Robert Ignatowski i przejścia śmierci

Piotr Czaban pczaban@poranny.pl tel. 085 7489 555
– Za każdym razem boję się o siebie, ale taka jest już moja praca – mówi Robert Ingatowski. – Zawsze liczę, że z powrotem wrócę do domu.
– Za każdym razem boję się o siebie, ale taka jest już moja praca – mówi Robert Ingatowski. – Zawsze liczę, że z powrotem wrócę do domu. Fot. Piotr Czaban
Dwa lata temu na przejściu, gdzie ostatnio wypadki były, zginęła moja babcia - mówi Robert Ignatowski. Sam codziennie przez ulicę Grodzieńską przy cerkwi przeprowadza wasilkowian. Często z narażeniem swojego życia.

Z rana normalnie wstaję i idę do pracy. Zawsze liczę, że z powrotem wrócę do domu - mówi Robert. Rodzice, z którymi mieszka, zdążyli się już przyzwyczaić do pracy syna, choć ten przyznaje, że codziennie boi się o swoje życie.

I tak już od trzech lat. Zawsze stoi na swoim posterunku przed cerkwią. Tu przeprowadza przez pasy uczniów i ludzi starszych. Wydawałoby się, że ubrany na pomarańczowo, uzbrojony w wielki "lizak" powinien być widoczny dla kierowców.

Nie wszyscy mnie widzą

- Kierowcy różnie na mnie reagują. Z moich obserwacji, co piąty nie reaguje w ogóle. Po prostu nie zwraca na mnie uwagi - twierdzi Robert. - Czasem, gdy wchodzę na przejście, niektórzy omijają mnie łukiem, co jest bardzo niebezpieczne. Najlepiej reagują na mnie kierowcy tirów, a najgrzeczniejszymi kierowcami są Białorusini. Prawie zawsze się zatrzymują i to nie tylko wtedy, gdy ja przeprowadzam, ale także kiedy przechodzą przez jezdnię osoby w średnim wieku.
Niektórych kierowców, zwłaszcza tych z Wasilkowa, zna już z widzenia.

- Moi koledzy zatrzymują się sami - opowiada Robert. - Ale są różni. Jest taki pan, którego do tej pory nie udało mi się zatrzymać ani razu. Zawsze gdy wchodzę na pasy, on mnie omija. Jest bardzo bezczelny. Ciekawe, że pewnego dnia, to była sobota, jak sam chciał przejść na drugą stronę, to strasznie klął, że nikt nie chce się zatrzymać.

To był palec boży

- Oj, dużo miałem sytuacji niebezpiecznych - wzdycha Robert. - Raz było tak, że z każdej strony zatrzymały się samochody. Przeprowadzam kobietę z wózkiem i nagle z zza samochodu wyskoczył motocyklista. O mało nie potrącił kobiety z wózkiem. Takie zdarzają się sytuacje. Widziałem ich już kilkadziesiąt. Praktycznie raz w tygodniu zdarza się taka.

Niejednokrotnie bywało już, że o mały włos sam stałby ofiarą wypadku.

- Takie tu już cuda widziałem, że w głowie się nie mieści. Niedawno, latem ubiegłego roku, miałem bardzo groźną sytuację - mówi Robert. - Zatrzymał się samochód przed przejściem. Miałem w już wchodzić, ale coś mnie tknęło, jak to się mówi "palec boży", bo zobaczyłem, że z tyłu jedzie osobówka. Jechała tak, jakby nie miała hamować. I kierowca nie zahamował. Tak uderzył w fiata, który stał, że ten przeleciał z jakieś dwadzieścia metrów. wszystko trwało miej więcej pół sekundy. Gdybym się nie zatrzymał, ten uderzony fiat przejechał by mnie. Uratowało mnie, że nie wszedłem na przejście.

Musiał nawet uciekać

- Coś takiego zdarzyło mi się dwa razy - wspomina. - Wszedłem na jezdnię, stałem na środku i przeprowadziłem uczniów. Już miałem wracać, gdy samochód na pełnym gazie tylko śmignął obok mnie. W ogóle nie zareagował. Kierowca nie patrzył, że stoję. Jechał jakieś 80 km/h. Zaczepił mnie tylko lusterkiem o ubranie.
Piesi też niekiedy potrafią sprawić Robertowi sporo kłopotów. Zwłaszcza młodzież.

- Muszę cały czas pilnować i reagować. Czasem uczeń potrafi mi wejść na przejście, gdy auta jadą z wielką prędkością - tłumaczy Robert. - Wchodzi taki zamyślony prosto pod samochody.

Pieniędzy dodatkowych za narażanie życia nie dostaje: - Mam swoją miesięczną stawkę. To wszystko - krótko komentuje.

Światła ich zatrzymają

W poprawę bezpieczeństwa na przejściach w Wasilkowie angażuje się nie tylko ze względu na pracę. Również ze względu na babcię, która zginęła na pasach przy urzędzie miejskim.

- Potrącił ją samochód. Jechał około 90 km/h - podkreśla i dodaje: - W większości takim wypadkom winni są kierowcy, którzy jadą zbyt szybko.

Jego zdaniem, sygnalizacja świetlna mogłaby zapobiec wielu wypadkom.

- Światła na przejściach zmieniłyby bardzo dużo. Automatycznie - uważa Robert. - Czy straciłbym pracę, gdyby je zainstalowano? Z tego, co wiem, gdyby była sygnalizacja, to koło budynku gminy, a nie tu, gdzie ja przeprowadzam. Tutaj wypadki też bywają, ale ostatnio, Bogu dziękować, nie było żadnego.

Jak mówi, fotoradary, o których wspominają burmistrz i GDDKiA nie załatwią tego, co sygnalizacja.

- Kierowcy nie zwracają na nie uwagi. Dla nich to nie ma znaczenia. Zauważyłem, że ci, którzy łamią przepisy drogowe, nie zwracają praktycznie na nic uwagi - twierdzi Robert. - Uważam, że jedyne rozwiązanie to światła. Gdyby były, kierowcy po prostu musieliby się zatrzymać.

Panika = reakcja

Nie ma jednak wielkiej nadziei, że w najbliższym czasie, coś się na przejściach zmieni się na lepsze.

- Kiedy zginęła moja babcia, myśleliśmy, że coś się tu ruszy, bo trochę paniki było w mieście. Ale to ucichło. Tak samo teraz. Po ostatnich dwóch wypadkach każdy liczył, że będą światła. Jednak tego raczej nie należy się spodziewać. Niestety, ale znowu wszystko ucichło - oznajmia Robert. - Owszem, pojawiły się patrole, ale gdy zapytałem policjanta jak długo tu będą odparł, że dopóki nie minie panika.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie