Fabryka lodu to dobry interes. Na sprzedaży zamrożonych...

    Fabryka lodu to dobry interes. Na sprzedaży zamrożonych bryłek można nieźle dorobić.

    Andrzej Lechowski

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Mroźna zima to znakomity interes. Takie zimy przed wojną szły jedna po drugiej. Więc po nocnych, siarczystych mrozach pieniądze leżały wszędzie. Tą żyłą złota był lód.
    Rynek Kościuszki, zima 1937/38

    Rynek Kościuszki, zima 1937/38 ©Ze zbiorów Tadeusza Chańki

    Trzeba się było tylko schylić! W styczniu czy lutym, rzecz banalna, kto by sobie nim głowę zaprzątał, ale co przebieglejsi, zaznajomieni z interesami, wiedzieli, że w lipcu, sierpniu, aż do następnej zimy ten, kto będzie miał lód, będzie miał wszystko.

    Lód był potrzebny choćby w domu. Dzięki niemu można było przechowywać żywność. W bogatszych mieszkaniach już pod koniec XIX wieku pojawiły się chłodziarki. Te pralodówki były najczęściej blaszanymi szafkami obłożonymi drewnem. W górnej ich części znajdowała się szuflada, do której wkładano bryłę lodu. Szuflada miała jakąś rurkę, przez którą po rozpuszczeniu lodu woda wypływała na zewnątrz.

    Bez lodu nie mógł funkcjonować szpital. Powszechnie stosowano bowiem lód na obniżenie temperatury ciała. Przykładano go też do ran bądź uśmierzano nim ból.

    W lecie na ulicach pojawiali się sprzedawcy lodów śmietankowych. Przy budkach z tymi specjałami piętrzyły się bryły lodowe, którymi okładano metalowe pojemniki z lodami.

    W Białymstoku, na Szosie Żółtkowskiej (Jana Pawła II), przy Rzeźni Miejskiej, uruchomiono wytwórnię lodu, szumnie nazwaną fabryką. Niedoskonałość stosowanej wówczas techniki powodowała częste jej awarie, aż w 1926 roku wytwórnia została zamknięta. Białostoczanom pozostało zaopatrywanie się w lód u przypadkowych producentów. Ci zaś tylko czekali na pierwsze mrozy, które zetną Białkę. A jeszcze lepiej, gdy mróz skuł stawy na Mickiewicza. Były one ulubionym miejscem białostockich lodziarzy. Ani im, ani nabywcom lodu nie przeszkadzało to, że przez cały rok do tych stawów okoliczni mieszkańcy wrzucali wszelkie możliwe śmiecie i odpadki. W konsekwencji w takiej lodowej cegle wyciętej z mickiewiczowskiego stawu można było znaleźć niebywałe niespodzianki. "Lód ten nadziewany był zdechłymi kotami, psami i inną padliną". Apelowano więc, aby władze sanitarne czym prędzej zainteresowały się tym procederem.

    Po 1930 roku udało się wreszcie ponownie uruchomić miejską wytwórnię lodu. W 1934 roku przystąpiono do modernizacji urządzeń chłodniczych, po to, aby miejski lód był specjalnie barwiony na kolor różowy. W ten sposób kupujący mogli zorientować się natychmiast, czy kupują lód z "nadzieniem", czy czysty. Oczywiście, że wszystkie te poczynania nie ukróciły "nielegalnych" źródeł wytwarzania lodu. Wytwórnia miejska nie zaspokajała w pełni potrzeb miasta. A te stale wzrastały, zwłaszcza że po mroźnych zimach przychodziły suche, upalne letnie miesiące. Lód był wówczas poszukiwanym towarem. Władze apelowały, aby kupować tylko ten różowy, ale skoro było go za mało, to pozostawał tańszy i brudny.

    W tamtych latach narodziła się w Białymstoku tradycja organizowania "akcji lodowych". Ich prekursorem było Towarzystwo Dobroczynne Linas Chojlim. To ono zaopatrywało w lód chorych "bez względu na wyznanie i narodowość, ale także bez różnicy na zamożność".

    W 1934 roku członkowie Linas Chojlim rozdali lód 20 tysiącom chorych! Akcja cieszyła się dużym powodzeniem. Po Białymstoku z początkiem każdego roku krążyli kwestarze zbierający pieniądze, za które kupowano lód w miejskiej wytwórni.

    Lód ten magazynowany był w piwnicach budynku przy Zamenhofa 19, gdzie Towarzystwo miało swoją siedzibę. Jego gromadzenie rozpoczynano w styczniu, tak, aby już na początku wiosny piwnice zapełnione były do stropów. Dzięki tej akcji, gdy w "lecie i jesienią w mieście nie można było dostać lodu nawet za pieniądze, wtedy właśnie Linas Chojlim zaopatrywało w lód nie tylko tysiące prywatnych chorych, ale i szpitale".

    Dziś mamy prostsze życie. Mrożonki, lodówki, lody z automatu, a nawet sztuczne lodowiska dla łyżwiarzy są. Kto by tam wycinał lodowe bryły czy ślizgał się na stawie przy Mickiewicza. Pewnie pozostały tam już tylko zdechłe koty i inne mało historyczne "specjały".

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo