Malowani święci spotkali go w niebie

    Malowani święci spotkali go w niebie

    Janka Werpachowska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Malował świętych katolickich i prawosławnych. A także gigantyczne płótna, z których spoglądały na idących w pochodzie pierwszomajowym twarze Marksa,

    Malował świętych katolickich i prawosławnych. A także gigantyczne płótna, z których spoglądały na idących w pochodzie pierwszomajowym twarze Marksa, Lenina i przodowników pracy socjalistycznej.

    Jak umrę, to wystarczy, aby każdy święty namalowany moją ręką pomodlił się, a będę w niebie - żartował. Śmierć przyszła nagle i niespodziewanie.
    Malował świętych katolickich i prawosławnych. A także gigantyczne płótna, z których spoglądały na idących w pochodzie pierwszomajowym twarze Marksa,

    Malował świętych katolickich i prawosławnych. A także gigantyczne płótna, z których spoglądały na idących w pochodzie pierwszomajowym twarze Marksa, Lenina i przodowników pracy socjalistycznej.

    Niedługo minie 40 lat od tego dnia, kiedy Włodzimierz Wasilewicz zmarł w swojej pracowni przy alei 1 Maja (obecnie Piłsudskiego). Miał 58 lat. Stało się to 21 lutego 1967 roku.

    Grodno - Warszawa - Białystok

    Włodzimierz Wasilewicz urodził się w 1909 roku w Grodnie. Miał szczęście w pełni świadomie, jako wrażliwy dziewięciolatek, przeżyć odzyskanie przez Polskę niepodległości. Z Grodna rodzina Wasilewiczów przeniosła się do Supraśla.

    Włodzimierz studiował w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w latach 1930-35.
    Nie urzekła go stolica. Zarówno przez cały okres studiów, jak i w późniejszych latach zawsze czuł silną więź z Supraślem, z Białymstokiem. Fascynowała go różnorodność kultur, wyznań, tradycji. Dzięki swojemu talentowi mógł w trudnym wojennym okresie łatwiej przetrwać. Malował portrety na zamówienie, pejzaże.

    Od razu po wyzwoleniu Białegostoku włączył się aktywnie w działania, mające na celu odtworzenie w tym mieście dawnych instytucji kulturalnych. W obecnej siedzibie kina Ton otworzył swe podwoje teatr. Wasilewicz w 1946 roku rozpoczął w nim pracę jako scenograf.

    Wcześniej jednak, bo już we wrześniu 1944 roku - czyli w pierwszym powojennym roku szkolnym - powstała w Białymstoku, przy ulicy Kilińskiego, Szkoła Koedukacyjna Malarstwa, Rzemiosł i Prac Artystycznych (jej tradycje kontynuuje dzisiaj supraskie liceum sztuk plastycznych). Z dyrektorem tej szkoły, Stanisławem Stolarczykiem, zakłada Włodzimierz Wasilewicz Związek Polskich Artystów Plastyków w Białymstoku.

    A zjawia się ich w naszym mieście niemało. Z Wilna, które nagle stało się radzieckie, do Białegostoku przyjeżdżają aktorzy, literaci i artyści plastycy - Bołoz, Horno-Popławski, Stanisław Bukowski, odtwórca zniszczonego podczas wojny Pałacu Branickich. Oni, i wielu innych, tworzyli w tamtych trudnych powojennych latach zwartą grupę przyjaciół, których łączyły i zainteresowania, i wspólne pasje, i praca. To dzięki przyjaźni z Bukowskim Włodzimierz Wasilewicz też miał swój udział w pracach konserwatorskich w Pałacu Branickich jako autor polichromii.
    Zaraz po wojnie

    W pierwszych latach po wojnie pracował zresztą bardzo dużo. Obiektów, które wymagały konserwacji nie brakowało - Wasilewicz ściśle współpracuje z ówczesnym konserwatorem zabytków i realizuje wiele zleceń zarówno w białostockich, jak i w obiektach położonych na terenie całego województwa, m.in. w pałacyku w Strabli, w kaplicy opatów w Supraślu, w tykocińskiej synagodze. To bardzo żmudne, benedyktyńskie wręcz zajęcie: wykonanie tzw. przerysów, dokumentujących stan polichromii przed przywróceniem jej dawnej świetności. Na brystolach trzeba było odrysować to wszystko, co pozostało z dawnych malunków oraz wszelkie ubytki, plamy, zacieki, dziury. Takie przerysy sporządził Wasilewicz w supraskiej kaplicy, a także w synagodze w Tykocinie. To na ich podstawie w późniejszych latach konserwatorzy mogli odtworzyć fragmenty hebrajskich napisów oraz malowideł na ścianach bóżnicy.

    Artysta w rodzinie

    O Włodzimierzu Wasilewiczu rozmawiam z jego córką, Anną Beatą, też malarką.

    - Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, to po pierwsze widzę ojca przy sztalugach, czuję zapach farb. Malował portrety, mamę, brata i mnie. Malutką dziewczynkę trudno jest zmusić do pozowania, jednak jemu jakoś się to udawało. Opowiadał mi bajki, które chyba wymyślał na poczekaniu. Często kończyło się to płaczem, kiedy podczas następnej sesji malarskiej dalszy ciąg bajki nie bardzo zgadzał się z poprzednim "odcinkiem".

    W zasobach rodziny Wasilewiczów pozostało kilka obrazów olejnych, na których malarz uwiecznił swoich najbliższych razem i każde z osobna. Zachowało się mnóstwo szkiców ołówkowych, pożółkłych i wypłowiałych, na których artysta utrwalił ulotne nastroje dzieci i żony: płacz, zadumę, radość.

    Ale te prace to była tylko i wyłącznie przyjemność; portrety rodziny nie powstawały wszak na sprzedaż. Czasami - a takie okazje trafiały się kilka razy do roku, w okolicach ważnych świąt państwowych - malarz dostawał szczególne zlecenia. Na kilkumetrowych płótnach malował ogromne portrety, które później, zawieszone na miejskich gmachach, w których swoje siedziby miały "bardzo ważne urzędy". Bierut, Cyrankiewicz, Marks, Engels, Lenin spoglądali jak Orwellowski Wielki Brat na przechodniów. Mieszkanie w kamienicy przy Mickiewicza, gdzie w latach 50. XX wieku mieszkała rodzina Wasilewiczów, miało około trzech metrów wysokości. Mimo to takie wielkie płótno trzeba było malować "na raty", partiami.

    - Pamiętam ojca, który siedział na krześle ustawionym na stole, przed płótnem zwieszającym się spod sufitu. To były zamówienia, z których realizacją nie można się było spóźnić, ojciec często musiał pracować nocami. Wtedy w dzień po takiej nocy my, dzieci, musieliśmy zachowywać się cichutko, żeby taty nie zbudzić - wspomina córka.

    Życie codzienne to nie tylko praca, to także przyziemne zajęcia i obowiązki, z którymi - jak się wydaje - artysta niekoniecznie chciał mieć cokolwiek wspólnego.

    Nie do zniesienia była dla niego wyprawa do sklepu, aby kupić sobie buty i kapelusz. Szkoda czasu! Żona tasiemką mierzyła mu obwód głowy, drewnianą listewkę przycinała na wymiar stopy i sama udawała się na zakupy.

    Nie szkoda było natomiast czasu na wymalowanie dywanu bezpośrednio na podłodze z desek. To był oryginalny prezent, przygotowany specjalnie na powrót dzieci z wakacji, żeby się ucieszyły, iż w mieszkaniu jest tak pięknie i kolorowo.

    Malarz świętych

    Przez całe lata, jeszcze w okresie przedwojennym, a także później, kiedy pracował w szkole czy na zlecenia konserwatora zabytków, Włodzimierz Wasilewicz zajmował się malarstwem sakralnym. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej zdążył wykonać polichromie w cerkwi w Królowym Moście. Po latach, w 1961 roku, wykonuje swoją ostatnią polichromię - w prawosławnej świątyni w Puchłach. Prace w cerkwi pod wezwaniem Opieki Matki Bożej wykonywał latem, dzięki czemu mógł zabrać ze sobą na wieś całą rodzinę. Po malarza przysłano do Białegostoku furmankę. Na stosie pościeli, garnków, walizek z ubraniami zasiadły dzieci z kotem, malarz i żona na ławeczce przy furmanie. Rodzinę zainstalowano w dużym, drewnianym domu w pobliżu cerkwi, na co dzień zajmowanym przez "psałomszczyka". W tym czasie w Puchłach nie było jeszcze prądu, na całą wieś tylko jeden gospodarz miał radio na baterie. Wieczorami miejscowa młodzież zbierała się w pobliżu cerkwi, aby wspólnie śpiewać. Aż trudno uwierzyć, że to było tak niedawno, czterdzieści kilka lat temu...

    Wasilewicz całe dnie spędzał na rusztowaniach pod kopułą cerkwi. Polichromie pokrywają ściany i sklepienie świątyni. Prace trwały do końca września.

    W cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku zobaczyć można namalowaną w latach 50. ikonę Matki Bożej, która ma twarz - według przekazów rodzinnych - babci Olgi Wasilewicz.

    Malował również obrazy do kościołów katolickich. W nawie północnej kościoła pw. Narodzenia NMP w Krypnie umieszczono obraz Przemienienia Pańskiego, autorstwa Włodzimierza Wasilewicza. Kopia Matki Boskiej Ostrobramskiej, podarowana niegdyś przez rodzinę malarza kościołowi farnemu, obecnie znajduje się w kościele pw. Serca Jezusowego (tzw. kościół garnizonowy na Wygodzie).

    Włodzimierz Wasilewicz spoczywa na cmentarzu prawosławnym przy ulicy Wysockiego w Białymstoku.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo