W Białymstoku już od dawna powinna być Aleja Orląt Grodzieńskich

Redakcja
Grodno - deptak
Grodno - deptak
Skoro w Warszawie jest Aleja Obrońców Grodna, to naturalnym wydaje się, że powinna być także w Białymstoku. Na pytanie dlaczego jeszcze jej nie ma, doprawdy trudno odpowiedzieć.

Tym najprostszym wytłumaczeniem może być to, że do tej pory nikt nie wpadł na ten pomysł. Marne to jednak alibi po dwudziestu pięciu lat od zmiany systemu. W tym czasie wiele nazw ulic upamiętniających bohaterów dawnego systemu odeszło do lamusa. Nawet w ostatnim roku prezydent odkomunizował ul. 27 Lipca jako symbolu kolejnego zniewolenia. A jednak pamięć o Obrońcach Grodna w wymiarze publicznej symboliki nadal w Białymstoku szwankuje. Tym bardziej jest to dziwne zaniechanie, bo Białystok pretenduje do depozytariusza pamięci o Golgocie Wschodu. Nie tylko przez doroczny marsz Pamięci Żywego Sybiru, ale powstające Muzeum Pamięci Sybiru.

Mamy w Białymstoku ulicę Grodzieńską. Znajduje się na osiedlu Białostoczek. Na pewno jej pomysłodawcy nie myśleli o obrońcach Grodna. Wszak na mapie miasta jest od 1985 roku. To nie był jeszcze ten czas, by tablice odsłaniały białe plamy o tych, co stanęli w obronie przed sowiecką agresją 1939 roku. Mamy od 2002 roku na osiedlu Zawady ulicę Orląt Lwowskich. Historia oporu polskiej młodzieży w walkach o Lwów w 1918 roku na stałe przebiła się do zbiorowej pamięci. O Orlętach Grodzieńskich wciąż w sferze publicznej cisza.

Symbolem obrony Grodna stał się 13-letni Tadzio Jasiński, którego Sowieci użyli jako żywej tarczy. Tak opisuje jego śmierć Grażyna Lipińska: "Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie. Zaczynamy z Danką uwalniać rozkrzyżowane, skrępowane gałganami ramiona chłopca. Nie zdaję sobie sprawy, co się wokół dzieje. A z czołgu wyskakuje czarny tankista, w dłoni trzyma brauning, za nim drugi - grozi nam. Z podniesioną po bolszewicku do góry pięścią, wykrzywioną w złości twarzą, ochrypłym głosem krzyczy, o coś oskarża nas i chłopczyka. Dla mnie oni nie istnieją, widzę tylko oczy dziecka pełne strachu i męki. I widzę, jak uwolnione z więzów ramionka wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze. Ja już jestem przy jego głowie. Chwytamy nosze i pozostawiając oniemiałych naszym zuchwalstwem oprawców, uciekamy w stronę szpitala.

Chłopczyk ma pięć ran od kul karabinowych (wiem - to polskie kule siekają po wrogich czołgach) i silny upływ krwi, ale jest przytomny. W szpitalu otaczają go siostry, doktorzy, chorzy. - Chcę mamy - prosi dziecko. Nazywa się Tadeusz Jasiński, ma 13 lat, jedyne dziecko Zofii Jasińskiej, służącej, nie ma ojca, wychowanek Zakładu Dobroczynności. Poszedł na bój, rzucił butelkę z benzyną na czołg, ale nie zapalił, nie umiał... Wyskoczyli z czołgu, bili, chcieli zabić, a potem skrępowali na froncie czołgu. Danka sprowadza matkę. Nie pomaga transfuzja krwi. Chłopiec coraz słabszy, zaczyna konać. Ale kona w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski, bo szpital wojskowy jest ciągle w naszych rękach." (G. Lipińska, Jeśli zapomnę o nich..., s. 26).

Warto też przytoczyć opinię historyka rosyjsko-białoruskiego Aleksandra Tatarenki ("Niedozwolona pamięć. Zachodnia Białoruś w dokumentach i faktach, 1921-1954, Sankt Petersburg 2006), który stwierdza, że jeden z pierwszych aktów masowej zagłady jeńców wojennych i ludności cywilnej, poprzedzających tragedię Katynia, miał miejsce w Grodnie we wrześniu 1939 roku. Tezę historyka potwierdza egzekucja gen. Józefa Olszyny-Wilczyńskiego, autora planów obrony Białegostoku i Grodna oraz twórcy zalążków konspiracji antysowieckiej. Zginął od strzału w tył głowy 22 września w podgrodzieńskich Sopoćkinach.

W odcinkach telewizyjnego serialu "Dom", który ukazuje losy mieszkańców warszawskiej kamienicy przy Złotej, od połowy lat 70. pojawia się postać Martyny Stroynowskiej (w tej roli rodowita białostoczanka Anna Romantowska). Oglądamy jej losy przez traumę rozdzielenia z siostrą bliźniaczką Klarą we wrześniu 1939 roku po agresji sowieckiej. To rozdzielenie na trwale odcisnęło piętno na duszy i życiu Martyny. Po latach dowiaduje się, że Klara żyje, jest naukowcem i razem z innymi towarzyszami przyjechała do Polski. Martyna tak bardzo pragnie spotkać się z siostrą, że nawet jak na fabułę filmu fabularnego, wymyśla nieprawdopodobną historię, by siostra nigdy już nie wróciła do ZSRR. Finał jest tragiczny, Klara zostaje deportowana do Kraju Rad, a widz otrzymuje dowód jak system sowiecki był w stanie złamać człowiek, a także ukształtować go na swój obraz.

Białystok Grodno dwa bliźniacze miasta rozdzielone na zawsze przez losów powojenność. Niewiele brakowało, by Białystok po II wojnie światowej leżał w granicach Związku Radzieckiego. W końcu wiele razy Stalin powtarzał aliantom: "To prawda, że Lwów nigdy nie był rosyjski, ale Białystok był". Nie wiem, co w ostateczności odwiodło Stalina (niech dociekają to historycy), ale wiem, że gdyby się uparł, to nic nie byłoby go w stanie powstrzymać. Ani Churchiill, ani Roosvelt, ani polscy komuniści, którzy zgodzili się na trakt graniczny, wbrew postanowieniom jałtańskim, odbiegający na północnym-wschodzie od linii Cuerzona. To spowodowało, że chociażby Suwalszczyzna Sopoćkińska znalazła się po tamtej stronie granicy.
Z tej perspektywy wszystko to, co w Białymstoku wydarzyło się od 26/27 lipca 1944 roku, po prostu by się nie wydarzyło. Pewnie Białostocczyznę dotknęłaby kolejna fala deportacji na Wschód, przed którą jedyną ucieczką byłaby repatriacja na Zachód. Zapewne Białystok byłby dziś drugim Grodnem, ale bez nas.

Właśnie przez tę losów powojenność odmienną od tej danej w tym samym czasie Grodnu pamięć o jego Obrońcach w 1939 roku powinna być w przestrzeni publicznej Białegostoku uwypuklona od co najmniej dwóch dekad. Wielokrotnie w ostatnich latach władze miasta i radni pokazali, że mają kłopot z patronami ulic i skwerów. Do tego stopnia, że między samorządowcami dochodziło do ostrych konfliktów. Emocje sięgały zenitu zwłaszcza wtedy, gdy nad proponowaną nazwą swój cień rzucała historia, a także autorstwo pomysłu. Wydaje się, że podobnych uniesień nie powinno być w przypadku Alei Obrońców Grodna lub Orląt Grodzieńskich. Do 75. Rocznicy agresji sowieckiej na Polskę jest wystarczająco dużo czasy, by przynajmniej w wykazie nazw ulic i skwerów białostockich stało się zadość pamięci o obrońcach bliźniaczego miasta.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie