Michał Probierz, Jagiellonia: RPA to sześciopasmowe autostrady i boisko przy każdej szkole. I lwy.

Wojciech Konończuk
Jednym z najbardziej niezapomnianych przeżyć była wizyta w zagrodzie z lwami – mówi Michał Probierz
Jednym z najbardziej niezapomnianych przeżyć była wizyta w zagrodzie z lwami – mówi Michał Probierz Fot. Archiwum
Często śmiejemy się z Afryki, a kiedy tam przybyłem, to zacząłem zastanawiać się, w jakim kraju my żyjemy. Sześciopasmowe autostrady, przy każdej szkole boisko do rugby i do piłki nożnej. To daje do myślenia - mówi Michał Probierz.

Kurier Poranny: Nie bał się Pan jechać do RPA? Ten kraj ma przecież złą sławę, uważany jest za jedno z najniebezpieczniejszych państw na ziemi.

Michał Probierz: Pewnie, że się bałem. W Polsce słyszałem tylko negatywne opinie o RPA. Ale będąc już na miejscu zmieniłem zdanie. Dość powiedzieć, że w Kapsztadzie ludzie biegają w nocy. Są specjalne alejki do joggingu, tworzące około 30-kilometrową pętlę. Zawodnicy na tych trasach przygotowują się do maratonów. Tak, że z tym poczuciem bezpieczeństwa nie jest tam wcale tak źle. Przez tydzień nie widziałem ani jednej bójki, napadu, czy innego niebezpiecznego zajścia. Słyszałem o napadach, kradzieżach, ale nie było ich więcej niż w każdym innym kraju.

Czyli mamy złe wyobrażenie o tym państwie. A czy tam ludzie wiedzą coś o Polsce?

- Wbrew pozorom, tak. Pytaliśmy ich z ciekawości i często padała odpowiedź, że to kraj w Europie, obok Niemiec.

Jakie było pierwsze Pana wrażenie po przylocie do Kapsztadu?

- Że to piękne miasto, jedno z najładniejszych w tym kraju. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie wznosząca się ponad nim Góra Stołowa, z której widzieliśmy Przylądek Dobrej Nadziei i miejsce, gdzie Ocean Atlantycki łączy się z Indyjskim. To niesamowity widok.

A czy nie dało się odczuć, że miasta są podzielone na dzielnice białych i czarnych?

- W Kapsztadzie nie, tam ludność jest przemieszana i nikt nie zwraca uwagi na kolor skóry. Inaczej jest w Johannesburgu. Tu już jest podział. Do dzielnic czarnych nikt się nie zapuszcza bez potrzeby, nie zakłóca ich spokoju, a oni też nie wkraczają na tereny zamieszkałe przez białych.

Po tylu latach apartheidu czarna ludność ma prawo traktować białych z rezerwą. Nie odczuł Pan niechęci?

- Tam jest tak, że apartheid jest tematem tabu. O tym się po prostu nie rozmawia, bo właśnie wtedy mogą wyniknąć problemy.

Jakim krajem jest RPA?

- Często śmiejemy się z Afryki, a kiedy tam przybyłem, to zacząłem się zastanawiać w jakim kraju my żyjemy. Sześciopasmowe autostrady, przy każdej szkole boisko do rugby, boisko do piłki nożnej.

W samym Johannesburgu jest bodaj sześć stadionów. Jeden mieliśmy okazję oglądać. Nasi przewodnicy mówili, że to jeden ze starszych obiektów. Gdyby dało się go przewieźć do nas, uchodziłby za jeden z nowocześniejszych. To daje dużo do myślenia.

Z drugiej strony są też slumsy, w których żyją setki tysięcy ludzi.

- Podobno ich mieszkańcy dostają po pięćset dolarów, miasto opłaca też im wodę i prąd. Pytanie zatem, czy oni żyją gorzej niż nasi emeryci?

Zdrugiej strony żyje się tam dziwnie, jakby w klatce. Przemieszczać się można tylko w określonych strefach, niektóre dzielnice trzeba omijać. Człowiek czuje się trochę ograniczony. Ale nie zmienia to mojej opinii, że to przepiękny kraj. Ma znakomite położenie geograficzne, no i masę bogactw naturalnych.

Co Pana najbardziej zaskoczyło w RPA?

- W Pretorii, która też jest ładnym miastem, biegł za naszym samochodem jakiś chłopak, chyba przez dwa kilometry, po to tylko, żeby coś pokazać. Usłyszałem: "Boss, wszystko będzie OK". Tam wszyscy mają manierę mówienia per "boss".

Poza tym obowiązują przepisy, które nam wydają się dziwne. Kiedy ktoś obcy wejdzie na twój taras, możesz go zabić, bo działasz w obronie własnej. Ale kiedy wbiegnie do twego ogrodu - nie, bo akurat może on chronić się przed niebezpieczeństwem. Podobno także, jeśli przejeżdżasz przez podejrzaną dzielnicę i czujesz się zagrożony, to możesz nie zatrzymywać się na czerwonym świetle.

Przypadła Panu do gustu południowoafrykańska kuchnia?

- Nawet bardzo. Jest różnorodna. W Kapsztadzie jedliśmy owoce morza, w Johannesburgu gustowaliśmy w stekach. Byłem w restauracji, w której wyłożone są owoce morza. Wybiera się coś i kucharz, siedzący po drugiej stronie lady od razu je przyrządza.

Podobno bawił się Pan w tresera lwów?

- (Śmiech). To trochę za dużo powiedziane. Ale można było wejść do zagrody z młodymi lwami, i skorzystałem z okazji. Dużych nie odwiedziłem. Opowiadano nam ponury dowcip, że kiedyś wszedł tam Chińczyk, by zrobić zdjęcia i lwy go rozszarpały. I teraz Europejczycy mogą czuć się bezpiecznie, bo zwierzęta lubią tylko chińszczyznę.

A tak poważnie, to nawet miejscowi podchodzili do lwów z należytym respektem, a hieny były zamknięte w ogóle, bo to zwierzęta bardzo niebezpieczne. Podobały mi się też noclegi pod Johannesburgiem - koło domków chodziły żyrafy, zebry i wcale nie zwracały na nas uwagi. Takich przeżyć się nie zapomina.

Podczas telewizyjnych relacji komentatorzy dużo mówią o chaosie organizacyjnym podczas mundialu. Jak sobie Pan z tym radził?

- Ja nie zauważyłem żadnego chaosu. Przeciwnie, organizacja jest według mnie bardzo sprawna. Na każdym rogu stoi policjant z krótkofalówką i jeśli ktoś się zgubi, natychmiast szukali tłumacza, władającego akurat tym językiem.

A jak jest z zainteresowaniem mieszkańców RPA mundialem, szczególnie po odpadnięciu ich reprezentacji?

- Zainteresowanie jest ogromne. Po bilety trzeba stać w ośmiogodzinnych kolejkach. Słyszałem, że cena karty wstępu na finał urosła już do 13 tysięcy dolarów, mimo że miejsc na trybunach będzie 94 tysiące.

Ile kosztuje trąbka wuwuzele?

- Około dziesięciu randów, czyli dwóch dolarów.

Czy ich dźwięk na stadionie brzmi tak samo przeraźliwie, jak podczas transmisji telewizyjnych?

- Jeśli ktoś trąbi nad uchem, to tak. Ale mi one nie przeszkadzały. Skupiałem się na meczach, które oglądałem. To kwestia przyzwyczajenia się.

Nie brak było Panu typowego, europejskiego dopingu?

- Nie, bo ten doping tam był. Chociaż najbardziej zapamiętałem doping kibiców Ghany w meczu z Serbią. Cała trybuna tańczyła, bawiła się. Stadion aż drżał. Pomyślałem nawet sobie, że może się zaraz zawalić.

Czy spotkał Pan wielu kibiców spoza Afryki?

- Nawet bardzo wielu. Ze wszystkich krajów, które występują na mundialu. Najwięcej było chyba Argentyńczyków. Przed ich meczem Diego Ma- radona przez kilkadziesiąt minut robił show. Chodził od trybuny do trybuny, machał rękoma, wypinał pierś. Fani go ubóstwiają.

Czy jakiś piłkarz z RPA przyjdzie do Jagiellonii?

- Wątpię. Tam zawodnicy zarabiają lepiej niż w Polsce, powiedziałbym nawet, że znacznie lepiej. Tamtejsi piłkarze chcą wyjechać do Europy, ale Zachodniej.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie