Prof. Maciej Perkowski: Milczenie Łukaszenki jest wymowne

Z prof. Maciejem Perkowskim, kierownikiem Zakładu Prawa Międzynarodowego Publicznego Wydziału Prawa Uniwersytetu w Białymstoku, rozmawia Tomasz Maleta
Prof. Maciej Perkowski, kierownik Zakładu Prawa Międzynarodowego Publicznego Wydziału Prawa Uniwersytetu w Białymstoku
Prof. Maciej Perkowski, kierownik Zakładu Prawa Międzynarodowego Publicznego Wydziału Prawa Uniwersytetu w Białymstoku archiwum
Rosja stała się nerwowa. Skoro chcąc zachować wpływy na Ukrainie ryzykuje konflikt zbrojny i negatywne konsekwencje finansowe, to czy wobec Białorusi nie wystarczyłoby prewencyjnie, przy pomocy intrygi zastąpić reżim Łukaszenki nowoczesnym, aczkolwiek w pełni prorosyjskim obozem władzy? - mówi prof. Maciej Perkowski.

Kurier Poranny: W kontekście kryzysu krymskiego prawo międzynarodowe jako instytucja regulująca zasady stosunków między państwami delikatnie mówiąc nie zadziałało.

Nie prawo międzynarodowe, a ludzie czy podmioty nim się posługujące. Gdyby wyciągać takie wnioski, że naruszenia prawa są słabością prawa, to żadne prawo nie jest dobre. Tak na dobrą sprawę prawo międzynarodowe ma osobliwość, która przez obserwatorów krajowych bywa odbierana jako słabość. Polega ona na tym, że reguły prawne tworzą same państwa, nie ma zorganizowanego aparatu przymusu w postaci policji. Państwa same muszę się zmobilizować, narzucić sobie jakiś dryl, zastosować sankcje. To powoduje, że egzekwowanie prawa międzynarodowego z punktu widzenia obserwatora krajowego może stwarzać wrażenie, że samo w sobie jest niedoskonałe. Ono od lat jest takie, jakie jest. Jednak większość kryzysów rozwiązuje.

Dlatego jeśli już oceniać konflikt ukraiński, to Władimir Putin cynicznie i z precyzją realizuje strategię pod nazwą: agresja za pośrednictwem serwisów informacyjnych.

Stąd na wtorkowej audiencji dla mediów mówił o snajperach szkolonych na Litwie czy w Polsce, którzy pomagali według niego obalić godzącego się od 21 lutego na wszystko prezydenta Janukowycza?

- Zapewne, choć eskalacja cynizmu poraża. Proszę zauważyć, że on świadomie destabilizuje opinię społeczną w krajach demokratycznych, po to, aby ich liderzy - jako jego rozmówcy negocjacyjni - mieli osłabioną pozycję w rokowaniach, aby zakłócić solidarność ich społeczeństw i w tym momencie ugrać swoje, tak na dobrą sprawę, bez walki. Nie mam pretensji do mediów, że o tym mówią, w końcu przekazywanie informacji to ich istota. Mam jednak wrażenie, że gdzieś ta czerwona linia została przekroczona: kreuje się informację, szokuje, a nie wyjaśnia. Nie rozumiem, po co pokazuje się w serwisach informacyjnych alternatywne scenariusze, ustawia wojska na granicy, pokazuje się ich ruchy. To nie jest zabawne.

Być może ta granica została przekroczona wtedy, gdy ludzie w nieoznakowanych mundurach pojawili się poza bazami rosyjskimi na Krymie. By do tego nie doszło, zawarto dwadzieścia lat temu porozumienia międzynarodowe. Teraz okazuje się, że marne to były gwarancje.

- Gwarantem są państwa, które zawarły umowę.

I jedno z nich zaprzecza dotychczasowej praktyce regulującej stosunki międzynarodowe. Mało tego. Na wspomnianej konferencji prasowej prezydent Putin mówił, że po przejęciu władzy przez euromajdan, to nie jest ta sama Ukraina, z która się wcześniej Rosja układała. Putin nie tyle neguje miękką kategorię uznania międzynarodowego, co prawa i obowiązki wynikające z sukcesji innego państwa. A przecież tylko ono samo jest władne w tej materii się wypowiadać.

- Wypowiedzi te kreują stanowisko Rosji sprzeczne z prawem i praktyką. Argumentacja zaś wprawia w zdumienie. Ten przykład jeszcze raz pokazuje, jak prezydent Rosji próbuje manipulować światową opinią publiczną. Są dwie szkoły zawierania umów. Jedna mówi o ich symplifikacji, czyli krótkie rokowania i szybkie zawarcie porozumienia. I to na pierwszy rzut oka się podoba, opinia publiczna jest zadowolona. Szybko dochodzimy do ładu, jest przyjemnie, miło i krótko mówiąc zamykamy temat. Druga szkoła natomiast mówi, że umowa powinna być jak najbardziej precyzyjna. Tak jak byśmy zakładali, że możemy się wzajemnie starać wykorzystać i dlatego musimy tak się zabezpieczyć, by uniemożliwić sobie własne, negatywne działanie. Taki proces jest męczący, skomplikowany i długotrwały. Dlatego strony bardzo często przyjmują pierwszy wariant.

Problem polega jednak na tym, że w sytuacji, gdy pojawia się spór nieprzewidziany wcześniej, to taka umowa okazuje się niedoskonała. Bo każdy interpretuje ją, jak chce. Paradoksalnie więc - Rosjanie twierdzą, że angażują się, bo wynika to z memorandum budapesztańskiego. Z niego wynikały określone postawy i dlatego interweniują, by wypełnić porozumienie. Możemy z taką wykładnia się nie zgadzać, ale faktem jest, że gdyby takie porozumienie zostało przygotowane dokładniej, bardziej precyzyjnie, tak by przewidzieć wszelkie możliwe okoliczności i sytuacje potencjalnych sporów nie tylko w kategoriach, kto je będzie rozpatrywał, ale jak je analizował, jak będzie wyglądała ewentualna komisja międzynarodowa, jakie będą realne konsekwencje ponoszenia odpowiedzialności, to dzisiaj być może obrońcy prawa a nie zwolennicy siły byliby na pierwszym planie. Teraz można już tylko zastanawiać się, dlaczego tego nie zrobiono.

No właśnie. Wygląda na to, że zostawiono Europie bombę z opóźnionym zapłonem. Przesunięto w czasie kwestię krymską i Floty Czarnomorskiej, a nie próbowano raczej podejść do sprawy realistycznie. W końcu nawet już samo stacjonowanie obcych wojsk na terytorium innego państwa, nawet gdy wynika to z traktatów, jest ograniczeniem suwerenności.

- Chyba nikt do końca poważnie do sprawy nie podszedł. To zaniechanie się teraz mści. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii Ukraina jest sprawą abstrakcyjną czy nawet odległą dla opinii publicznej. Tam większe znaczenie ma uspokojenie sytuacji, potraktowanie sprawy tak jakby jej wcale nie było niż poważne jej załatwienie. Jednak to nie prawo międzynarodowe należy krytykować, a aktorów. Osobiście mam duży żal do Unii Europejskiej. Jej postawa rozczarowuje.

Dlaczego? Przecież tak samo się zachowała podczas kryzysów Bałkańskich czy później w sprawie Kosowa.

- W czasie kryzysu bałkańskiego Unia w sferze polityki międzynarodowej była "noworodkiem", takim "maleńkim dzieckiem". Kosowski test był tu poniekąd kontynuacją. Zakłada się jednak, że uczymy się - jeśli nie od innych - to przynajmniej na własnych błędach. I co ja teraz widzę? Najlepiej obrazuje to satyra: "Unia Europejska apeluje do Rosji, by wstrzymała się z inwazją do poniedziałku, by uszanować weekend Rady Europejskiej".

Wydaje mi się, że Unia przegrała moment, w którym rozgrywał się euromajdan. W pierwszej fazie dotyczył on kwestii niewyrażenia przez Ukrainę zgody na umowę stowarzyszeniową. To była taka pierwsze iskra. Unia od tego momentu powinna intensyfikować wysiłki zmierzające do optymalizacji sytuacji na Ukrainie. Powinna wciągać w to Rosję. Igrzyska w Soczi sprzyjały temu, bo Władimir Putin nie mógłby w ostentacyjny sposób tego bojkotować, przeciwstawiać się. Musiałby pewne rzeczy wypowiadać spokojnie, w pewien sposób być koncyliacyjny. Tego nie wykorzystano. Nie wiem, na co doprawdy czekano. Że się rzecz sama załatwi? To jest naiwność zupełna. Pokazuje niedojrzałość Unii w sferze rozwiązywania gwałtownych sporów i konfliktów na świecie, niespójność reakcji i przewagę sfery de facto nad de iure (nie Herman Van Rompuy, czy Catherine Ashton, tylko Angela Merkel podejmuje działania).

Co jednak się stanie z Krymem po referendum zapowiedzianym na połowę marca? Bo opór Ukrainy przeciwko przeprowadzeniu takiego głosowania chyba w tym przypadku nie będzie miał realnego znaczenia. Nawet jeśli niektóre zasady i normy prawne stoją po jej stronie. Powstanie nowy, samodzielny podmiot prawa międzynarodowego uznawany tylko przez Rosję, niesuwerenna organizacja terytorialną czy może też wejdzie on w skład Federacji Rosyjskiej?

- To zależy od tego, jakie pytania zostaną postawione w referendum. Pytanie o niepodległość uprawdopodobnią scenariusz z Abchazji i Osetii Południowej. W przypadku pytania: "Czy jesteś za włączeniem do Federacji Rosyjskiej?" będzie chodziło o inkorporację do Rosji dotychczasowego terytorium autonomicznego Ukrainy. Obawy i zastrzeżenia budzi tu sposób kształtowania referendum i warunki jego przeprowadzenia. Natomiast z punktu widzenia zasady samostanowienia narodów - wyrażenie woli przez społeczeństwo określonego terytorium w formie referendum jest optymalne i w pełni skuteczne. Tu jednak padają zarzuty pod kątem kształtowania się składu narodowościowego Krymu, co z samostanowieniem miało niewiele wspólnego. Historia zna przypadki równie kontrowersyjnych referendów, czy plebiscytów.

Być może z tego powodu, a nie resentymentów do mniejszości tatarskiej, Turcja chce współdecydować o losach Krymu. Taki plebiscyt może być sygnałem chociażby dla ludności kurdyjskiej, która upomni się o swoje samostanowienie.

- Nie tylko. To problem uniwersalny, działający "obosieczne", taka "puszka Pandory". Można przykładowo rozważać, czy jeśli w kryzysie krymskim zdecydowany głos zabierze Hiszpania, nie sprowokuje tym samym Basków, czy Katalończyków do eskalacji separatyzmu, albo Maroka do kwestionowania legalności Ceuty i Mellili?

Drugim takim rejonem o znaczeniu strategicznym jak Krym jest Obwód Kaliningradzki. Dość znamienne było, że Flotę Czarnomorska w ostatnich dniach wsparły dwa okręty Floty Bałtyckiej: "Kaliningrad" i "Mińsk". Znamienne jest też to, że na wspomnianej konferencji prasowej prezydent Putin oskarżył Litwę i Polskę, czyli sąsiadów obwodu Kaliningradzkiego, a zarazem Białorusi, która współtworzy z Rosją Związek Białorusi i Rosji. Czy istnienie takiej eksklawy, terytorium co prawda nieprawnie, ale geograficznie oddzielonego od głównego obszaru państwa, nie będzie w przyszłości zarzewiem podobnego kryzysu jak ten na Krymie?

- Nie. Różnic między Krymem a Obwodem Kaliningradzkim jest znacznie więcej niż podobieństw. Krym wpisał się w historię Rosji, jako obszar ważny strategicznie (wszyscy pamiętają z historii choćby wojnę krymską). Ponadto do pewnego stopnia Krym jest symboliczny, atrakcyjny przez położenie, klimat (wystarczy chociażby przypomnieć fragment piosenki Andrzeja Rosiewicza: "za jeden uśmiech oddałbym Chicago, Paryż, Krym"). Ponadto jest zamieszkały przez konglomerat różnych narodowości. Nie ma tam rdzennych mieszkańców w liczbie, która dawałaby im, autochtonicznej ludności, prawo do samostanowienia. Wielu Tatarów przesiedlono, osiedlono mnóstwo Rosjan, pojawili się Ukraińcy. Odzwierciedla to sowiecką politykę mieszania ludnością. Mamy klasyczny tygiel narodowościowy. Natomiast w przypadku Obwodu Kaliningradzkiego jest to obszar zajęty po Niemcach, który w sensie geopolitycznym enklawą rosyjską stał się dopiero wskutek niepodległości państw bałtyckich. To prawda, że z punktu widzenia logistyki nie jest w łatwym położeniu, ale z drugiej strony jest to miejsce, które można z powodzeniem wykorzystywać do zabierania głosu w różnych sprawach, a co najważniejsze - zamieszkują go już prawie wyłącznie Rosjanie.

Jak w kontekście kryzysu krymskiego sytuuje się pozycja drugiego podmiotu tworzącego ZBiR?

- Milczenie Aleksandra Łukaszenki jest wymowne... Obserwując to, co wydarzyło się na Ukrainie, nie wykluczone, że stworzył sobie taką projekcję: co mogłoby się zdarzyć, gdyby...? On może sobie dopowiadać. "Czy wydarzenia w Kijowie wybuchły spontanicznie? I co będzie, jeśli ktoś przyśle taki "szpionów", "najemników", odpowiednio ich ustawi, zainicjuje protesty?".

Ten człowiek się boi. Może po cichu konsolidować swoje siły, jeszcze bardziej monitorować potencjalną opozycję, ale w poczuciu strachu. Po drugie: proszę pamiętać, że on zna Rosję. Z jednej strony wie, że wobec Zachodu może grać, występując jako przyjaciel Rosji, współtworząc ZBiR. Ma jednak świadomość igrania z ogniem (Łukaszenka to wie, nawet się w tym od dłuższego czasy wyspecjalizował).

Problem w tym, że Rosja stała się nerwowa. Powstaje więc obawa, że skoro chcąc zachować wpływy na Ukrainie ryzykuje konflikt zbrojny i negatywne konsekwencje finansowe, to czy wobec Białorusi nie wystarczyłoby prewencyjnie, przy pomocy intrygi zastąpić reżim Łukaszenki nowoczesnym, aczkolwiek w pełni prorosyjskim obozem władzy? Wydaje się, że gdyby Rosja tylko tego chciała, mogłaby to uczynić. Powierzchownie Białoruś jest więc w sytuacji prorosyjskiej, w istocie zaś bardzo niepokojącej. Stąd milczenie Łukaszenki.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

r
robo

Wszystko dobrze tylko Putin zapomniał że ma też granice wschodnie.A w tamtych okręgach jest większość chińczyków i to może mu wyleźć bokiem.Jak i oni po Krymie też tak postanowią.To byłoby ciekawe.

G
Gość

Cynizm i manipulacje trzeba zawsze odnieść do konkretnej osoby.

j
jorg

Nie można prościej. Może Łukaszenka dba o Białorusinów i ich państwo. Może wie, że wsadzanie palców między Putina i Obamę z Merkel może skutkować gangreną i obcięciem. Może się i boi ale nie zwalnia to go od myślenia. Może poczeka i zobaczy kto będzie górą. Może czytał program naszego PSL i wie że najlepiej być poputczikiem tego co wygra. Itd, itp.

Dodaj ogłoszenie