W poszukiwaniu autorytetów. Na każdego można coś znaleźć

Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego
„Demaskatorska” fotografia prezydenta Bolesława Szymańskiego w rosyjskim mundurze. Obok prezydenta żona Maria i córka Halina.
„Demaskatorska” fotografia prezydenta Bolesława Szymańskiego w rosyjskim mundurze. Obok prezydenta żona Maria i córka Halina. Ze zbiorów prywatnych
Skrzętnie pielęgnowaną przywarą ludzkich charakterów jest wyszukiwanie u bliźnich słabostek, wyolbrzymianie często nic nie znaczących faktów z ich życiorysów, tylko po to aby osiągnąć jedno - pokazać, że pomnikowa postać wcale taką nie jest. Słuchacze znajdą się zawsze. Nadstawią ucha, często ucieszą się, że oto taki kryształowy mocarz okazuje się w ich mniemaniu kimś zwykłym, podobnym do nich samych.

W tym wyszukiwaniu zapomina się o dokonaniach, o realiach w których przyszło zrzucanemu z cokołu działać. To przestaje być ważne. No bo przecież jak ktoś mały może dokonać rzeczy wielkich?

Popatrzyłem więc sobie na nasze białostockie podwórko i żeby było bezpiecznie, to oczywiście ograniczyłem się do historii. Już sam Jan Klemens Branicki nie zasługuje w tym kontekście na żadne komplementy. Ba, dziwić muszą zachwyty roztaczane nad jego rezydencją i dyskusję powinny wzbudzać decyzje przyznające środki finansowe przeznaczane na przywracanie jej dawnego blasku.

Mało tego. Oprowadzanie po ogrodach pałacowych powinno zawsze poprzedzać się formułką, że to wszystko jest podejrzaną sprawką, bo przecież Branicki był - i tu huzia na Józia.

Historycy zajmujący się schyłkiem Rzeczypospolitej szlacheckiej nie mieli o naszym hetmanie zbyt dobrego zdania. Oceniali, że ani z niego był polityk, ani wódz. Doceniali natomiast jego umiejętność lawirowania i manipulowania szlachecką klientelą. W swoich sądach często opierali się na opinii, którą Janowi Klemensowi Branickiemu wystawił jego szwagier czyli Stanisław August Poniatowski, który w swoich Pamiętnikach tak go opisał. „Namiętnie lubiący wystawność, ciągle nią zajęty nie zawsze przebierał w środkach, gdy szło o jej podtrzymanie; ograniczony jako polityk i bardzo leniwy, posiadał niesłychaną uwagę i przebiegłość w rzeczach tyczących się jego prywatnych przedsięwzięć i celów”.

Z kolei o Izabeli Branickiej też niezbyt pochlebną opinię zanotował Kajetan Węgierski, który jak na poetę przystało ułożył kąśliwy wierszyk o hetmanowej.

„Przy wielkich oświadczeniach nie służy nikomu,

Grzeczna, ale skwarliwie skąpa w swoim domu;

Nic miłości, mało zna przyjaźni jej dusza,

Nikt prócz braci zimnego serca jej nie wzrusza.

Lubo pozoru nie ma, ma umysł bigotki:

Nie mówi źle o ludziach, lubi jednak plotki”.

To skoro o plotkach. Branicki łatwo wpadał w gniew. Ona była niezbyt urodziwa. On miał dużą i nieopanowaną predylekcję do płci przeciwnej. Ona miała Mokronowskiego, i tak dalej. Słowem niezła parka. Starczy żeby szerokim łukiem omijać Wersal Polski.

Przyjrzyjmy się z kolei innemu białostockiemu sukcesowi, który wnet okaże się mitem. To Manchester Północy. Jaki on tam białostocki - przecież wyłącznie niemiecko-żydowski. W 1916 roku jeden z majstrów największej i najnowocześniejszej miejscowej fabryki wybudowanej przez rodzinę Commichau wspominał początki wielkiego białostockiego przemysłu. Pisał: „lato miało się ku końcowi, kiedy jako młody człowiek, przybyłem w roku 1859 do Białegostoku. W kraju rodzinnym w Niemczech skończyłem szkoły i przyjechałem tu na wezwanie jednego z tutejszych fabrykantów”.

Pierwsze wrażenia z Białegostoku nie były dobre. Przybysz pisał, że „w pierwszych dniach byłem nieco zdziwiony, że nie znalazłem w Białymstoku restauracji (miasto liczyło około 18 000 ludności), tylko na dzisiejszej Mikołajewskiej ulicy [ to Sienkiewicza] była cukiernia z bilardem”. O stanie ulic zanotował, że „o brukowanych ulicach podług pojęć dzisiejszych nie można było mówić. Przy nieregularnych dużych kamieniach polnych wozy niejednokrotnie o mało co się nie wywracały. (…)

Pomiędzy samą ulicą a trotuarem był dość głęboki rynsztok. Przy wielkich nawałnicach trudno było przeskoczyć przez rynsztok, który prędzej można było nazwać rowem”. Wspominał o handlu, którego w jego opinii prawie nie było. Z przemysłu „były tylko 3 fabryki, których założycielami byli Niemcy”. Zabudowa miasta przedstawiała opłakany widok. „Każdy budował podług swego gustu”.

Zdaniem przybysza dopiero „z czasem zawitała do Białegostoku kultura europejska, o której ludność tego czasu nie miała pojęcia. Z podziwem oglądano kolej zbudowaną w roku 1862 przez towarzystwo francuskie. (…) W ten czas powstała na Mikołajewskiej ulicy restauracja z niemieckim piwem. Interes szedł bardzo dobrze, a właściciel zarobił dużo pieniędzy”. No tak, to ten obcy kapitał prowadzący nas na manowce.

A przypatrzmy się elitom międzywojnia. Tu aż roi się od podejrzanych postaci. Już pierwszy, co prawda tymczasowy prezydent miasta, Józef Karol Puchalski „teczkę” ma zapaskudzoną, bo przecież jeszcze za caratu, od 1908 roku zasiadał w białostockiej dumie miejskiej. Ba, był zastępcą rosyjskiego prezydenta miasta Djakowa. Cała ta duma miejska to też podejrzana sprawka. Jej członkami w 1913 roku byli między innymi: Henryk Białokoz - syn Adolfa Białokoza, naczelnika powstańczego Białegostoku z 1863 roku.

Jan Knaup, który w międzywojniu był jednym z najaktywniejszych działaczy kulturalnych i społecznych. Witold Kościa - założyciel polskich szkół, domu dziecka, filantrop. Hieronim Liwerski - pionier białostockiej chrześcijańskiej spółdzielczości. To wszystko pachnie ukartowaną grą. Ułożeniem się z zaborcą. Taką „magdalenką” sprzed stu lat! Ale to jeszcze nie wszystko.

Gdy zlustrujemy Bolesława Szymańskiego, pierwszego wybranego przez radę miejską prezydenta Białegostoku z lat 1919-1927, to okazuje się, że w czasie I wojny służył w rosyjskiej armii i to w stopniu oficerskim. Zgroza przejmuje, gdy stwierdzamy, że jego następca pułkownik Michał Ostrowski to absolwent elitarnej oficerskiej szkoły kawalerii w Jelizawietgradzie. Za swoją służbę w rosyjskich pułkach otrzymał ordery św. Stanisława i św. Anny.

Legendarny białostocki prezydent Seweryn Nowakowski bez większego powodzenia (to plus) studiował prawo w Moskwie (to minus).Feliks Filipowicz, postać fundamentalna dla białostockiego życia samorządowego nie miał wzorcowo unormowanego życia rodzinnego, o czym wiedziało i plotkowało całe miasto. Mecenas Władysław Olszyński, jeden z filarów miejscowego samorządu, wymachując na sesji rady miejskiej rewolwerem wywołał największy w jej historii skandal.

Oj, długa jest lista występnych poczynań tych, którzy jakimś niewiarygodnym splotem okoliczności weszli na karty historii Białegostoku. Świadomie pomijam w tej demaskatorskiej liście białostockich Żydów, co zrozumiałe powinno być samo przez się.

W ten sposób fundujemy sobie absurd, karykaturę historii, która nic nie tłumaczy i niczego nie uczy.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Artykuł to kompletny bełkot - niby dlaczego służba w kawalerii carskiej i kończenie uczelni wojskowych rosyjskich miałoby być jakimkolwiek zarzutem. Chyba tylko dla tumana pokroju Piłsudskiego dla którego nie ważne było wykształcenie , ważne by podpalić Rosję nawet gdyby miała się zając tym ogniem Polska. Żenada i nic więcej.
Dodaj ogłoszenie