Białostoczanie gwarzą śpiewająco

Jerzy Doroszkiewicz
Nam się udało, bo od kilku lat jest moda na folklor - mówi Maria Żynel z zespołu Południce
Nam się udało, bo od kilku lat jest moda na folklor - mówi Maria Żynel z zespołu Południce Jerzy Doroszkiewicz
Podczas festiwalu "Przeczytać Białystok 2013" o białostockiej mowie w literaturze dyskutowali pisarz Krzysztof Gedroyć, dziennikarka Dominika Dębska i dyrygent Tomasz Płatek. Do ich rozmowy włączała się także publiczność. Spotkanie w Teatrze Dramatycznym przebiegało pod hasłem "Przeczytać po naszemu".

Dominika Dębska, dziennikarka Radia Białystok: Z rzeczywistości wziął się pomysł, żeby zrobić słownik mowy regionalnej. Regionalizm językowy wciąż jest silny na ulicach Białegostoku. Wystarczy pójść na Rynek Kościuszki i porozmawiać z ludźmi w ogródkach piwnych, wtedy cechy regionalne są łatwe do usłyszenia. Podobnie w tradycyjnych miejscach, jak dworce, ryneczki, autobusy. Pracując nad słownikiem miałam ochotę jadąc autobusem wyciągnąć mikrofon i nagrywać ludzi rozmawiających ze sobą, bo tych cech regionalnych było naprawdę wiele. Nie tylko u mieszkańców starszej daty, ale także u młodych dziewcząt. Zarówno fonetyka, jak i słownictwo są bardzo specyficzne.

Tadeusz Płatek, dyrygent OiFP, felietonista: Ja przyjechałem z Krakowa, gdzie mówi się całkiem inaczej i zderzenie z melodią białostocką było bardzo brutalne. W Krakowie nie ma melodii, a tu jest. I dlatego w Białymstoku jest najlepszy chór w Polsce, a ludzie jak mówią, to śpiewają. To jest piękne. Żyjąc w Krakowie od razu rozpoznaje się kogoś, kto przyjeżdża z Białegostoku, a mój sposób mówienia nie zrobił tu na nikim żadnego wrażenia, nikt nie mówił - na pewno jesteś z Krakowa. Regionalizm podlaski jest bardziej wyrazisty i kolorowy niż regionalizm krakowski, chociaż zapewne nie jest tak wyraźny jak regionalizm góralski.

Krzysztof Gedroyć, pisarz: Ja z różnymi językami, które są na Białostocczyźnie stykam się właściwie od dzieciństwa. Wychowywałem się w Białymstoku, ale pierwsze spotkanie z inną mową miałem już w piaskownicy, bo moi koledzy przyjechali ze wsi z rodzicami i wyczuwałem, że to jak mówią jest bardzo inne. W dodatku ta poprawna mowa polska, która panowała u mnie w domu i przymus szkolny powodowały, że bezdyskusyjnie było powiedziane, co jest właściwe, a co nie. Moje rozpoznanie tej innej mowy było związane z czymś poważniejszym - rozpoznaniem czegoś właściwego i niewłaściwego. To pęknięcie, te dwie kultury w Białymstoku - polska i ruska, szeroko rozumiane, nadal występują, na różnych płaszczyznach: mentalnościowej, politycznej, ale to odrębny temat. Spotkanie innej mowy było formą prefiguracji kogoś innego, może nawet obcego. To są kwestie wykraczające bardzo daleko poza sam język.
Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo i do czego inspiruje ta inna mowa. Na przykład środowiska białoruskie ta mowa inspiruje, żeby ją kultywować. Wszyscy wiemy, że ta kultura białoruska toczy się tutaj takim wewnętrznym kręgiem i właściwie jest mało spotkań między kulturą polską a białoruską na szerokim poziomie publicznym. Te zamknięte środowiska białoruskie mówią po prostu tak, jak chcą. To nie dotyczy białoruskości tylko rozmaitych gwar, które tu występują. To mowa prosta, tutejsza, nasza, i tak dalej. Mnie to zainspirowało do posłużenia się konglomeratem tych mów w pisaniu książki "Piwonia, niemowa, głosy". Do napisania czegoś o historii Białegostoku. Inspiruje też na płaszczyźnie politycznej, na pewno bardzo ciekawy jest wątek religijny, ten podział na prawosławie i katolicyzm. Z faktu, że występują tu różne mowy każdy próbuje coś z tego ugrać.

Dominika Dębska: Pojawia się trochę taka moda wśród młodych ludzi, że kiedy wyjeżdżają w inne regiony Polski, żeby się tej mowy nie wstydzić. To takie hipsterstwo w mowie - na przykład - powiem "dla ciebie" a nie "tobie". Na płaszczyźnie towarzyskiej można sobie pograć taką innością, mamy też cykl "U pana Boga…", który pokazał, że jest w niej pewien potencjał, który można wykorzystać, nawet komercyjnie. Nie wiem, czy starsi chcieliby się taką mową chwalić, jak teraz czynią to młodzi.

Tadeusz Płatek: Odnoszę wrażenie, że język podlaski mało inspiruje Podlasian. Przyszła mi do głowy taka konstatacja, że język regionalny staje się powodem do dumy jakiejś grupy, wtedy zaczyna ona na nim robić pieniądze. Górale bardzo dobrze wykorzystują mowę, żeby robić na tym pieniądze. Nawet te parzenice, kierpce, są po części wymyślone, ale oni widząc, że to zaciekawia, stają się z tego bardzo dumni. Oni coraz bardziej hermetyzują gwarę góralską, mówią nią tylko między sobą, podobnie jest ze Ślązakami czy mieszkańcami Tyrolu. Tu, na Podlasiu, regionalizm jeszcze nie jest sposobem na życie, a mógłby być. Bo jest wspaniałe jedzenie, unikalny, piękny i melodyjny język, ale nie funkcjonuje tak mocno, jak góralszczyzna. Jestem przekonany, że ten język podlaski będzie bardziej wykorzystywany, tu jest za dużo bogactw i wspaniałości, żeby nie zacząć się z tym utożsamiać i traktować jako markę, tylko trzeba mieć jakieś pomysły.

Krzysztof Gedroyć: Czy ten fakt ma potencjał? Ta mowa jest obarczona u wielu ludzi dużą wstydliwością. Złą pamięcią związaną z historią polityczną tych terenów. Ta mowa związana jest z pamięcią, która mówi, że jej gorszość przeszkadza w robieniu kariery w Polsce. To jest związane ze stygmatyzacją i ten fakt w lokalnej socjologii był już opisywany. Posługiwanie się tą mową w okolicznościach publicznych powoduje przypisanie do pewnej grupy narodowej białorusko-ruskiej, bo tu mętlik w głowie jest olbrzymi, i teraz pytanie - jak to wykorzystywać? Chyba najbardziej w sztuce można ją wykorzystać, jako pewną odmianę polskiej mowy, może przygraniczną? Na to wskazują fakty - powodzenie filmów, które się posługują tą gwarą, książki, moda na kresowość, to wszystko działa. Przecież już Stanisław Wyspiański pisząc "Wesele" wprowadził ludową mowę do sztuki.

Dominika Dębska: Ten język jest żywy, bo nie miałam wielu problemów z nagrywaniem audycji.

Krzysztof Gedroyć: Miałem taki pomysł, żeby w jakiejś restauracji albo kawiarni mówić tylko po swojemu.

Tadeusz Płatek: Wiem, jak to działa i to dosyć straszne. W kantynie pracowniczej w operze podlaskiej pani mówi: "sałatkę dla pana", to odpowiadam: "skoro pani tak nalega", a ona "to się pytam - sałatkę dla pana". Zauważyłem, że słowa są w Polsce wszędzie te same, ale troszeczkę inna melodia i składnia. Ta pani zawsze, kiedy zadaje pytanie, to ma kadencję i ja zawsze czuję się trochę zagubiony - nie wiem czy pyta, czy odpowiada, nawet kiedy mówi "która godzina".

Damian Kudzinowski, Stowarzyszenie Fabryka Bestsellerów: Problem polega na tym, że gdyby taka rozmowa odbywała się na Śląsku czy na Kaszubach, to nie byłoby szeregu odcieni języka, a tu mówimy o odmianie języka, którą sami białostoczanie uważają za jakąś gorszą odmianę polskiego, za czym idzie gorsze, bo wiejskie, pochodzenie. To stereotypowe myślenie, ale nie mówimy o języku, który jest dumą, tylko o takim, którego często się wstydzimy, idzie za nim pochodzenie społeczne i wartościowanie.

Tadeusz Płatek: W Białymstoku nie ma takiego wyraźnego rozgraniczenia jak na Śląsku czy Kaszubach, co jest regionalizmem, a co językiem oficjalnym.

Damian Kudzinowski: No właśnie - można mówić o języku, kiedy da się na nim zarabiać, a czy on się wykształca lub może się wykształcić?

Krzysztof Gedroyć: Moim zdaniem on przepadnie, może pozostanie w jakichś obszarach kultury. Może za wiele lat to by się odmieniło. Teraz nie ma presji narodowej.

Dominika Dębska: Naszego języka nie ma się co wstydzić, bo miał też wpływ na utworzenie normy ogólnopolskiej, choćby w akcentowaniu.

Tadeusz Płatek: W Krakowie i Poznaniu też tak uważają, że to oni tworzą normy (śmiech).

Marek Kochanowski, literaturoznawca: Na góralszczyznę pracowały pokolenia, wieki dobrej literatury. Stanisław Witkiewicz, Staff, legendy Tetmajera, Tischner. A tu mamy tylko tłumaczenia z języków narodowych, które są w bardzo prawidłowej polszczyźnie albo mamy poetów, którzy się kojarzą z polszczyzną ogólnopolską - Kazanecki, Leończuk - tam nie ma naleciałości. To, co zrobił pan Gedroyć to ostatnia próba ratowania tego języka. Ta mowa upadnie, bo nie ma tekstów literackich.

Tadeusz Płatek: Może pan mieć rację. W górach wszędzie odbywają się na przykład takie Sabałowe bajania, czyli takie góralskie slamy poetyckie, gdzie się siada i się baja, a tutaj tego nie ma.

Krzysztof Gedroyć: Zastanawiałem się nad tradycją mowy tutejszej w literaturze i jest chyba ona włączona w zainteresowanie kresowością. A "Chłopi" Reymonta, to nie jest takie zainteresowanie ludowością? Także mową ludu, cudowne przetworzenie mowy przez Wyspiańskiego. Sukcesy Karguli i Pawlaków to ciągle Wschód, a potem Redliński, Słobodzianek. To fakty wskazujące, że jest się do czego odnosić i w literaturze da się ten język pożytkować i to całkiem nieźle. W filmie, było słuchowisko "Na Młynowej" - to w sztuce działa.

Justyna Sawczuk, dziennikarka: Ten język prosty funkcjonuje w Hajnówce, wystarczy wejść do sklepu spożywczego. Problem polega na tym, że o ile znacznej większości osób to odpowiada, to zdarzają się również jednostki, które uważają, że jesteśmy w Polsce i dlaczego wchodząc do sklepu spożywczego muszę porozumiewać się językiem z którym nie mam nic wspólnego i sobie tego nie życzę. Z własnego doświadczenia wiem, że pokolenie 50+ wychowując swoje dzieci uczyło je w ten sposób, że w domu rozmawiamy gwarą i ja z moją babcią porozumiewam się wyłącznie gwarą, bo babcia po polsku nie mówi. Ale od początku przekaz był jasny - w sytuacjach publicznych, w szkole, w ośrodku zdrowia, jestem w Polsce i mam obowiązek mówić językiem polskim. Dopiero od paru lat obserwuję tendencję, że młodych ludzi którzy przyjeżdżają do Białegostoku nie wstydzą się rozmawiania gwarą w miejscach publicznych - choćby przez telefon. Ale to są pewne, określone środowiska. Za to pokolenie trzydziestolatków obciążone jest takim wstydem, który przekazali im rodzice. I raczej chodzi tu o środowiska białoruskie.

Marek Kochanowski: O tym pisał już Sokrat Janowicz, że Białorusini zastąpili Żydów w Białymstoku i to się przeniosło na język.

Tadeusz Płatek: Nie jest ważny sam język, ale i kultura języka. W Warszawie czy Krakowie taksówkarz prawie się nie odzywa, za to w Białymstoku taksówkarz nie pytany, sam zaczyna mówić. Białostoczanie mówią więcej, ładniejszymi, dłuższymi zdaniami, często zupełnie nie na temat.

Krzysztof Gedroyć: Posługiwanie się mową tutejszą to są często osobiste decyzje. Na ile czujemy, że ta mowa jest wartościowa i możemy ją wprowadzać w różny sposób choćby do mediów, czy w inne obszary działalności. Żyjemy w czasach, w których okazało się że akces Polski do Europy jest akcesem do kultury anglosaskiej i to nie odbywa się bez konsekwencji.

Tadeusz Płatek: Nie zgodziłbym się z tym. Na każdej sesji Parlamentu Europejskiego jest 26 kabin, w których jest kilkudziesięciu tłumaczy z każdego języka na każdy i każdy może się wypowiadać w swoim własnym języku.

Krzysztof Gedroyć: Ale co się dzieje w obsłudze komputerów?. Czy ktoś nie znający podstaw języka angielskiego jest w stanie cokolwiek tam zrobić? Mówię o bardzo praktycznych sferach życia, które zmieniają się tak radykalnie. I wydaje się, że wszystko zmierza w kierunku wielojęzykowości. Jestem zadowolony z reakcji na "Piwonię". Ludzie kupują książkę, czytają, wymieniają się. Właściwie nie spotkałem się z żadną złą recenzją. W odbiorze książki decyduje początek. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników ten rodzaj mowy jest rażący, z jakichś osobistych, wewnętrznych powodów nie akceptują takiego gadania. Waham się, czy dalej tak pisać. Tam było takie założenie, że o pewnych sprawach, w pewnym okresie historycznym najlepiej opowiedzieć tutejszą mową, ponieważ tutejsza mowa oddaje stan umysłu bohaterów, łącznie z narratorem. Zastanawiam się, czy da się opowiedzieć o nieco późniejszych czasach tą mową, czy da się opowiedzieć nią jakoś o współczesności i nie mam rozstrzygnięć.
Tutejsza mowa potrzebuje takiego dźwignięcia w sztuce. Kiedyś namawiałem Damiana Kudzinowskiego, żeby zrobił slam poetycki, ale na tutejszą mową, pomysłów może być wiele. Potrzebne jest twórcze wyniesienie tej jakości, jak śpiewają Południce.

Maria Żynel, Południce: Na podstawie recepcji tych pieśni w gwarze regionalnej, mieszanej, polsko-ukraińskiej, polsko-białoruskiej, można wynieść, że jest bardzo skrajna granica. Ludzie pytają nas o czym jest pieśń, nic nie rozumieją. Część mojej rodziny jest także ze wsi, 50 km od Białegostoku i to, jak mówi mój wujek było dla mnie kompletnie innym językiem. On mówił po swojemu, po naszemu, ktoś może nazwałby to chachłaniem, językiem chachłackim, ale my byśmy nie zrozumieli tu dzisiaj słów, które on wypowiada. Mój tato to rozumiał i tłumaczył mi na polski. I stąd pytanie - slam poetycki, ale w jakim języku? Czy chodzi o śledzikowanie, gwarę lokalną, tutejszą?

Krzysztof Gedroyć: To jest fascynujące, budowanie takiej odrębności kulturowej, o której pani opowiadała.

Marek Kochanowski: Kto się spodziewał, że do tego dojdzie, że dziewczyny z Południc zaczną to odkopywać?

Maria Żynel: Nam się udało, bo od kilku lat jest moda na folklor. I te pieśni - podlaskie, białoruskie, stały się komercyjnie atrakcyjne praktycznie bez naszego udziału, nawet zanim pojawiła się elektronika.

Marek Kochanowski: To fascynujące, że miejskie dziewczyny zaczynają nagle śpiewać po wiejsku. Na podstawie słownictwa mojej babci powstała praca magisterska "Słownictwo kuchenne na przykładzie mieszkanki pogranicza polsko-białoruskiego". Nagrywałem babcię, bo w ogóle jej nie rozumiałem.

Krzysztof Gedroyć: Żeby wesprzeć te mowę wymyśliłem takie hasło: "Wyjdź z szafy, mów po swojemu", może wyjdź na scenę, do studia, na koncert. Potrzebny jest taki akt odwagi.
Maria Żynel: Najpopularniejsze medium, czyli telewizja w jakiś sposób wykorzystuje to, ale to może się obracać przeciwko nam. Pan wspominał o wstydzie, poczuciu inności, białoruskiej, rosyjskiej naleciałości, że mogą powstawać skojarzenia narodowościowe, które niekoniecznie w nas tkwią. A mnie się wydaje, że częściej blokuje nas skojarzenie wiejskości, w rozumieniu nie prostoty, ale prostackości. I ten nasz język, ale przetworzony, przekształcony w jakiś komercyjny sposób trafia, choćby w filmie. Mam wrażenie, że w serialach, choćby typu "Ranczo" oni próbują mówić po naszemu, bardzo nieudolnie i mam wrażenie, ze to nie jest postrzegane jako język podlaski tylko wieśniacka gadka. I może z tego wynika wstyd, i czy jesteśmy w stanie to rozwiązać.

Krzysztof Gedroyć: Podzielam pani opinię - wszystko zależy od jakości języka. Pani podała przykłady skrajnej komercji. To będzie działać, jeśli będzie się zmieniać, będzie żywe.

Maria Żynel: To my musimy to robić, żeby nikt z zewnątrz nie przyłożył nam jakiejś gęby.

Krzysztof Gedroyć: Oczywiście. I wbrew pozorom tego jest bardzo wiele - muzeum w Studziwodach czy to co panie robią - takich faktów jest dużo.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie