Galeria szewca Leszcza

Fot. Anatol Chomicz
Szewc Wiktor Leszcz ma 80 lat. - Emeryturę rozdam dzieciom w mig, więc tutaj chytruję - mówi.
Szewc Wiktor Leszcz ma 80 lat. - Emeryturę rozdam dzieciom w mig, więc tutaj chytruję - mówi. Fot. Anatol Chomicz
Udostępnij:
Białostoczanie spieszą do nowego Auchan przy Hetmańskiej. Zaraz otworzą Selgros i Lidl. A co słychać przy Bema? My tu przetrwamy!

Rok 1973. Edward Gierek zjechał na dożynki do Białegostoku. Wierzyć w cuda wtedy nie wypadało, ale jednak Opatrzności Bożej, a nie mocy sprawczej I sekretarza PZPR przypisywano fakt, że przy Bema uroczyście otwarto pierwszy rzemieślnik w Białymstoku. Tego dnia szewc Wiktor Leszcz, rocznik 1929, sybirak, do czego wtedy nie warto było się przyznawać, poczuł się jak w kapitalizmie. Na swoim. I tak przetrwał tu kolejne 33 lata.

Rok 2008. Białostoczanie spieszą do nowo otwartego Auchan przy Hetmańskiej. Na parkingu tysiące samochodów. Za dwa dni otworzą Selgros i Lidl. Przed rzemieślnikiem przy Bema, naprzeciwko hali mięsnej, tłoku nie ma. Miejsce znalazło się nawet dla gospodyni, która na chodniku rozłożyła dwie oskubane gęsi.

- Ta większa pójdzie za 85 - namawia przechodniów. Kupujących jak na lekarstwo, ciekawskich też niewielu.

U szewca Wiktora Leszcza otwarte. Staruszek na emeryturze. Dobrej, wysokiej emeryturze, bo sibirackiej. Mógłby nie otwierać zakładu.

- Ale ja chytruję - mówi Leszcz. Chytruje, czyli czeka na dobrego klienta, bo za pięć złotych on fleków nie zmienia, choć cennik usług na ścianie pamięta jeszcze rok 1989.

Do środka zajrzała pani, co kozaki zdarła na rowerze

- W centrum ceny z sufitu, zdzierają, ja przychodzę tutaj - opowiada klientka. Cena - czterdzieści złotych za odbudowę obcasa i podbicie na początku wprawia kobietę w osłupienie, ale płaci. W innym zakładzie chcieli przecież pół obcasa ściąć, więc nie ma rady. Wyjmuje pieniądze.

- Żartuje pan? Czterdzieści? Naprawdę? - dziwi się kolejna klientka. Nowe, skórzane kozaki synowa kupiła w markowym sklepie. Cisną, trzeba rozciągnąć, ale żeby aż czterdzieści?

- Ten, co się łapie do roboty za kilka złotych, robi byle co i byle jak - kwituje szewc.
Leszcz opowiada, jak to kiedyś w socjalizmie go uczyli. Weź but, postaw w kąt, niech stoi, potem weź pięć złotych. Tak było w spółdzielniach.

Pracował w takiej, zanim zbudowano pawilon przy Bema. Pracował i tylko czekał, żeby pójść na swoje. Składki płacił do cechu, a raty na budowę pawilonu.

- Jak tutaj otworzyli, to już wiedziałem, że komuny nie będzie. Trochę kapitalizmu poczułem - wspomina. Dziś żałuje tylko tego, że sił nie ma. Pamięta przecież czasy, kiedy kartki były i wszystko tu przy Bema kwitło. Wtedy on, rzemieślnik, robił buty, nie było czasu na reperacje. Jego pomieszczenia do produkcji, cztery razy większe niż zakład, są w piwnicy. Ale zamknięte. I trochę butów do sprzedania zostało, wyprodukowanych własnoręcznie 15 lat temu, ze skóry.

- Ja cholewkarzem jestem - podkreśla z dumą.

Ale dzisiaj nawet oficerek już ludzie nie zamawiają. Nowa moda przyszła. Kupuje się gotowe, ze Szwecji, lekkie, trochę inny krój. A za polskie trzeba byłoby zapłacić do dwóch tysięcy. I mało kto już je robi.

Leszcz jest smutny, bo kończy się czas prawdziwych rzemieślników. - Tylko u mnie tyle butów zostało. Sam miałem potem w nich chodzić. Chciałem rozbić i chodzić, ale coś z nogą się stało...

Pani Danuta Próba wpadła na Bema z torebką, do kaletnika

- Czemu nie da się zrobić? Wszystko da się zrobić, skoro kaletnikiem jestem od pięćdziesięciu lat - mówi jej Jan Sokół.

- Nie narzeka chyba pan na brak klientów. Sześć minut, a już druga klientka?

- Ale wczoraj nie zajrzał nikt - odpowiada kaletnik. I pyta: - Co z tego, że ja wszystko potrafię zrobić, każdą torebkę, wystarczy tylko przynieść wzór. Co z tego? Jak dzisiaj kupują torebki po 10 czy 15 złotych z Chin. Nawet moja żona też kupuje.

- I coraz mniej nas tutaj. A przecież całe życie człowiek spędził przy Bema, ile to lat? - zastanawia się Sokół.

Budować zaczęto w połowie lat 60. Trwało to niecałe 10 lat.

- Budowa szła, a my płaciliśmy raty.Każdy za swój pawilon. Wtedy za te pieniądze można było dom postawić. A teraz co? Znajoma w innym rzemieślniku lokal za 10 tysięcy kupiła! A tutaj? Ile wezmę? Może połowę tej ceny? - zastanawia się Sokół.

- To ja za tyle chętnie kupię - żartuje młody rzemieślnik, który urzęduje w warsztacie ojca.

- Przesada. Te pawilony nie kosztowały tak drogo. I przesadą jest twierdzenie, że tak niewiele są warte. A dom to można było sobie zbudować, jak ktoś taki pawilon miał. I większość kupców czy rzemieślników z Bema domów się dorobiła. Tu ludzie zarabiali bardzo dobrze - wspominają Barbara i Wiesław Śliwowscy, którzy w jednym z lokali prowadzą zakład złotniczy.

- Trudno w to uwierzyć, ale to był cud, że ten budynek powstał - opowiada pan Wiesław.

Na budowę pieniądze dali ludzie, choć inwestycja szła pod patronatem cechu. I większość właścicieli lokali to byli rzemieślnicy, nie kupcy. Potem z wielką socjalistyczną pompą doczekali się otwarcia.

- Ja jestem rzemieślnikiem, działam w cechu - opowiada pan Wiesław. - A dzisiaj o to, by rzemiosło przetrwało, trzeba walczyć, bo za kilka lat nie będzie gdzie podkuć konia.

Opowiada, że jak rozmawia z kolegami z Gdańska czy Krakowa na temat kondycji rzemiosła, to na tle Polski nasze miasto wypada blado. Chociaż zdarzają się też miłe dni.

Na przykład ostatnio na targach w Warszawie Śliwowscy zdobyli drugie miejsce.
Do złotników zapukała kobieta: Skupujecie srebro czy złoto?

Dlaczego nie chcą przenieść się do galerii?

- Moja mama mówiła, że w jednym miejscu to i kamień obrasta. Mój kolega mawia, że jeść trzeba małą łyżką, bo je się dłużej i lepiej smakuje - wie swoje mistrz złotnictwa. Ale zaraz dodaje: - Tak naprawdę gdyby ludzie mnie nie znali i nie przychodzili do mnie, do konkretnego zakładu, to umarłbym przy Bema z głodu.

- W tym zakładzie robiono obrączki dla młodych ludzi trzydzieści lat temu. A dzisiaj oni przysyłają nam swoje dzieci, znajomych - wtrąca pani Barbara. - A tutaj klient jest klientem. Pogada, kawkę wypije. Pani Barbara nieraz mogłaby poczuć się urażona. Bo wchodzi pani i mówi do niej: - Tyle lat temu pani mi robiła obrączki.

- Jak mogłam wtedy robić jej obrączki? - uśmiecha się.

Największy boom Bema przeżywało, kiedy był tu oczywiście rynek. I żywność na kartki. Sklepy puste, a tu ruch. Ludzie szukali butów, strojów itd. W osiemdziesięciu pawilonach naprawdę tętniło życiem. A na dole w pracowniach szła produkcja. Mistrzowie mieli czeladników i uczniów.

Śliwowscy są pewni: - My tu przetrwamy. Bema przetrwa.

Po pierwsze, budynek jest własnością kupców. W planach zagospodarowania przestrzennego nie ma dla niego zagrożenia. Po prostu niektóre pawilony zmienią właścicieli. Powstaną inne branże. - Ja tu będę - wylicza pan Wiesław. - Będą farby. Przecież tylko przy Bema są farby do wełny... W żadnym hipermarkecie pani tego nie dostanie. Będą jeszcze dodatki do chrztu i na pewno usługi szklarskie i krawieckie. Może szycie garniturów czy koszul na zamówienie? Bo na całym świecie szukają takich usług.

- Ja dzisiaj widzę, czuję, że nasz rzemieślnik zaczyna żyć - mówi pani Barbara. - Jakiś czas temu nikt nie przynosił butów do naprawy, był moment, że się nie opłacało. A teraz pan Tadzio nie wychodzi z zakładu.

Młoda dziewczyna przed zaręczynami

- Zaręczyny? - pyta pani Barbara. - Tylko brylancik. W zaręczyny proszę nie wchodzić z cyrkonią.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie