Tragedia pod Jeżewem. Rodzice: Dziewięć lat czekamy na prawdę. Wyrok sądu nic nie zmienił

Magdalena Kuźmiuk [email protected]
Krystyna Biegańska (z lewej) i Halina Zdanowicz 30 września 2005 roku w katastrofie autokaru pod Jeżewem straciły ukochane córki - Monikę i Karolinę. - Nie spoczniemy, dopóki nie dojdziemy do prawdy - mówiły w trakcie procesu. Dziś czują się zawiedzione i zdruzgotane. - Sąd nie wyciągnął żadnych wniosków z tej tragedii - dodają  z żalem.
Krystyna Biegańska (z lewej) i Halina Zdanowicz 30 września 2005 roku w katastrofie autokaru pod Jeżewem straciły ukochane córki - Monikę i Karolinę. - Nie spoczniemy, dopóki nie dojdziemy do prawdy - mówiły w trakcie procesu. Dziś czują się zawiedzione i zdruzgotane. - Sąd nie wyciągnął żadnych wniosków z tej tragedii - dodają z żalem. Andrzej Zgiet
Byli na każdej rozprawie. Szukali, zadawali pytania. Chcieli poznać ostatnie chwile życia swoich dzieci. Walczyli o prawdę. Jak mówią, nie dla siebie. Ale po to, by więcej nie było takich tragedii. Po 9 latach od katastrofy i ponad 5 latach procesu zapadł wyrok. Rodzice maturzystów nie czują ulgi. - Nasza praca poszła na marne - mówią rozgoryczeni.

Nie podważamy decyzji sądu, ale nie akceptujemy jej. Nie spodziewaliśmy się takiego finału. Przez te lata sąd zrobił wiele, był skrupulatny, aż do bólu, ale gdzie są wnioski, na które tak czekaliśmy? Gdzie ostrzeżenie dla firm przewozowych? - pyta Krystyna Biegańska.

- Za co oni zostali ukarani? Za to, że ktoś w papierach był na urlopie, a tak naprawdę pracował? Bo nie za to, że zatrudniali chorych ludzi. Przecież na siedmiu kierowców, aż trzech było poważnie chorych - dodaje Halina Zdanowicz.

Rodzice maturzystów, którzy 9 lat temu zginęli w wypadku autokaru niedaleko Jeżewa, po ogłoszeniu wyroku nie kryli oburzenia. Nie chcieli go komentować. Sąd uniewinnił właścicieli agencji turystycznej, do której należał autokar, od najpoważniejszego zarzutu: sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy drogowej. A według prokuratury, przedsiębiorcy zatrudniali kierowców bez ważnych badań lekarskich. W tragiczną podróż maturzystów wiózł kierowca chorujący na padaczkę. Jego zmiennik miał cukrzycę. Sąd skazał małżonków Janinę i Romualda Z. na kary więzienia w zawieszeniu oraz grzywny za nieprawidłowości w prowadzeniu firmy. - To za mało - uważają rozgoryczeni rodzice, którzy w tym procesie byli oskarżycielami posiłkowymi.

Proces był długi i pełen cierpienia

Ten proces jest jednym z najdłużej toczących się przed białostockim wymiarem sprawiedliwości. Wypadek wydarzył się 30 września 2005 roku. Akt oskarżenia trafił do sądu pod koniec 2008 roku. Proces ruszył w marcu 2009 roku. Wyrok, choć nieprawomocny, zapadł na początku listopada tego roku.

- Sprawa była wielowątkowa, wieloosobowa i wymagała nakładu pracy wielu osób - tłumaczy sędzia Ewa Dakowicz z biura prasowego Sądu Rejonowego w Białymstoku. - Świadkowie zostali przesłuchani w ciągu półtora roku, a było ich aż 86. Szczególnie czasochłonne było przeprowadzenie dowodów wnioskowanych przez strony, w tym dowód z opinii Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna w Krakowie na okoliczność przebiegu zdarzenia drogowego i jego przyczyn. Na tę opinię sąd czekał dwa lata. Ogółem w sprawie występowało 12 biegłych.

- To jest właśnie patologia wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli obywatel ma czekać 10 lat na wyrok, to wszyscy zapomną, co się zdarzyło, jaka była ocena prawno-karna tego zdarzenia - ocenił wybitny kryminolog prof. Brunon Hołyst.

Twórcy prawa pracują nad zmianami, które przyspieszyłyby prawomocne wyroki. Są propozycje, by sąd nie musiał z urzędu prowadzić postępowania dowodowego. Prokurator i obrońca przedstawialiby dowody, a sąd by je tylko oceniał.

- Nasza żałoba trwa już 9 lat. Każda rozprawa była rozdrapywaniem ran. Dowiedzieliśmy się o takich faktach, których wolałabym nawet nie wspominać - przyznaje Krystyna Biegańska. Przechorowała proces. Po jednej z rozpraw odebrało jej rękę. Inni rodzice przypłacili proces depresją.

- Chodziliśmy do sądu, cierpieliśmy. Liczyliśmy, że coś się zmieni. Uregulowane zostaną zasady wyjazdów szkolnych. Dlaczego po tylu latach nie dało się sprecyzować, co można naprawić, by takie katastrofy więcej się nie zdarzały? - pyta Halina Zdanowicz.

Rodziców szczególnie zabolały słowa sędziego Marka Dąbrowskiego z początku ostatniej rozprawy. - Sędzia powiedział, że najlepszym wyrokiem byłoby to, żeby nasze dzieci powstały z grobu. Jak tak można mówić? Róbmy coś, żeby następne dzieci nie ginęły - podkreśla pani Halina.

Musimy mieć siłę do walki

Dowody sąd zgromadził w 50 tomach akt. Rodzice znają je bardzo dobrze. Wielokrotnie podkreślali, że już na wstępnym etapie śledztwa, tuż po katastrofie, popełniono szereg błędów, nie zachowano procedur.

- Nie zrobiono zdjęć ciał. Rozżarzone szczątki wrzucano do tych samych worków, które się topiły od temperatury. Policja nie zatrzymała kierowców, którzy tamtędy przejeżdżali, świadków. Dla policji najważniejsze było udrożnienie drogi. Dopiero po naszej interwencji, rok po katastrofie, obejrzano autokar - wylicza Krystyna Biegańska. Tego zabrakło w uzasadnieniu sądu. - Pisemne uzasadnienie dotrze tylko do wybranych osób, nie do mediów. Wnioski powinny pójść z sądu w eter od razu - podkreśla Krystyna Biegańska.

Czy rodzice odwołają się od wyroku? - Jak starczy nam sił, bo teraz czujemy się jak po uderzeniu obuchem - mówią obie matki. - Znałyśmy nasze córki. Wiemy, że miałyby nam za złe, gdybyśmy nie zrobiły wszystkiego, co tylko jest w naszej mocy, by wyjaśnić okoliczności ich śmierci. By uratować choć jedno życie.

Dziś Krystyna Biegańska czeka na narodziny kolejnego wnuka. Halina Zdanowicz jak co roku pojedzie z mężem do sanktuarium bł. Karoliny Kózkówny w Zabawie, gdzie obchodzony jest Światowy Dzień Pamięci Ofiar Wypadków Drogowych. W tym roku przypada akurat w tę niedzielę. Jest tam piękny, monumentalny pomnik, na którym są umieszczone też nazwiska białostockich licealistów.

- Karolina śni mi się nieustannie - przyznaje Halina Zdanowicz. - Niedawno we śnie zobaczyłam ją w drzwiach wejściowych do mieszkania. Rozmawiałyśmy bez słów. Chciałam ją zaprosić, ona na to, że nie, że tylko chciała zajrzeć. To przynosi ulgę, że Karolina wciąż jest obecna.

Zginęło 13 osób

To była jedna z największych tragedii na polskich drogach ostatnich lat. Rankiem 30 września 2005 roku grupa białostockich maturzystów z I Liceum Ogólnokształcącego i Zespołu Szkół Elektrycznych wyjechała na pielgrzymkę do Częstochowy. Przejechali tylko 33 kilometry. Niedaleko Jeżewa autokar, którym podróżowali, zderzył się z jadącą z naprzeciwka ciężarową lawetą. Błyskawicznie stanął w płomieniach. Zginęło 10 maturzystów i trzech kierowców: autokaru i lawety. 40 osób zostało rannych.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie