Śmierć ciągle nad nami krążyła. Sowieci bez litości. Deportacje zabijały Polaków.

Alicja Zielińska
Przed barakiem w Kargowinie, 1941 r. Brygada dziewcząt, które pracowały przy wycince drzewa. W drugim rzędzie, w białej bluzce moja siostra Wanda.
Przed barakiem w Kargowinie, 1941 r. Brygada dziewcząt, które pracowały przy wycince drzewa. W drugim rzędzie, w białej bluzce moja siostra Wanda.
Najpierw umierały dzieci najmniejsze. Ostatnia najczęściej odchodziła babcia. Początkowo liczyliśmy wszystkich. Niedługo przestało nas to interesować, za dużo było tej śmierci.Trzeba było walczyć o przetrwanie..

Właśnie minęła 71 rocznica pierwszej stalinowskiej deportacji, rozpoczynającej masowe wywózki Polaków na wschód. "Przetrwanie" to właśnie książka Ireny Łaźnej o Syberii. Autorka jako ośmioletnia córka osadnika wojskowego została wywieziona z rodziną w okolice Archangielska 10 lutego 1940 r.
O jej tułaczce po Związku Sowieckim, trwającej ponad sześć lat pisaliśmy przed trzema tygodniami. Powracamy do tych tragicznych wspomnień.

Pierwsza śmierć głodowa dopadła panią Borowską. Była to ładna, drobna kobieta. Bardzo prosiła - błagała ze łzami w oczach o łyżeczkę masła lub smalcu. Mówiła, że gdyby choć tyle mogła zjeść, to będzie jeszcze żyła.

Nikt nie miał czegoś takiego. Podobno niektórzy mogli mieć tłuszcz psi, ale ona by tego nie zjadła.
U nas ciągle śmierć krążyła, już-już któraś była w jej objęciach, ale jakoś w końcu się wyrwała - kryzys przetrwała. No i ta dzielność mamy i nadzieja, którą nam po prostu siłą wciskała, a może byłyśmy tak silne genetycznie, dobrze odżywione w dzieciństwie, bo mama dbała o jedzenie.

Śmierć w tajdze

Jeden z moich kolegów, chyba ode mnie trochę starszy, został zabrany do pomocy w stołówce. Wrócił z trzema ziemniakami, wielkości większego jaja kurzego, to już były duże ziemniaki. Tam nigdy ziemniaków nie obierano, bo były za małe.

Pokazał i poprosił o pomoc w ugotowaniu. Obiecał mi jednego kartofelka, bardzo się ucieszyłam. Nie wolno nam było palić w piecach pod nieobecność dorosłych, ale co tam, taka uczta musiała być natychmiast spełniona.

Pomogłam mu rozpalić w piecu na korytarzu i piekliśmy te ziemniaki w palenisku, czuwając na zmianę, by nas na tym nie nakryli.

Kolega wyprawił mnie po sól, będą lepsze - powiedział. Poszłam, pochwaliłam się siostrze Mieci, że zaraz coś dobrego spróbujemy, dam jej pół, a może i więcej kartofelka - czekała zadowolona. Gdy wróciłam z solą na dłoni, on już kończył jeść te ziemniaki. Przepraszał, że sam nie wie, jak to się stało. Wróciłam do siebie zmartwiona, nie wiedziałam jak wytłumaczyć małej, że ją zawiodłam, aż w końcu powiedziałam prawdę i zjadłyśmy sól przeznaczoną do ziemniaków.

Gdzieś po godzinie usłyszałam jęk i wołanie kolegi. Pobiegłam do niego. Zwijał się z bólu, wprost turlał się po pryczy. Prosił wody, podałam, ale nie pomogło. Pobiegłam do felczerki "tumboczki" i prosiłam, żeby przyszła go ratować. Nie chciała, miała coś ważniejszego do roboty. Byłam jednak uparta, chwyciłam ja za rękę i ponowiłam prośbę.

Wzięła wtedy swoją dużą drewnianą słuchawkę i poszła ze mną do baraku. Postała chwilę, popatrzyła i zapytała, co jadł. Nie mogłam powiedzieć, że ziemniaki pieczone, bo zaraz by spytała, skąd je mamy. Udałam, że nie wiem, kolega też milczał. Felczerka powiedziała: Irina, jeszcze dwa czasa (dwie godziny). Zrozumiałam, że po dwóch godzinach minie mu ten potworny ból. Czekałam jakiś czas, leżał cicho, uspokoił się, był wdzięczny, że nie wydałam, co jadł. Wróciłam więc do swego boksu uspokojona, nie chciałam mu przeszkadzać. Byłam pewna, że śpi.

Po powrocie dorosłych z tajgi okazało się, że kolega już nie żył. Zazdrościłam mu, że choć trochę najadł się przed śmiercią. Wydawało mi się, że był zadowolony, a nawet uśmiechnięty.

Byłam świadkiem, gdy u sąsiadów ojciec dzielił chleb. Liczna to była rodzina, sześć córek i najmłodszy chłopak. Dla ojca jedyny ukochany syn. Ojciec położył chleb na stole, zaznaczył dziewięć kromek i zaczął kroić. Tak kroił, że na końcu została trochę grubsza kromka. Syn krzyknął: Tata oszukuje, sobie zostawił najgrubszą. Ojciec wprost oszalał. Trzymały go dziewczynki i żona, bo gotów był zabić ulubionego syna. Chłopiec chwycił tę najgrubszą kromkę chleba i uciekł z baraku, ja za nim. Byłam przerażona.

Głód wyzwalał nienormalne reakcje, a mężczyźni znacznie gorzej znosili brak jedzenia. Już dzieci były bardziej cierpliwe. Dlatego chyba tak chcieli iść do wojska, nawet na front, bo tam było jedzenie.

Polacy jedli obierki

Ten dzień mocno zapisał się w mojej pamięci. Wanda niosła ze stołówki całe wiaderko zupy. Władzia wrzątek, a ja chleb. Wreszcie najemy się do syta i jeszcze poczęstujemy sąsiadów. Okazało się, że to tak mało. Nim doszłyśmy do baraku prawie cały chleb zjadłyśmy. Najgorsze było to, że tyle zjadłyśmy i nie poczułyśmy sytości, byłyśmy dalej głodne - zawsze głodne. Było nam wstyd, bo idąc do stołówki mówiłyśmy między sobą, jak się podzielimy z naszymi współmieszkańcami, a nawet z więźniami, którzy nam tak pomagali. Głód był tak okropny i trudny do wytrzymania, że nie dawał spać w nocy, skręcał wnętrzności, kołował umysł, zmuszał do pragnienia śmierci.

W naszym baraku mieszkała Rosjanka. Miała dziewczynkę w tym samym wieku, co nasza Miecia. Chodziły do tego samego przedszkola. Kobieta zapraszała, żeby Miecię przynosić do nich, by dziewczynki mogły się razem bawić. Korzystaliśmy z tego zaproszenia, była to dla małej jakaś rozrywka. Któregoś dnia poszłam po Miecię, a mama tej dziewczynki zatrzymała mnie. Po chwili przyniosła ziemniaki, kazała małej chwycić brzeg sukienki i wrzuciła je, mówiąc, że to prezent.

Miecia dostała od tej pani sześć ziemniaków średniej wielkości. Przyniosłam ją z tymi kartofelkami do baraku. Mama zaczęła coś odliczać na palcach i po chwili powiedziała łamanym głosem: dzieci, dziś jest Wielka Sobota. To będą jajka wielkanocne. Zaraz umyła te ziemniaki, obrała, ugotowała i po jednym co jakiś czas podawała małej Mieci. Rzeczywiście wyglądały jak jajka. My, starsze dzieci zjadłyśmy obierki.
Ach, jak nam smakowały. Po czterech latach zobaczyliśmy ziemniaki.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Autorka jako ośmioletnia córka osadnika wojskowego została wywieziona z rodziną w okolice Archangielska 10 lutego 1940 r.
Nie wiem czego autorka oczekiwała. Wojna to nie piknik. Wojna to ŚMIERĆ.

G
Gość

A ci dalej będą o tym samym przez kolejne kilkadziesiąt lat. Ludzie nie róbcie z Polski cmentarza!

Dodaj ogłoszenie