Tomasz Bagiński: zawsze marzyłem, aby być reżyserem

Izabela Wiszowata i Wioleta Sitko
Tomasz Bagiński: spotkania, zwłaszcza z nowymi klientami, są potrzebne, bo dzięki nim zyskuje się bardzo dużą wiedzę
Tomasz Bagiński: spotkania, zwłaszcza z nowymi klientami, są potrzebne, bo dzięki nim zyskuje się bardzo dużą wiedzę
Z Tomaszem Bagińskim – białostoczaninem, utytułowanym rysownikiem, animatorem, reżyserem m.in. „Katedry” i „Sztuki spadania”, dyrektorem kreatywnym PLATIGE IMAGE rozmawiają Izabela Wiszowata i Wioleta Sitko.

Jest Pan artystą samoukiem… W jaki sposób zaczęła się Pana przygoda z animacją, reżyserią?

Tomasz Bagiński: Pytanie brzmi, czy w ogóle jestem artystą…? (śmiech) Wszystko zaczęło się od „Gwiezdnych wojen”, gdy, mając parę lat, tato zabrał mnie do kina na ten film. Właśnie wtedy zamarzyłem, aby robić wybuchy w kinach. Zaczęło się od fascynacji, a później poszło dalej… Tak się akurat złożyło, że w domu zamiast kamery pierwszy był komputer, tak więc zająłem się animacją komputerową – była to najkrótsza droga, żeby zacząć robić filmy.

W 2002 roku został Pan nominowany do Oscara w kategorii Krótki film animowany za film „Katedra”. Mimo, że zwycięstwa Pan nie odniósł, czy sama nominacja miała wpływ na Pana karierę?

Oczywiście, że tak. Należy pamiętać, że wprawdzie nominacje nie zmieniają życia z dnia na dzień, ale mimo wszystko wyciągają człowieka z „szarej masy” ludzi, którzy są zupełnie nieznani w branży. Nominacja wiele pomogła, oczywiście nie załatwiła wszystkiego, ale na pewno uchyliła drzwi do świata filmu. Niemniej jednak sama przygoda z nominacją była wspaniała. Uważam, że takie wyróznienie jest ważniejsze niż sam Oscar. Gdy prześledzimy jak potoczyły się losy ludzi, którzy byli nominowani w tej kategorii, a jak losy tych, którzy otrzymali Oscary, można odnieść wrażenie, że to właśnie nominowani zdobyli większy sukces, niż zwycięzcy. Eric Armstrong, który wówczas wygrał ze mną, znikł z rynku na 10 lat i do tej pory nie mam pojęcia co się z nim dzieje.

 
Jakie są obecne Pana marzenia: pracować nad kolejnym filmem, który zostanie nominowany do Oscara, czy może powalczyć o inne wyróżnienia?

Zawód filmowca nie opiera się na polowaniu na wyróżnienia i nagrody. Mam nadzieję, że ten etap mam już za sobą. Dla mnie droga festiwalowa była okazją do przebicia się do zawodu. Zawsze marzyłem o tym, aby być reżyserem do wynajęcia, reżyserem zawodowym. Oczywiście jest kilka różnych dróg do wejścia w ten zawód

i właśnie jedną z nich jest ścieżka przez festiwale, na których można zaprezentować się od strony artystycznej, a dopiero później wchodzi się do pracy zawodowej. Ale to właśnie codzienna praca zawodowa jest najważniejszym sprawdzianem.


Po długotrwałym projekcie może nastąpić tzw. „wypalenie materiału”. Jak wówczas skutecznie motywować się do dalszej pracy?

Zrealizowałem już kilka projektów i odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o motywację, jest coraz łatwiej. Co nie znaczy, że tak samo było zawsze. Dążenie, zwłaszcza na początku, własną ścieżką jest dosyć kosztowne, przede wszystkim psychicznie. My obecnie mamy jednak zdecydowanie łatwiej, niż mieli na przykład nasi rodzice, którzy żyli w czasach o wiele trudniejszych. Narzekanie, że coś mi nie wychodzi i muszę spędzić nad jakimś filmem 8 miesięcy, a nie wiem jaki będzie efekt końcowy, na dobrą sprawę nic nie wnosi do rzeczywistości. W tej chwili żyjemy w najwygodniejszych czasach w historii ziemi, przynajmniej jeśli chodzi o Polskę. Warunki w jakich istniejemy są wielokrotnie lepsze od tych, w jakich żyło się kilkadziesiąt lat temu. Ograniczenia naszych własnych umysłów stwarzają pozory trudności życia.

 

Albert Einstein twierdził, że wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy… W Pana przypadku to bardzo trafne stwierdzenie. Jak pracuje Pan nad własną kreatywnością, gdzie szuka Pan inspiracji?

Przede wszystkim bardzo dużo czytam, ale uważam, że na dobre pomysły po prostu „wpada się”. Pomysły, jak wszystko inne, można wypracować: wystarczy usiąść, pomyśleć i coś przyjdzie do głowy, nie ma w tym żadnej filozofii. Trzeba skupić się na danym problemie, pomyśleć, pokombinować, a wcześniej czy później to rozwiązanie przyjdzie. Ale owo „wcześniej, czy później” zależy wyłącznie od włożonego przez nas wysiłku. Samo „wpadanie na pomysł” jest najprzyjemniejszą częścią pracy, zdecydowanie trudniejszą kwestią jest realizacja projektu.


Od początku swojej kariery zdobył Pan wiele nagród, która z nich jest najważniejsza?

Zawodowo najważniejsza była BAFTA za „Sztukę spadania”. W Polsce jest to nagroda mniej znana, a można by ją porównać do Oscara, tyle, że brytyjskiego… Po jej zdobyciu nawiązałem wiele ciekawych kontaktów w Wielkiej Brytanii, co jest ważne, gdyż jest to kraj znajdujący się bliżej nas niż USA. Z czasem bowiem kontakty zawodowe przeradzają się w prywatne (funkcjonuje to chyba w każdym biznesie) i aby takie kontakty podtrzymywać, należy być mobilnym, być w miarę blisko… Wracając do nagród, nominacja do Oscara również była bardzo znacząca, ponieważ zrobiła mi bardzo dużo dobrego PR w Polsce. Jeśli chodzi o pozostałe nagrody, było ich tak wiele, że przestały mieć znaczenie.

W wywiadach wspomina Pan, że tworzy filmy komercyjne dla szerszego grona odbiorców, jednak paradoksalne wydaje się, że został Pan też doceniony przez profesjonalistów. Jak udało się Panu znaleźc ten złoty środek?

W dziedzinie, w której działam, oba te światy nie są sobie tak bardzo obce. Poza tym nie robię filmów dla garstki krytyków. Należy pamiętać, że film to sztuka masowa i dość łatwo zadowolić i krytyków zawodowych, i widzów masowych. Prawdę mówiąc, nie do końca wierzę w elitarność tej sztuki… Mam bardzo prostą metodę: filmy, które robię, robię dla siebie, a że jestem dosyć przeciętnym widzem, podobają mi się rzeczy, które podobają się także stosunkowo szerokiej grupie ludzi. Nie można robić czegoś dla widowni masowej „na siłę”. W rzeczy, które się robi, trzeba wierzyć. Jestem wręcz przekonany, że James Cameron zrobił „Avatara” dla siebie. A film jednocześnie przypadł do gustu ogromnej ilości ludzi na całym świecie. W innym przypadku nie byłby tak udany i tak szczery.


Dla możliwości robienia filmów porzucił Pan studia architektoniczne. Czy zdarza się Panu żałować tej decyzji?

Nie, nie żałuję. Decyzja o studiowaniu właściwe miała być chwilową przygodą, na przeczekanie, ponieważ chciałem studiować na ASP, ale nie udało mi się tam dostać. Architektura była po to, aby uniknąć wojska, jednocześnie nie wybierając jakiegoś absurdalnego kierunku, np. filologii chińskiej. Na architekturze sporo się nauczyłem, i do dziś przydaje mi się zdobyta tam wiedza. Prawdą jest jednak, że nigdy nie chciałem być architektem.

 
Jeśli chodzi o animację, żadnych kursów zagranicznych Pan nie kończył w tej dziedzinie, wszystko jest efektem własnej pracy?

Żadnych kursów nie ukończyłem, cały czas staram się uczyć i rozwijać, ale we własnym zakresie. Co prawda, przez rok studiowałem jeszcze marketing, również dlatego, żeby uniknąć jeszcze wojska. Muszę jednak przyznać, że ten pierwszy rok marketingu przydał mi się bardzo podczas realizacji reklam. Mimo, że męczyłem się okrutnie na tym wydziale to wiedzę, którą wówczas zdobyłem udaje się czasami z powodzeniem wykorzystać zawodowo.


Zbliża się I Podlaskie Forum E-Biznesu, czego możemy spodziewać się na Pana wideokonferencji w ramach tego spotkania?

Prawdopodobnie powiem kilka rzeczy na temat moich realizacji, jak one powstają i jak wygląda to od kuchni. Jest to na tyle ciekawy temat, że można go bardzo rozbudować oraz urozmaicić. Skupię się nad tym, co powstało w ciągu ostatniego roku, żeby „nie odgrzewać” projektów sprzed kilku lat.

 

Pochodzi Pan z Białegostoku. Czy nie planuje Pan powrotu do tego miasta na stałe?

Kilkakrotnie kusiło mnie to, bo w Białymstoku bardzo przyjemnie się żyje, ale ja już trochę „zwarszawiałem” i ilekroć wracam do Białegostoku, wszystko wydaje mi się bardzo powolne. Druga kwestia związana jest z lotniskiem. Z Warszawy mam łatwy dostęp do reszty Europy. Muszę mieć lotnisko w miejscu, w którym mieszkam.

Wasza firma działa na rynkach międzynarodowych. Czy często dochodzi do bezpośredniego kontaktu z klientem?

Zazwyczaj jest potrzebne jedno lub dwa spotkania. Ciągle nie da się zastąpić kontaktu „twarzą w twarz” telekonferencją. Mimo tego, że bardzo często korzystamy z różnorodnych komunikatorów, spotkania, zwłaszcza z nowymi klientami, są potrzebne, bo dzięki nim zyskuje się bardzo dużą wiedzę o kliencie. Dla klienta także jest ważne, żeby zobaczyć twarz współpracownika, a nie posługiwać się wyłącznie e-mailami. Dzięki temu z niektórymi klientami współpracujemy po 8 lat.

Jeśli chodzi o stosunek kontraktów polskich i zagranicznych, jak to wygląda?

Nie jestem w stanie dokładnie tego oszacować, ale wydaje mi się, że jest to ok. 30-40 proc. na rzecz produkcji zagranicznych. Zawsze będziemy starali się działać na wielu rynkach.


Jaka jest ulubiona, zrealizowana przez firmę reklama?

Chyba „Grunwald”. Mieliśmy bardzo dużo swobody przy produkcji tego filmu i udało się uzyskać wszystko, to co chcieliśmy. Był to udany projekt i dobrze go wspominam, ale było dużo takich projektów.

Stworzył Pan film promujący polską prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Skąd pomysł na to, aby motywem przewodnim był taniec?

To była decyzja podjęta wspólnie z Ministerstwem. Chodziło o to, żeby nie był to film oparty tylko na treści, ale także na emocjach. Było przy tym sporo kontrowersji, ale na pewno był to film inny niż wszyscy się spodziewali.


Czy Polska posiada wielu specjalistów od animacji? Czy jest na nich zapotrzebowanie na rynku?

Oczywiście jest ich za mało i zdecydowanie jest na nich zapotrzebowanie. Rynek jest w stanie wchłonąć dużą ilość takich specjalistów, a to jest dziedzina, w której bardzo łatwo jest o pracę za granicą. Zatem jeśli ktoś nie byłby w stanie znaleźć pracy w kraju, z pewnością znajdzie ją za granicą, a poza tym bardzo często jest tak, że można ją znaleźć bez konieczności ruszania się z Polski – jest to niewątpliwie ewenement i udogodnienie nie często występujące w innych zawodach. Ciągle brakuje specjalistów, a fach nie jest trudny do nauczenia, bo poza kreatywnością, potrzebne są osoby, które wykonają pracę techniczną, a tego można nauczyć się w ciągu roku. Jest

w tym jeszcze spory obszar do zagospodarowania.

Źródło: E-Biuletyn Wydziału Zarządzania PB

Tomasz Bagiński - informacje

Tomasz Bagiński pochodzi z Białegostoku, zasłynął jako reżyser i twórca nominowanego do Oscara filmu „Katedra” oraz takich produkcji jak: „Sztuka spadania”, „Move Your Imagination EURO2012”, filmu promującego Polską prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, hitu Światowej Wystawy EXPO 2010 w Szanghaju – „Animowanej historii Polski” czy „Grunwald. Walka 600-lecia”, cinematiku do gry „Wiedźmin”. Jest współtwórcą polskich i zagranicznych reklam telewizyjnych, promujących między innymi marki Lego, Fiat, Duracell, Kellogg’s, Listerine czy Orlen. W ciągu ostatnich 10 lat studio, w którym pracuje na co dzień zrealizowało około 2500 projektów, z czego około 100 wyreżyserował Tomasz Bagiński.

 

Tomasz Bagiński poprowadzi wideokonferencję podczas I Podlaskiego forum E-Biznesu, które odbędzie się w dniach 25-26 listopada 2011 roku na Wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej.

 

W czerwcu zapłaciliśmy w sklepach mniej niż w maju

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie