Otruł teściową rtęcią. Dożywocie za okrutną zbrodnię

Magdalena Kuźmiuk [email protected]
Dożywocie za otrucie rtęcią
Dożywocie za otrucie rtęcią sxc.hu
Andrzej K. spod Białegostoku podawał teściowej chlorek rtęci do jedzenia. Kobieta umierała w męczarniach. Mężczyzna próbował też otruć pozostałych członków rodziny żony, w tym dwójkę małych dzieci. Po kilkuletnim procesie właśnie usłyszał prawomocny wyrok. Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Skazał zabójcę na dożywocie.

Nieszczęścia, jakie spotkały tę rodzinę, mogłyby stać się fabułą thrillera. Nikt z rodziny nawet nie przypuszczał, że za tym wszystkim stoi ich zięć, szwagier - po tych słowach sędziego Dariusza Czajkowskiego mąż zamordowanej Janiny K. i córka zaczęli głośno płakać na sali rozpraw.

Czekali prawie sześć lat, by zabójca ich ukochanej żony i matki został skazany. Andrzej K. poniesie najsurowszą karę, jaką przewiduje polskie prawo. Kilka dni temu Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał wobec niego wyrok dożywocia.

To był jeden z najgłośniejszych procesów ostatnich lat, jakie toczyły się w Białymstoku przed sądami obu instancji. Makabryczne, wręcz niewiarygodne były szczegóły, jakie wyłaniały się z akt sprawy. Porażało okrucieństwo i niewyobrażalne cierpienie, w jakim umierała podtruwana przez wiele miesięcy chlorkiem rtęci Janina K. Wstrząsające było to, że oskarżonym o tę potworną zbrodnię był zięć Janiny - Andrzej K.
Teraz to już pewne: około 2001 roku w jego głowie zrodził się morderczy plan zniszczenia rodziny. Doprowadzenia wszystkich do śmierci.

Umierała w męczarniach

Zaczęło się od anonimowego donosu do urzędu skarbowego na Marzenę i Leszka I., szwagrostwa Andrzeja K. Nikt nie podejrzewał, że on ma z tym coś wspólnego. Następnie jesienią 2002 roku w stodole teścia wybuchł pożar. Ogień zniszczył też ściany domu Marzeny i Leszka. Postępowanie umorzono, bo nie wykryto sprawcy

Wiosną 2004 roku Janina K., matka Marzeny i Jagody, żony Andrzeja K., podupadła na zdrowiu. Często wymiotowała, miała biegunki, bóle brzucha. Nie mogła normalnie funkcjonować. Lekarze nie wiedzieli, co jej dolega. Na początku sierpnia znów trafiła do szpitala, była już w stanie śpiączki. Główne narządy wewnętrzne przestały pracować.

Lekarze stwierdzili obrzęk mózgu, zapalenie trzustki, marskość wątroby, niewydolne nerki. Dwa dni później kobieta zmarła. Lekarze stwierdzili, że bezpośrednią przyczyną był zawał serca. Były wprawdzie podejrzenia zatrucia nieznaną substancją, jednak nikt nawet nie przypuszczał, że mogło dojść do zbrodni.

Kolejne nieszczęścia przyszły na początku 2006 roku. Któregoś dnia Marzena i Leszek wrócili do domu i zastali go całkowicie zalany. Z piętra spływały potoki wody. Okazało się, że przyczyną był uszkodzony wężyk od spłuczki w toalecie na piętrze. Niedługo potem popsuło się ich auto. Ustalono, że ktoś wsypał piasek do wlewu oleju do silnika. A w wigilię 2007 roku na strychu w domu najbliższych żony Andrzeja K. wybuchł kolejny pożar. Dwa lata później następny.

Początkowo domownicy tłumaczyli sobie, że to tylko splot nieszczęśliwych przypadków. Dopiero wiosną 2009 roku rodzina zaczęła nabierać podejrzeń co do Andrzeja K. i jego intencji. Stało się to po dziwnym zdarzeniu w domu jego teścia. Akurat nocowali tam Marzena z mężem i dziećmi.

W środku nocy kobietę obudził syk. Spod łóżka wydobywał się dym. Obudziła męża, który szybko wyniósł podejrzany pakunek z domu. Ustalono, że był to zapalnik domowej roboty, złożony m.in. z łatwopalnych substancji, żarówki, baterii i zegarka. Po tym zdarzeniu prokuratura wszczęła śledztwo.

Makabryczne odkrycia

Jesienią 2009 roku przypadkowo szwagier Andrzeja K. odkrył w swoim domu podejrzane kable. Okazało się, że były połączone z domem Jagody i Andrzeja. Leszek był zaskoczony, bo kiedyś były plany połączenia obu domów wewnętrzną linią telefoniczną, ale pomysłu nigdy nie udało się zrealizować. Jak się okazało, Andrzej K. potajemnie zrealizował inwestycję.

Śledczy przeszukali pomieszczenia, które zajmował Andrzej K. w pracy, a także jego dom. W pracy dokonali odkrycia, które miało zmrozić krew w żyłach jego najbliższych. Znaleziono podręcznik akademicki z toksykologii i wpływu trucizn na organizm ludzki. Wewnątrz zaznaczono niektóre fragmenty, powtykane kartki z zapiskami Andrzeja, a także faktury za zakup niebezpiecznych substancji w hurtowni, która zaopatrywała laboratoria. W jego komputerze zachowała się historia poszukiwań w sieci. Dotyczyły czasu działania na człowieka np. cyjanku, czy arszeniku.

Jak się później okazało, Andrzej K. postawił na rtęć. Tak chciał wymordować rodzinę. W sypialniach jego teścia i szwagrostwa odkryto trujące opary. Andrzej K. wylewał ją tam co najmniej od 2005 roku. Przestał, bo zatrzymała go policja. Nie miał problemu z kupieniem trucizn. Faktury brał na swoją firmę świadczącą usługi elektryczne. Przy każdym zakupie musiał oświadczyć, że substancji nie wykorzysta wbrew prawu. Pisał, że posłużą do czyszczenia czy dezynfekcji. To nie wzbudzało podejrzeń.

Śledczy zaczęli mieć złe przeczucia. Dokumenty m.in. z sekcji zwłok Janiny K. trafiły do biegłych toksykologów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie.

- Działała silna trucizna - stwierdzili i polecili dokonać ekshumacji zwłok. Tak też się stało. Kolejne badania wykazały obecność rtęci w narządach zmarłej. Dawka w sercu przekraczała od 50 do 800 razy dopuszczalną normę u osoby, która nie była narażona na działanie tego metalu. Biegli orzekli wprost: przyczyną śmierci Janiny K. było przewlekłe zatrucie rtęcią.

W pracy Andrzej K. schował 32 dawki śmiertelne tej trucizny. - Wystarczyłyby do zabicia 32 osób - podkreślał w uzasadnieniu ostatniego wyroku sędzia Dariusz Czajkowski.

Z faktur, które odkryli tam policjanci, wynikało, że Andrzej K. kupił środek wykorzystywany w leczeniu zatruć rtęcią. Prawdopodobnie sam go przyjmował. Po wielu latach śledztwa i procesów ani organom ścigania, ani sądowi nie udało się jednoznacznie wskazać motywu zbrodni. Wiele wskazuje na to, że Andrzej K. chciał wymordować rodzinę żony z zazdrości.

- Janina K. umarła w olbrzymich męczarniach. Andrzej K. wymyślał coraz to nowe - niemal z horroru - historie. Podpalał domy, zalewał, podrzucał ładunki wybuchowe - wyliczał sąd.

Biegli psychiatrzy stwierdzili, że Andrzej K. był wtedy poczytalny. Ma jednak osobowość paranoiczną. Po tym wszystkim rodzina rozpadła się. Żona Andrzeja K. do końca go broniła, odwróciła się od ojca i siostry.

Imię żony Andrzeja K. zmieniliśmy.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie