Moje Sopoćkinie - wspomnienia z okolic Grodna. Polacy, Żydzi...

    Moje Sopoćkinie - wspomnienia z okolic Grodna. Polacy, Żydzi i Rosjanie żyli w zgodzie.

    Alicja Zielińska azielinska@poranny.pl tel. 85 748 95 45

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Zdjęcie z 1947 roku. Z prawej strony - Jadwiga Łukaszewicz z Czarnej Białostockiej

    Zdjęcie z 1947 roku. Z prawej strony - Jadwiga Łukaszewicz z Czarnej Białostockiej ©Fot. Archiwum

    Centrum miasteczka stanowił rynek w kształcie kwadratu o nawierzchni brukowej, między ulicami Grodzieńską, Augustowską, Osocką, Wasilewską i Szkolną. Zabudowany domami drewnianymi, parterowymi - wspomina Jadwiga Łukaszewicz z Czarnej Białostockiej. Do 1945 roku mieszkała w Sopoćkiniach koło Grodna.
    Zdjęcie z 1947 roku. Z prawej strony - Jadwiga Łukaszewicz z Czarnej Białostockiej

    Zdjęcie z 1947 roku. Z prawej strony - Jadwiga Łukaszewicz z Czarnej Białostockiej ©Fot. Archiwum

    Sopoćkinie należały do gminy Wołłowiczowce, w powiecie augustowskim. Była to cicha i spokojna miejscowość, opasana z dwóch stron górami. Mieszkali tam Polacy oraz parę rodzin żydowskich i rosyjskich, które zostały po I wojnie światowej. Wszyscy żyli w zgodzie - opowiada pani Jadwiga.
    W szkole uczyło siedem nauczycielek i jeden nauczyciel. W każdą uczniowie ze swoimi wychowawcami chodzili do kościoła na mszę dla młodzieży. Harcerze nieśli sztandar.

    Warunki były skromne, dzieci różnie ubrane. I w drewniakach się chodziło, i w pończochach robionych na drutach, obszytych szmatami. Panowała jednak duża dyscyplina, nauczyciel cieszył się wielkim autorytetem. Za nieposłuszeństwo mógł skarcić ucznia linijką, czy wytargać za uszy i rodzice nie mieli pretensji, jeszcze pochwalili, że dobrze zrobił. Na przerwach porządku pilnował woźny.
    W szóstej klasie dziewczynki uczyły się szycia i gotowania. Chłopcy w tym czasie mieli zajęcia na boisku.

    Mieliśmy radio

    Mieszkaliśmy przy ul. Szkolnej. Pamiętam każdy szczegół w naszym domu. Dziadek postawił go w 1928 roku. Drewniany, kryty gontem. Duży, trzy pokoje, hol. Z holu schody prowadziły na strych. W sieni była komora, która pełniła rolę garderoby, bo wówczas nie było szaf. Stała tam komoda z lepszymi naczyniami, których używało się od święta.

    Rodzice mieli radio, z trzema parami słuchawek. Sąsiedzi przychodzili posłuchać, w mieszkaniu panowała wtedy zupełna cisza.

    Wokół domu znajdował się okazały ogród. Od ulicy były klomby z kwiatami, w głębi zagonki z warzywami. A na miedzy rosły grusze. Rodzice posiadali nieduże gospodarstwo, 3,20 ha ziemi, ale każdy kawałek starali się troskliwie wykorzystać. Hodowali krowę, świniaki, kury, gęsi.

    Dobrze nam się żyło, chociaż skromnie. Rodzice wpajali nam szacunek do pracy oraz potrzebę nauki. Wszystkie dzieci miały swoje obowiązki. Ja, w wieku dziesięciu lat już pracowałam w wakacje. W majątku przy machorce, w Wojtowcach.

    Szczęśliwe, spokojne życie przerwała wojna. 17 września 1939 roku, pamiętna data. Do Sopoćkiń weszli Sowieci. Usunęli z plebanii proboszcza i tam urządzili sztab. Zimą zaczęły się wywózki na Syberię.

    Mama zginęła, dom się spalił

    22 czerwca 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-rosyjska. Na Sopoćkinie spadły bomby. Jedna uderzyła w żydowską synagogę, 100 m od naszego podwórza.

    Mama akurat wypuszczała z chlewa krowę. Zdążyła uciec do domu. Ale odłamek bomby wpadł przez dach przybudówki do środka i odciął mamie obie nogi. Ojciec, dwóch wujków i stryj wyjęli z kufra ręczniki, ścisnęli mamie nogi, następnie furmanką zawieźli mamę do szpitala. W szpitalu nikt nie leczył chorych. Rannych dobijano i wrzucano do wspólnego dołu. Mama nie przeżyła. Miała 45 lat.Po dwóch tygodniach ojciec poszedł do komisarza prosić o zezwolenie na zabranie zwłok i pochowanie na cmentarzu. Wujowie zrobili trumnę. Szukając ciała w tym dole, rozpoznali mamę po ręcznikach.
    W tym czasie spalił się nasz dom. Nie udało się nic wynieść.

    Zostaliśmy sami, bez dachu nad głową. Ja skończyłam 15 lat, brat miał 12, jedna siostra pięć lat, a druga trzy latka. Zamieszkaliśmy w piwnicy. Na zimę przyjął nas do siebie stryj, odstąpił jeden pokój.
    Wiosną ojciec postanowił zbudować dom. Postarał się o drzewo. Budował ze swoimi braćmi w nocy, przy księżycu, bo Niemcy nie pozwalali. Przyszedł raz żandarm i pyta, a skąd ten dom się wziął. Ojciec tłumaczy, że pobudował, bo nie mamy gdzie mieszkać. Żandarm postraszył, że będzie musiał rozebrać. My w płacz. Niemiec ulitował się, wymierzył karę 50 marek, ojciec zapłacił i mieliśmy spokój.

    Nasza droga do Polski

    Jednak długo nie nacieszyliśmy się naszym domem. Pod koniec wojny wytyczono nowe granice. Sopoćkinie znalazły się po stronie białoruskiej. Postanowiliśmy wracać do Polski. Ojciec zapisał mnie i brata w punkcie repatriacyjnym, dostaliśmy karty, bez żadnych dokumentów. Dołączyli nas do jakiejś rodziny. Transport był furmankami. Ojciec dał nam na drogę kawał słoniny, bochen chleba i pół litra bimbru.

    Przyjeżdżamy do granicy, ruski żołnierz podnosi drąg i mówi: "Zdzies wasza Polsza". Patrzę, wieś Kurianki, domy spalone, zostały tylko stodoły. Dużo ludzi. My chcemy dostać się do Bargłowa, 14 km za Augustowem, bo tam mieszka nasza siostra. Żadnej komunikacji. Rozpacz.

    Śpimy w stodole na słomie, przychodzi gospodyni i mówi, że o północy żołnierze rosyjscy będą jechać na Prusy po siano. Trzeba wyjść na szosę i za bimber oni zawiozą. Wyszliśmy, samochody jeden za drugim, widno jak w dzień. Piąty samochód się zatrzymał.

    Wojacy wciągnęli mnie do środka, ale brata zostawili. Usiadłam w kąciku i modliłam się, żeby szczęśliwie wyjechać z puszczy, gdyż dochodziły odgłosy strzelających armat. O piątej rano byliśmy w Bargłowie.

    Siostra, jak mnie zobaczyła, to się wystraszyła, skąd się wzięłam. Po kilku godzinach dojechał brat. Tak szukaliśmy naszej Polski. Ojciec i młodsze siostry przyjechali w 1946 roku.
    Pierwszy raz w swoje strony rodzinne pojechałam dopiero po 20 latach.

    Bardzo przeżyłam ten wyjazd. W naszym domu mieszkała rodzina białoruska. Mili, serdeczni, ugościli, winem poczęstowali. Gospodyni chciała nawet dać 100 rubli. Nie przyjęłam. Serce z żalu mi się ścisnęło. Wszystko się zmieniło. Ziemię obrabiał kołchoz. Wieża i dzwony na kościele zbombardowane przez Niemców, nadal straszyły ruinami. Nie było księdza. Organista kładł ornat na ołtarz i razem z ludźmi, przeważnie w starszym wieku, modlił się.

    Pozostały wspomnienia

    Potem jeszcze parę razy jeździłam do Sopoćkiń, na grób mamy. W pamięci utkwił mi wyjazd w 1988 roku. To były już inne czasy, trwała pierestrojka. Akurat trafiłam na uroczystość wyświęcenia nowych wież i dzwonów przez arcybiskupa Kondrusiewicza. Jakże inny widok. Ludzi pełny kościół, wielu księży. Procesja, małe dziewczynki ubrane na biało, sypią kwiatki. Grał zespół muzyczny z Polski. Był już na stałe proboszcz. Brama do kościoła została otwarta.

    Nie jeżdżę już do Sopoćkiń. Ze względu na wiek, a i załatwianie wizy. Zresztą, nie mam do kogo. Moje koleżanki nie żyją, a ich dzieci mnie nie znają. Pozostały tylko wspomnienia. I tęsknota.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (6)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (6) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo