób dosyć wybuchowych. Miał takie poczucie, że mężczyzna musi być dominujący. A ja jestem osobą, która raczej nie daje sobie w kaszę dmuchać - informuje z dumą , choć bez złości.

Pewnym ułatwieniem było to, że liderem zespołu wolontariuszy na Isla Trinitaria była Polka, z kilkuletnim doświadczeniem misjonarskim. Monika Krasowska zapewnia, że do dziś utrzymuje serdeczne kontakty z byłymi współpracownikami. - Rozstaliśmy się w bardzo przyjacielskich warunkach ze wszystkimi. To jest piękne, że teraz mam grono przyjaciół - misjonarzy - cieszy się.

W Ekwadorze czas płynie wolniej

Monika nie żałuje tych 14 miesięcy spędzonych w Ekwadorze. Uważa, że Polacy mogą uczyć się optymizmu i wyluzowania od Ekwadorczyków.

- My chyba za dużo marudzimy, a oni widzą pozytywy nawet w trudnych sytuacjach. Ogólnie latynosi są narodem bardzo radosnym. U nich ciągle gra muzyka i ciągle tańczą - potwierdza z podziwem powszechnie znany stereotyp o mieszkańcach Ameryki Południowej.

Monika nie chce, żeby Ekwador kojarzył się Polakom tylko z gangami narkotykowymi i biedą w slumsach. Zapewnia, że kraj ma fascynującą, dziką przyrodę i zniewalające widoki w górach i nad oceanem. Przyznaje także, że czas w Ekwadorze płynie znacznie wolniej niż w Europie. Normą jest, że ludzie notorycznie się wszędzie spóźniają.

- Pamiętam jak nas zaproszono na urodziny synka naszych przyjaciół na godzinę 13 w niedzielę wielkanocną. My byliśmy punktualnie, ale nic nie było gotowe. Goście przychodzili o szesnastej, a jedzenie było podane o dziewiętnastej - śmieje się Polka.

Syndrom powracającego misjonarza

Cieszy się, że już wróciła do ojczyzny i do rodziny, choć odczuwa także pustkę i tęsknotę.

- Jest taki syndrom powracającego misjonarza. W Ekwadorze moje życie było intensywne. Zawsze miałam coś do roboty, każdy czegoś ode mnie chciał. Wróciłam i nagle jest wszystko takie spokojne - przyznaje.

Po podróży życia polskie problemy wydają się teraz Monice znacznie mniejsze niż kiedyś.

- Nie ma u nas takich problemów systemowych, z których nie ma wyjścia. W Polsce naprawdę żyjemy bezpiecznie i spokojnie w porównaniu z tym, co tam się dzieje - mówi.

Dzięki misji w Ekwadorze 33-letnia Podlasianka - jak mówi - nauczyła się pokory i doceniła swoje życie. Po świętach Bożego Narodzenia zamierza wrócić do pracy w Warszawie, dokończyć leczenie i spełnić swoje kolejne marzenie.

- Mam nadzieję, że spotkam męża, założę rodzinę i będę miała dużo dzieci - wyznaje.

Obecnie na misjach świeckich w „Domach Serca” na całym świecie przebywa tylko 14 Polaków, w tym jeden z województwa podlaskiego. To Podlasianka, która służy w Peru. Statystycznie najwięcej wolontariuszy pochodzi z Francji, Argentyny i Niemiec. Natomiast najwięcej świeckich misjonarzy brakuje w tej chwili w Ekwadorze, Grecji, Indiach, Hondurasie i na Kubie.

Zobacz także:

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na poranny.pl Kurier Poranny