Krynki. XX Trialog w Krynkach. „Сёння Dziś Today"

(dor)Zaktualizowano 
Lawon Wolski będzie moderatorem sobotniego sympozjum Facebook
XX Trialog w Krynkach to spotkania o białoruskiej rzeczywistości, literaturze i kulturze pod wspólnym hasłem "Сёння Dziś Today"

W ramach XX Trialogu w 2019 roku (6 i ­7 września), odbędzie się sympozjum dyskusyjne dotyczące trzech dziedzin: białoruskiej rzeczywistości, literatury i kultury, którego hasłem przewodnim będzie „Сёння Dziś Today“.

W Synagodze Kaukaskiej o białoruskiej rzeczywistości rozmawiać będą: Roman Czepe, Mariusz Maszkiewicz, Bazyli Siegień, o literaturze: Danuta Zawadzka, Michał Androsiuk, Ihar Babkou. Kulturze przyjrzą się: Alina Wawrzeniuk, Artur Klinau, Andrei Dureika, Anatol Wap.

Ciekawie zapowiada się w piątkowy wieczór spektakl Niezależnego projektu teatralnego ГЭТАМЫ na podstawie książki „Radziwa „Prudok” Andreja Horwata. To opowieść inspirowana życiem samego autora, który kiedyś pracował w Mińsku, ale rozczarowany życiem metropolii przeniósł się na wioskę na Polesiu (która nazwana jest – Prudok) aby odnowić dom swego dziadka, powrócić do swoich korzeni.
Na początku Andruś publikował swoje spostrzeżenia o radościach z życia na wsi na prywatnej stronie na Facebooku.
W każdym wpisie czuło się Poleski koloryt a starannie opisane postacie prawdziwych Poleszuków, stawały się bliskie, jakby byli to nasi sąsiedzi. Ludzie, których spotkaliśmy kiedyś albo spotykamy dzisiaj – ci którzy są wśród nas. Nas samych.
To właśnie te wpisy tworzą książkę „Radziwa „Prudok”. Ten spektakl będzie można zobaczyć o godz. 19 w Synagodze Kaukaskiej.

Godzinę wcześniej, w Galerii Krynki, odbędzie się wernisaż wystawy Artura Klinawa pt. „Słodkie słomiane życie 3”.

W sobotę, po sympozjum, w Synagodze Kaukaskiej zagra Lawon Wolski i zespół Prymaki.

XX Trialog w Krynkach. „Сёння Dziś Today" - PROGRAM

piątek, 6 września

18:00 sztuka Galeria Krynki, ul. J. Piłsudskiego 6, Krynki
Artur Klinau, Słodkie słomiane życie 3
19:00 teatr Synagoga Kaukaska, ul. J. Piłsudskiego 5
Niezależny teatralny projekt ГЭТАМЫ

sobota, 7 września

11:00 – 17:00 dyskusja Synagoga Kaukaska, ul. J. Piłsudskiego 5
moderator: Lawon Wolski
11:00 – 12:30 białoruska rzeczywistość
Roman Czepe, Mariusz Maszkiewicz, Bazyli Siegień
12:30 – 13:00 przerwa na kawę, Galeria Krynki, ul. J. Piłsudskiego 6
13:00 – 14:30 literatura
Danuta Zawadzka, Michał Androsiuk, Ihar Babkou
14.30 – 15.30 przerwa na obiad, Gospoda pod Modrzewiem, 1-go Maja 4
15:30 – 17:00 kultura
Alina Wawrzeniuk, Artur Klinau, Andrei Dureika, Anatol Wap
17:00 – 18:00 przerwa na kawę, Galeria Krynki, ul. J. Piłsudskiego 6
18:00 – 20:30 muzyka Synagoga Kaukaska, ul. J. Piłsudskiego 5
18:00 – 19:00 Lavon Volski
19:00 – 19:30 przerwa, Galeria Krynki, ul. J. Piłsudskiego 6
19:30 – 20:30 Prymaki

Temat tegorocznego XX Trialogu „Сёння Dzisiaj Today” wydaje się zbyt ogólnikowy. Od razu
może pojawić się myśl: czy chodzi o Białoruś w ogóle, czy o jakąś jedną sferę życia? Oczywiście
łatwiej jest z pojęciem „dzisiaj”, bo to oznacza współczesność, realny stan, obecny moment, a nie
przeszłość albo przyszłość. Jednak uszanowując pamięć i kontynuując ideę inicjatora Trialogu –
Sokrata Janowicza, przeważnie i w pierwszej kolejności, koncentrujemy się na drogiej jego sercu
kulturze, w szczególności na literaturze. Przy tym nie należy zapominać, że kultura łączy w sobie
pierwiastek zarówno duchowy. Co do mnie, termin „Сёння Dzisiaj Today” natychmiast wywołał
skojarzenie z oficjalno-państwową gazetą „Sowietsskaja Biełorussija” przemianowaną na „SBBiełaruś”.
Rok temu to wydanie z 90-letnią historią weszło w skład wielkiego, państwowego
media-holdingu. Jej nowy szef – Dzimitryj Żuk oznajmił, że „będziemy nadal pisać prawdziwą
kronikę naszej wspaniałej ziemi i jej sławnego, pracowitego narodu”. Zresztą, także w sąsiedniej
Rosji istnieje kanał telewizyjny „Rossija siegodnia – Russia Today”, który dzięki szczodrobliwości
Kremla nadaje na wiele krajów świata, donosząc do około 150 milionów widzów tzw. „poprawny
i prawdziwy” pogląd na wydarzenia w Rosji i na świecie. Od roku 1982 również w USA ukazuje
się wielkonakładowa gazeta „USA Today”. Jednak wydanie to uchodzi za centrowe,
umiarkowane, wyważone i w żadnym razie nie pretenduje do rangi wyraziciela „pełnej i jedynej
prawdy objawionej”.

Kraj peryferyjny, mało znany, poza uwagą

Ilekroć zadają mi bardzo uogólnione pytanie, to natychmiast odwołuję się do intuicji, do
pierwszych skojarzeń. „Białoruś dzisiaj?”. Zaraz, to przecież ta Janowiczowa „Terra incognita”.
Jednoznacznie, sensownie, zrozumiale i przekonująco jak dotąd nikt nie rozgryzł jej pogmatwanej
przeszłości, a i teraźniejszość określa się raczej bardzo powierzchownie i stereotypowo. Aby
gruntownie poznać kraj i ludzi nie wystarczy nawet mieszkać w nim od kolebki po grób oraz
przejechać ją po wielokroć wszerz, wzdłuż i w poprzek. Białoruś jest uosobieniem „średniości”
dosłownie we wszystkim: terytorium, ilości mieszkańców, ekonomiki, potencjału i poziomu życia.
We wszystkich ważnych rankingach kraj plasuje się mniej więcej w połowie 150-200
uwzględnianych krajów świata. Za szczególnie znaczący osobiście uważam doroczny raport
„World Happiness Report”, w którym ocenia się subiektywne odczucie szczęścia. Białoruś zajęła
w nim (w roku ubiegłym) średnie, 81. miejsce. Z uwzględnieniem charakterystycznej dla
Białorusinów skłonności do narzekania, jest to niezły wynik i solidna podstawa do wyższej
samooceny, do tego, aby spojrzeć na siebie samych z pewnym poczuciem dumy, aby wyżej
podnieść głowę. Niestety, niczego takiego nie widać.

Białoruś jest mało znanym krajem i niewiele interesuje ona zagraniczne media, ponieważ ta cicha
stabilność i przewidywalność są dla mediów nieciekawe. Normalność w ogóle jest nieatrakcyjna,
wręcz nudna, natomiast ludzi interesuje raczej tragedia, przemoc, okładanie się pięściami,
skandal i sensacja. Białoruś odwiedza rocznie zaledwie kilkaset tysięcy turystów. Kiedy są to
Rosjanie lub Ukraińcy, to w porównaniu ze swoimi krajami tu niemal wszystko się im podoba. „U
was spokojnie, porządek, czystość, wszystko zadbane, ludzie kulturalni i przyjaźni, dobre drogi,
stabilizacja, nieśpieszny styl życia, a u nas? Sami wiecie: bałagan i zabieganie. Gdyby nie to, że
amatorzy sportu nie uważają drużynę z Rosji za ‹swoją›, ale ‹rosyjską›, to nie byłoby pomiędzy
nami żadnych różnic mentalnych” – konstatują Rosjanie. Ukraińcom imponuje „europejskość”
Białorusi: kultura osobista w porównaniu z rosyjską ordynarnością i chamstwem, modna odzież,
płatne drogi, elektroniczne karty płatnicze. Nawet prawdopodobnie dożywotni przywódca kraju
nie denerwuje, bo przynajmniej przymusza do porządku i dyscypliny.

Przyjezdni z Zachodu też są przyjemnie zaskoczeni porządkiem, schludnością, chociaż w ich
świadomość mocno wryła się łatka, która 14 lat temu przyczepił Białorusi George Bush-Junior:
„ostatnia dyktatura Europy”. To od razu przypomina im o istnieniu i wykonywaniu na Białorusi kary
śmierci, o naruszeniach praw człowieka, o niskim poziomie życia. Obiektywnie, Rosja jest pod
wieloma względami gorsza, ale jej więcej wolno, bo to jest potęga atomowa. Nawet
niereformowalny ukraiński bajzel jest dla świata ciekawszy niż białoruska stabilność. Bardzo
trafnie, bodaj najlepiej spośród wszystkich cudzoziemców, pojął Białoruś kanadyjski uczony, autor
wielu książek i publikacji o Białorusi – David Marples. Zainteresował się on Białorusią po tragedii
w Czarnobylu i od tego czasu przyjeżdżał tu na dłużej kilkadziesiąt razy. Według niego, na
negatywną opinię o Białorusi złożyło się kilka przyczyn, spośród których bodaj najważniejszą jest
ta pasywna, bezmyślna, milcząca zgoda na dyktaturę i Łukaszenkę. Marples określa Białoruś jako
kraj „wyczekujący” (nation-in-waiting), natomiast Białorusinów jako „mentalnych Rosjan bez
szacunku do państwa narodowego, do ojczystego języka i kultury”. „Powstaje wrażenie kraju,
który zastygł pomiędzy epokami... Współczesna Białoruś to czysty produkt epoki stalinizmu,
sowieckiej republiki i celowego rugowania odrębności narodowej w sowieckich czasach,
natomiast Łukaszenko jest logicznym skutkiem tego procesu” – uważa kanadyjski badacz.
Najkrócej jak się tylko da, określił on Białoruś w słowach: „spokojna, łagodna, cierpiętnicza. Taki
jest kraj i tacy są ludzie”. Historycy, w tym również zachodni wiedzą, że Białoruś pod dzisiejszą
nazwą ukształtowała się zaledwie 100 lat temu. Niezależną jest dopiero od 30 lat, ale
niepomiernie dziwi ich to, że Białorusini nawet nie zaprzeczają, kiedy się ich utożsamia z
Rosjanami. Z powodu swej obojętności, lenistwa i braku szacunku dla samych siebie, w
rozmowach z cudzoziemcami tylko potwierdzają istniejące stereotypy.

Białoruskie paradoksy i stereotypy

W ubiegłym roku Artur Zygmuntowicz wydał swą książkę „Białoruś – imperium kontrastów”, plon
swoich czterech wędrówek po Białorusi. Książka pełna jest zabawnych anegdot i trafnych
spostrzeżeń socjologicznych. „Jest to kraj, w którym statystyczny obywatel zarabia miesięcznie
300 dolarów, na przeżycie wydaje 400 a kolejne 100 jeszcze odkłada na tzw. ‹czarną godzinę›.
Jest to państwo jednocześnie opiekuńcze i represyjne, w którym zawsze znajdzie się miejsce w
żłobku, gdzie bezrobotnych uważa się za darmozjadów, z opozycją rozmawia się językiem
policyjnych pałek, gdzie prezydent uczy jak fachowo sadzić ziemniaki, jeździ na nartach i przed
obiektywami kamer telewizyjnych pokazowo zwalnia nieudolnych dyrektorów. Białoruś to
nowoczesna, imponująca stolica i wioski, które nie zmieniły się od 100 lat, gdzie wszędzie widać
pomniki Lenina i Dzierżyńskiego, ale także mnóstwo obiektów sportowych. Białoruś rzekomo
przoduje w spożyciu alkoholu, ale nigdzie nie uświadczycie pijanego lub żebraka. Białoruś to
połączenie wody i ognia, jakiego nie spotkacie nigdzie na świecie”. Według Zygmuntowicza,
„podróż na Karaiby zapadnie w pamięć na pół roku, ale pobyt na Białorusi – na całe życie”.
Zdumiewające rozdwojenie jaźni u Białorusinów podkreśliła teolog Iryna Dubianieckaja.
„Wstydzimy się swego języka, oddaliśmy herb” – powiada. „Większość cudzoziemców, którzy
autentycznie chcą się czegoś dowiedzieć o Białorusi, widzą zmieszanie i zakłopotanie. ‹Czy
Białoruś to część Rosji?› – pytają. ‹Nie› – brzmi odpowiedź. ‹A gdzie przebiegają jej granice?›.
Białorusin, jeżeli ma być szczery, jest zakłopotany. ‹No, wiecie, granice Białorusi niezupełnie
pokrywają się z tymi historycznymi granicami›. Cudzoziemcy pytają: ‹A jaka jest wasza symbolika
narodowa?›. Uczciwy Białorusin jest w kropce. ‹No, wiecie, nasz starożytny herb to „Pogoń”, ale
obecnie jest to herb innego kraju – Litwy. Właściwie, nasza flaga jest biało-czerwono-biała, ale
obecnie w użyciu jest inna symbolika, z sowieckich czasów›. ‹A gdzie jest wasza stolica?›. ‹No, w
Mińsku, ale w rzeczywistości to on nazywa się Miensk, a w rzeczy samej nasza stara stolica to
Wilno, ale obecnie jest to stolica sąsiedniego kraju›. Cudzoziemiec głupieje od tego poplątania,
ale nadal dopytuje. ‹A jaki jest u was język?›. Białorusin ochoczo i radośnie oznajmia: ‹białoruski›,
ale żeby nie skłamać, dodaje: ‹Tylko że Białorusini praktycznie się nim nie posługują i rozmawiają
w języku sąsiedniego kraju, po rosyjsku›. Zdumiony cudzoziemiec kręci głową i nie może się
nadziwić temu, co usłyszał. ‹Toż to rzecz niebywała w świecie! Czego się tylko nie dotknąć, nawet
elementarnych atrybutów państwa, wszystko jest poplątane i płynne›” – powiada Iryna
Dubianieckaja.

Nieprawdziwe wyobrażenia

Istnieje szereg stereotypów o Białorusi i większość z nich jest nieprawdziwa. Białorusinów zwą
„bulbaszami” (bulba – ziemniaki) a placki ziemniaczane traktowane są jako potrawa narodowa.
W rzeczywistości ziemniaki pojawiły się dopiero w XIX wieku, natomiast wysokie ich spożycie
zaczęło się przy bolszewickiej nędzy. Tradycyjnie, Białorusini są amatorami grzybów i botwinki.
Na przekór słowom hymnu Białorusini niezupełnie są oni „pokojowi”. Od ХІІІ po ХVI wiek Wielkie
Księstwo Litewskie bezustannie wojowało i stało się największym krajem w Europie. W pokoju
Białorusini żyją dopiero od 70 lat. Białoruś nie jest „małym” krajem, lecz 13 według terytorium w
Europie, natomiast „małym” jest kraj w porównaniu z sąsiadami: Rosją i Ukrainą. Białorusini nie są
„młodszymi” braćmi, natomiast słowiańskie braterstwo jest wymysłem z carskich czasów. Mit o
„starszym” bracie, który otrzymał miano „Wielkorusina” oraz o dwóch „młodszych” braciach:
„Małorusinie” (Ukraińcu) i „Białorusinie” (mieszkańcu „Białej Rusi”) pojawił się wraz z
przyłączeniem całości białoruskich i większości ukraińskich ziem do Rosji. Mit o trzech bratnich
narodach na czele z rosyjskim na trwałe wszedł do sowieckich podręczników. O słowiańskim
braterstwie chętnie mówią nie tylko rosyjskie środki masowego przekazu, ale i władze Białorusi,
zwłaszcza podczas negocjacji dotyczących rosyjskich kredytów, cen ropy i gazu. Białorusini są
niezbyt tolerancyjni. Istotnie, w białoruskich miastach w ciągu stuleci, w pokoju i zgodzie żyli
prawosławni i katolicy, Żydzi i muzułmanie. W kraju pogranicza kultur i religii ludzie zmuszeni byli
przyjmować innych takimi, jacy oni są. Jednak przy całej swej historycznej tolerancji Białorusini
pozostają nietolerancyjni wobec wielu rzeczy i zjawisk. Są zwolennikami kary śmierci. Cechuje ich
wysoki stopień homofobii i rasizmu. Według rankingu Martin Prosperity Institute z 2015 roku,
Białoruś zajęła 97 miejsce pod względem tolerancji wobec imigrantów, przedstawicieli innych ras
i grup etnicznych oraz mniejszości seksualnych.

Bez celu, planu i perspektyw

Kiedy się uwzględni fakt, że ulubionymi porzekadłami Białorusinów są: „byle nie było gorzej” i
„byle tylko nie wojna”, to obecna sytuacja w zupełności zadowala większość mieszkańców kraju,
zwłaszcza starsze pokolenie. Jednak Białorusini żyją niejako bez celu i bez ambicji. Polacy już
osiągnęli swój podstawowy cel: dołączenie do zachodnich sojuszy i obecnie chcą dorównać
zachodnim Europejczykom pod względem dobrobytu. Natomiast u Białorusinów, mimo istnienia
programu rozwoju społeczno-ekonomicznego, nie widać i nie słychać ani o rozwoju ani o żadnym
konkretnym planie na przyszłość. Już 7 lat temu (2012 r.) zagraniczni i białoruscy eksperci
wspólnie stworzyli księgę pod nazwą „Przyszłość Białorusi”, jako próbę prognozy rozwoju
wydarzeń za 5, 10 i nawet za 20 lat. Politolog Alaksandar Kłaskouski powiada, że „Białoruś to
kraj nie strategii, ale taktyk... Władza żyje dniem dzisiejszym; byle tylko Rosja znów ‹podrzuciła›
ropy i gazu. Kraj przejada zasoby, natomiast opozycja nie bardzo sobie wyobraża, co stanie się
po zmianie władzy. Jedni mówią: pozbędziemy się Łukaszenki i wszystko będzie cacy, będziemy
i bogaci, i szczęśliwi. Ale to nie tak. Problem tkwi jeszcze w mentalności ludzi, w tym, że na chwilę
obecną nie zakończyło się u nas samo formowanie narodu” – uważa Kłaskouski. „Trzeba myśleć
o dzieciach i wnukach, aby to była przyszłość w światowej czołówce, a nie w Trzecim Świecie” –
podkreśla politolog i konstatuje, że to akurat mało kogo obchodzi.

Тrzy lata temu (2016 r.) był realizowany projekt pod nazwa „Białoruś: obraz przyszłości”. Znani
i uznani uczestnicy projektu doszli do wspólnego wniosku, że w Białorusi przeważają
populistyczne i pragmatyczne tendencje, dominuje troska o dzień dzisiejszy, natomiast nie ma
zainteresowania perspektywami rozwoju kraju. Powstaje wrażenie, że Białorusini nie wierzą w
swe siły. „I tak inni o wszystkim zadecydują o nas bez nas”. Dosłownie rok temu politolog Ryhor
Astapienia oświadczył, że „Białoruś nie chce radykalnych zmian, chce pozostać w rosyjskiej sferze
wpływów, natomiast Unia Europejska interesuje ją jako inwestor, partner handlowy, dostawca
technologii i pieniędzy. Według niego, Łukaszenko, który wiele mówi o wielokierunkowości
polityki kraju, nie ma żadnej strategii polityki zagranicznej. W Białorusi nie widać nawet pragnienia
być niezależnym krajem. Żyjemy w stanie, kiedy nie wiemy, dokąd kraj zmierza” – powiada
Astapienia. Eksperci zasadniczo są zgodni co do tego, że nawet za 20 lat Białoruś pozostanie w
sferze wpływów Rosji, mimo iż do pełnej straty niezależności nie dojdzie.

Кompleks prowincjonalności

Białoruś ma skomplikowaną historię. Odwieczna, bezustanna walka o przetrwanie oraz wpływ
silniejszych kultur przytępiły w narodzie poczucie własnej godności, wiarę w swe siły. W sytuacji,
kiedy administracyjna albo kulturalna stolica znajduje się w Moskwie, albo w Warszawie, Białorusi
pozostała rola kolonii, zajętej i ograbionej krainy albo prowincji. „Prowincjonalizm, kompleks
niepełnowartościowości narzucony został Białorusinom w przeciągu XIX wieku wskutek rosyjskiej
kolonizacji” – powiada filozof Aleś Ancipienka. „Ten, kto zajął to terytorium pragnie, aby
wyglądało ono jako coś gorszego, nieistotnego, niedorozwiniętego, godnego politowania.
Prowincja jest to brak centrum kulturowego, pomniejszanie własnej tradycji kulturowej i historii.
Zadanie wszystkich kolonizatorów polegało na tym, aby zaszczepić w podbitych ludach poczucie
niskiej wartości, aby łatwiej było kontrolować i kierować tą zdobytą krainą” – powiada
Ancipienka. Istotnie, centrum z reguły narzuca swój rzekomo „lepszy” język, swoją „prawdziwą”
wiarę i „wyższą” kulturę. Nawet w czasach BSRR Białorusini byli przekonani, że cała siła,
bogactwo i wielkość są na Wschodzie, a wszystko, co najlepsze, włącznie z intelektualnym
potencjałem znajduje się w Moskwie. Ten kompleks prowincjonalności uwidocznił się na początku
lat 90., kiedy wezwania do niezależności zderzyły się z kontrargumentem: „Jakże sobie
poradzimy bez Rosji? Przecież nie mamy bogactw naturalnych”. Nikomu nie przyszło do głowy,
że Szwajcaria naprawdę nie ma żadnych bogactw naturalnych, ale istnieje i ma się wspaniale
jako niezależny kraj już od 700 lat!

Białorusini podzieleni na dwa obozy

O podziale na dwa wrogie plemiona często mówi się w Polsce, zwłaszcza w odniesieniu do
polityków i wyborów, ale na Białorusi ten podział jest jeszcze bardziej oczywisty. Jest rzeczą
powszechnie wiadomą, ze na Białorusi są dwa języki urzędowe. Równoległe są w użyciu dwie
symboliki narodowe: oficjalna i ta druga „historyczno-opozycyjna”. W kraju są dwa główne
wyznania: prawosławni i katolicy. Ci pierwsi są z reguły rosyjskojęzyczni i optują za integracją z
Rosją, natomiast drudzy stawiają na białorutenizację i, naturalną koleją rzeczy, spoglądają na
Zachód. Na Białorusi są dwa Związki Literatów: prorządowy ZPB i niezależny ZBP, jeden
porządny i uczciwy (tzw. „czesny”), a drugi „nieczesny”, czyli co najmniej podejrzany. Ten
hołubiony przez władze posiada Dom Literata, ma szeroki dostęp do wydawnictw, sal oraz
instytucji, natomiast drugi jest tego wszystkiego pozbawiony. Nawet Związek Polaków jest
podzielony na dwa: prorządowy i niezależny. Jedni twórcy mają wsparcie ze strony państwa,
ponieważ należą do tych „uczciwych”, za to drudzy jako rzekomo nastawieni wrogo do państwa
mają bardzo ograniczone możliwości działania. Po 1991 roku, kiedy niezależność spadła z nieba
bez wojny i całkowicie niespodziewanie, podział na „my” i „oni” pogłębił się zarówno pomiędzy
samymi Białorusinami, jak i nimi oraz sąsiadami. Starsze pokolenie przyzwyczaiło się do
sowieckiego systemu pracy i wartości kulturowych. Są to tak zwani „kołchozańci” (jako ślad kultu
„partyzantów”) albo „zastabile” (od słowa „za stabilność), którzy żyją głównie „chlebem
powszednim”. Zadowala ich mizerna, ale regularnie wypłacana emerytura i kluczowym ich
mottem życiowym jest właśnie: „byle nie było wojny”. Natomiast młodzież jest w większości
apolityczna i zafascynowana Zachodem. Młode pokolenie chłopaków i dziewcząt myśli głównie
o sobie i swoich zainteresowaniach, a kolor paznokci, aktywność w mediach społecznościowych
bardziej ich obchodzą niż represje polityczne. Tak więc na Białorusi współistnieją niejako dwie
rzeczywistości.

W listopadzie ubiegłego roku szefowa administracji prezydenckiej Natalia Kaczanawa
oświadczyła, że Białoruś jest „wspaniałym krajem”. Jednak nie miała ona na myśli krajobrazów,
lasów i jezior, lecz system rządów, dzięki któremu rzekomo na Białorusi żyje się wspaniale i
szczęśliwie. Prezydent bezustannie chwali się osiągnięciami kraju, a media metodycznie wbijają
jego słowa ludziom do głów. Tak. Pewnej grupie ludzi zbliżonej do kół rządzących żyje się
wyśmienicie, natomiast tym ośmiu milionom, którzy jeszcze pozostają w kraju – żyje się źle. Te
półtora miliona ludzi, którzy czasowo lub na stałe wyjechali z kraju, zrobiło to nie ze szczęścia. W
kraju gdzie stabilizacja i bezpieczeństwo przedstawiane są jako najwyższe wartości, wszystko
przypomina czas zastoju epoki Breżniewa. Na Białorusi jednocześnie istnieje gospodarka
rynkowa i planowa. Niewielki własny biznes można mieć, ale otwiera się go z trudem i rzadko.
Ogromne przedsiębiorstwa państwowe pracują na zasadzie inercji, chociaż przynoszą straty.
Pracują źle i niewydajnie, ale zwolnić nikogo nie wolno; na produkt nie ma popytu, ale produkcja
trwa na całego. Wynik nikogo nie interesuje. Byle był spokój, byle nie było protestów społecznych,
byle bez szoku i niepopularnych kroków.

Ideologia państwowa i narodowa idea

Ideologia dowolnego kraju to narodowa idea, która jednoczy i mobilizuje obywateli, pozwala
ludziom o różnych przekonaniach i poglądach dojść do konsensusu w kwestii wspólnych wartości,
sprzyja ustanowieniu atmosfery zgody i kreatywności. Teoretycznie, podstawy ideologii państwa
białoruskiego są sformułowane w Konstytucji: wszystko powinno służyć człowiekowi i w interesach
Białorusi. Jednak ta formuła jest bardzo ogólna i prezydent wyłożył jej sens w następujący sposób.
„Ideologia Białorusi powinna orientować się na tradycyjne wartości; gotowość pracy nie tylko dla
osobistej korzyści, ale dla dobra społeczeństwa, kolektywu, innych ludzi. Istnieje potrzeba ideałów
i wyższych celów, pomocy wzajemnej, kolektywizmu jako przeciwwagi zachodniemu
indywidualizmowi. W istocie we wschodniosłowiańskim i wschodnioeuropejskim świecie
pozostaliśmy liderem duchowym wiernym naszym tradycyjnym wartościom cywilizacyjnym” –
uważa prezydent Białorusi. Polecił on ekspertom dokładnie rozpracować ideologię państwową i
narodową ideologię, ale odrzucił wszystkie propozycje, ponieważ rzekomo „jakoś nie współgrają
z sercami i umysłami oraz nie są w stanie porwać cały naród”. „Byłbym niezmiernie wdzięczny,
gdyby ktoś sformułował tę ideę i przekonał mnie, że ma ona sens” – oświadczył rok temu
Łukaszenko. Prezydent skrytykował wszystkich etatowych ideologów za „niewybaczalny
formalizm i biurokratyczność rodem z sowieckiej epoki” i wreszcie oświadczył, że
prawdopodobnie będzie musiał się tym zająć sam. Bez ogłaszania własnej ideologii szef państwa
i tak realizuje swoją strategię polegająca na ścisłym związku z Rosją, na przekór zachodnim
wartościom. Rzecz w tym, że cywilizacja europejska jest zbudowana na priorytecie człowieka nad
społeczeństwem i klanem, na szacunku dla praw mniejszości. Ta zasada obejmuje i własność
prywatną i wolności demokratyczne, i ograniczenie władzy i państwa przez Konstytucję, i nawet
troskę o mniejszości oraz język. Jednak w białoruskiej, kołchozowej świadomości pojedynczy
człowiek nic nie znaczy, dlatego bezustannie mówi się o „wspólnocie”, „dobru ogólnym”,
„obowiązku patriotycznym”, „kolektywie”, „narodzie” itd. To podejście dotyczy dosłownie każdej
sfery życia włącznie z biznesem i twórczością artystyczną. W ramach tej ciągle jeszcze nie
sformułowanej, ale czynnej ideologii, na Białorusi na wszystko patrzy się jak na obowiązek
służenia społeczeństwu lub Ojczyźnie, opozycji albo władzy, nawet tylko swojej, niezależnej,
twórczej, wolnej grupie. Powstaje naturalne pytanie: a dlaczegoż to przedsiębiorca, naukowiec,
robotnik, pisarz, artysta, dowolny twórca obowiązkowo powinien starać się być użytecznym,
„pożytecznym” dla kraju, a nie dla siebie i swej rodziny? Dlaczego ma być koniecznie dumą i
sumieniem narodu? A dlaczegoż nie może on na przykład pisać popularne kryminały,
skoncentrować się na samorealizacji, na tym, co jest kupowane, zarabiać na swej twórczości, a
stając się znanym i czytanym rozsławić jednocześnie swój kraj w świecie.

Utracone szanse

Przez wszystkie lata niezależności Białoruś trwa w rozkroku pomiędzy Wschodem i Zachodem,
pomiędzy Rosją i Europą. W 2013 r. Borys Niemcow (zastrzelony w 2015 r.) powiedział:
„Uważam, że Białoruś ma większe szanse stać się wolnym, demokratycznym, europejskim krajem
niż Rosja. Po pierwsze – Białoruś nie ma imperialnych ambicji. Po drugie – wy znajdujecie w
samym sercu Europy. Po trzecie – wy nie macie swego Kaukazu. Ponadto, wy jesteście
wykształconym narodem i macie Europę tuż obok. Krótko mówiąc, jeżeli wam się powiedzie, to
być może również nam”. Niemcow słusznie uważał Rosję za imperialny, niedemokratyczny kraj,
ale to właśnie z nią Białoruś zawiązała sojusz. Rzeczywiście, każdy Białorusin jest przekonany, że
Białoruś znajduje się w centrum Europy, ale Białorusini zatrzymali się w rozwoju, jak gdyby w
oczekiwaniu na jakiś cud. Sami Białorusini pogodzili się z faktem, że ich odwiecznym
przeznaczeniem jest bycie pograniczem, zamieszkiwanie na tranzytowym szlaku, na
skrzyżowaniu historycznych dróg. Białorusini są zupełnie pozbawieni mesjanistycznych tendencji,
w odróżnieniu od Polaków i Rosjan, którzy uważają za swój obowiązek nieść i narzucać swą
kulturę sąsiadom. Białorusini wypracowali jedynie model przystosowania się do dowolnych
wpływów zewnętrznych. Sami niczego swojego nie propagują, natomiast przywykli spoglądać na
obcych, zamiast stworzyć coś własnego. Jednocześnie pragnienie zapożyczeń skierowane jest nie
na bardziej rozwinięte europejskie kraje, ale na „starszego brata”. Mamy do czynienia z ciekawą
recydywą historii. W 1935 r. polski publicysta Jerzy Wyszomirski pisał z Wilna. „Pieśń, z której
liderzy białoruscy chcą stworzyć hymn wyzwolenia zaczyna się od słów: ‹Od wieku śmy spali,
lecz nas obudzili›, ale to nieprawda. Gorzką i ironiczną prawdę zawiera o wiele bardziej brutalna
parodia tej pieśni: ‹Od wiekuśmy spali, lecz nas obudzili, kopnęli nas w d...ę, i znów położyli›”.
Pomimo formalnej niezależności Białoruś jest jak sparaliżowana. Otrzymując jako sojusznik i strefa
buforowa olbrzymie wsparcie, chytrze wypraszając od Rosji kolejne podarunki, już dawno można
było stopniowo, rozważnie, mądrze reformować i uczynić bardziej efektywną swą gospodarkę,
naukę, służbę zdrowia, usprawnić system emerytalny, odrodzić ojczysty język, wzmocnić prestiż
kultury narodowej i w ten sposób skonsolidować społeczeństwo, pozwolić mu uświadomić i
zrozumieć, że Białorusini są pełnowartościowym narodem z wielką historią i wspaniałymi
tradycjami. Oczywiście bez otwartego zwrotu na Zachód, bo na to Rosja nie pozwoliłaby,
natomiast modernizacja kraju jej nie przeszkadzałaby, tak jak nie przeszkadza jej, że Białoruś ma
lepsze drogi i troszczy się o własną armię. Jednak to wymagałoby zmiany władzy, a obecny
prezydent chce ją zachować.

Rola charakteru narodowego

O tej sławetnej łagodności i umiarze oraz o innych cnotach Białorusinów powiedziano już
dostatecznie dużo, chociaż często nie są to plusy, lecz minusy. Ci, którzy cenią sobie spokój i
stabilność, powinni pamiętać, że idealny spokój panuje na cmentarzu. Michał Aniempadystau,
który zmarł w styczniu ubiegłego roku, twórca epokowego dzieła „Albumu Narodowego” mówił
o genetycznym temperamencie i mentalności Białorusinów. Według niego „Białorusini mają
charakter skłonny do melancholii, depresji, zamknięcia się w sobie, lęku przed zmianami. To
dlatego w szczególności literatura charakteryzuje się bezustannym smutkiem i tęsknotą, które
dobrze się czują w utworach pisarzy białoruskich. Co więcej, taki stan rzeczy wszystkim
odpowiada. Można mówić wręcz o białoruskim masochizmie, który staje się podstawą do pewnej
dumy. Czyli im gorzej, tym lepiej”. Już Adam Mickiewicz w swoich wykładach w Paryżu o folklorze
słowiańskim i filologii mówił o swych ziomkach-Litwinach: „Życie ich jest bez reszty w duchu.
Natomiast na ziemi ich historia jest pełna smutku i skargi”. Smutek i skarga to typowe cechy
nieoficjalnej kultury białoruskiej, które jak gdyby składają się na równoległą rzeczywistość i
przeciwwagę podniośle radosnym, lecz całkiem sztucznym fajerwerkom i podskokom oficjalnej
kultury. Kulturolog Iryna Chadarenka pisała, że ukształtowany przez historyczny los charakter
narodowy widoczny jest w charakterze i tendencjach całej kultury białoruskiej. Jako jej
podstawowe cechy nazwała ona: marginalność, peryferyjność, niszowość, negatywizm, brak
pasji i zapału, cierpiętnictwo, samopoświęcenie, mozaiczność i nieokreśloność. Jeżeli chodzi o
„pasjonarność”, to według twórcy tego pojęcia – Lwa Gumilowa, niektóre kultury są dynamiczne,
agresywne, wojownicze, ciekawskie, energiczne, natomiast inne nieruchawe, marazmatyczne,
oziębłe, skoncentrowane na utrzymaniu stanu posiadania. Z powodu poczucia
niepełnowartościowości Białorusini mają w zwyczaju nie doceniać własne i łasić się na bardziej
rozreklamowane cudze. Według większości Białorusinów wszystko co swoje jest drugorzędne, a
Białoruś jest tym miejscem, gdzie niczego dobrego nie ma i nie może być. Tym się tłumaczy
sytuację w sferze kultury i mediów, gdzie dominują wpływy Rosji. Ponadto, ponieważ niezwykle
żywotna okazała się nostalgia za sowiecką epoką, to cała kultura pozostaje przeważnie
postsowiecka według ducha, atmosfery i mechanizmu realizacji twórczych pomysłów.

Państwo propaguje „lojalną” chałturę

Nieźle rozumiejące mentalność Białorusinów władze skutecznie realizują swą politykę we
wszystkich sferach, włącznie z kulturą. Zgodnie z monitoringiem stanu kultury białoruskiej
przeprowadzonym na zamówienie UNESCO przez „Centrum transformacji europejskiej”
„białoruska niezależna i białoruskojęzyczna kultura znajduje się w zmarginalizowanym stanie”
Wśród zasadniczych przeszkód w rozwoju kultury białoruskiej eksperci wymieniają
upolitycznienie programów kulturalnych, a także fakt silnej, niekontrolowanej ekspansji kultury
rosyjskiej. W kulturze białoruskiej istnieje podział na „lojalną” i „niezależną”. Ta druga
„nielojalna” przeistacza się w marginalizowaną subkulturę. Mimo iż Białoruś podpisała
Konwencje UNESCO, to narusza ona wolność ekspresji, rozpowszechnianie informacji,
możliwość wyboru formy twórczego wyrazu. De facto istnieje cenzura. Urzędnicy układają
„czarne spisy”, wprowadzają zakaz na otwarcie wystaw oraz innych imprez. Na Białorusi nie ma
własnej przestrzeni informacyjnej. Ponieważ nie ma również ani językowej, ani psychologicznej
granicy, Białorusini nie odróżniają rosyjskich wiadomości od swoich. Na białoruskich telekanałach
dominuje rosyjska pop-kultura, na FM-falach rosyjska muzyka rozrywkowa, natomiast zachodnia
muzyka i filmy pojawiają się rzadko i w sposób dozowany. Tak brzmi konkluzja na temat stanu
kultury białoruskiej według sprawozdania zamówionego przez UNESCO.

Nasuwa się wniosek, że człowiek z tłumu, szary, anonimowy obywatel, obojętny konsument
produktu kultury – oto prawdziwy bohater naszych czasów. Mianowicie na jego niewybredne
potrzeby skierowana jest cała aktywność środków masowego przekazu, instytucji kulturalnych i
wielu twórców. W takim społeczeństwie, które wyszło ze wsi, tylko wieś z niego nie wyszła, każda
władza może się czuć komfortowo, ponieważ elita narodowa była zniszczona dużo wcześniej,
natomiast jej resztki nie są w stanie stworzyć alternatywy i sprzeciwić się totalnemu pogrążeniu w
informacyjne bagno. Zdaniem Iryny Chadarenki, monopolizacja przez państwo środków
masowego przekazu „zmusza ludzi do wchłaniania gigabajtów chałtury imitującej wysiłek
twórczy. Ten, kto pragnie stworzyć artystyczne dzieło nie dla mas, lecz dla osób, kto jest zdolny
do samodzielnego myślenia, ten automatycznie obsuwa się na dół po drabinie kontrkultury do
piwnic undergroundu”. To zjawisko jest znane również w innych krajach, ale na Białorusi jest ono
szczególnie widoczne.

Doskonałą ilustracją stosunku państwa do kultury jest główna międzynarodowa impreza – festiwal
„Słowiański bazar”. Można go uznać za klasyczny przykład prymitywnej, na wzór „Cepelii” sztuki
adresowanej głównie do tych, którzy nijak nie potrafią wyzbyć się nostalgii za sowiecką epoką z
jej jedną, wspólną przestrzenią kulturową. Nie ma tam słowiańszczyzny. Tylko kosmopolityczny
„bazar”, wszechogarniający kicz i parada lukrowanych gwiazd głównie rosyjskiej estrady. One
nawet nie raczą zaśpiewać, tylko puszczają swe „kawałki” z playbacku. Tu już nie tyle kultura, ile
parodia kultury. Nawet gwiazdy białoruskich grup rockowych ze śmiesznymi, pretensjonalnymi
angielskimi nazwami występują tam nie z powodu wysokiego poziomu artystycznego, ale dlatego,
że cieszą się przychylnością urzędników od kultury. Dla większości słuchaczy Alaksandr
Saładucha i jego śpiewy to szczyt estradowego artyzmu jak dla wielu Polaków Zenek i disco-polo.
Co do mnie, obaj oni są mi całkowicie obojętni, ale nie będę z pogardą odnosić się do ich licznych
fanów. Cóż, są bezsprzecznie popularni, bo utrafili w niewybredne gusta słuchaczy. Ponadto,
należy liczyć się ze zjawiskiem socjotechniki. Drogą natrętnej reklamy i bezustannych powtórek
narzuca się popyt i w ten sposób działa technika manipulacji ludźmi, którzy w swej większości nie
są wymagający, wręcz prymitywni. Jest to coś w rodzaju fast-foodów. Po co ludziom dobra, ale
trudno zrozumiała literatura, po co dobra, ale nie do zabawy muzyka? Wielu ludziom w
zupełności wystarcza, kiedy jest fajnie, łatwo, przyjemnie. Po co wytężać umysł po ciężkiej albo
nudnej pracy i rodzinnych problemach? Oczywiście, gusty ludzi dają się formować, ale kultura
masowa nie stawia przed sobą pedagogicznych celów. Proponuje ona uniwersalny jak hamburger
produkt: swą tanią, dostępną strawę, czyli zabawę. Kiedy się widzi i styka się tylko z czymś
jednym, człowiekowi wydaje się, że to jest właśnie prawdziwe piękno, jedyna prawda i jedyna
rzeczywistość. Moc oddziaływania państwowych mediów polega na tym, że przypominają one
stołówkę kołchozową. Możesz jeść albo i nie jeść, ale wiedz, że niczego innego tu nie ma. To
znaczy, w istocie istnieje wybór, są luksusowe restauracje, nawet niedaleko od „McDonnalds’a”,
jest Filharmonia też nie tak daleko od dyskoteki, ale żeby pójść tam potrzeba więcej pieniędzy,
zachodu, odpowiedniego ubioru, no i trzeba znać się i cenić tam proponowany produkt. W
rezultacie to okazuje się tylko dla elity, dla ludzi albo zamożnych, albo inteligentnych, natomiast
większość ludzi w swych estetycznych wyobrażeniach woli pozostać „jak wszyscy”.

Co mają zrobić niezadowoleni?

Więc co pozostaje człowiekowi, którego nie zadowala to „szczęśliwe” życie przedstawiane przez
oficjeli w telewizji i już go nie trzymają jak w klatce, jak to było w sowieckiej rzeczywistości?
Młodemu, postępowemu, przedsiębiorczemu, wykształconemu, ambitnemu człowiekowi
pozostaje wyjechać do pracy za granicę na jakiś czas albo w ogóle udać się na emigrację. Wielu
Białorusinów tak właśnie robi, zwłaszcza ci najbardziej aktywni, perspektywiczni i kreatywni.
Wyjechać czasowo albo na zawsze w poszukiwania lepszej doli, zmiana miejsca zamieszkania i
pracy, nawet w konserwatywnej Białorusi, już nie jest postrzegane jak zdrada ojczyzny, chociaż
nadal taka postawa uchodzi za naganną. Wszyscy rozumieją, że człowiekowi chodzi o należyte
wykorzystanie swego potencjału w swoim fachu, o lepsze zarobki na utrzymanie rodziny, o lepszą
edukację dla swych dzieci.

Podstawowe powody emigracji są trzy: większe możliwości, lepsze zarobki i większa swoboda.
Jeżeli chodzi o możliwości i zarobki, to znaleźć dobrze płatną pracę, na przykład w zagranicznej
firmie, teoretycznie można i na Białorusi, ale to rzadkość, tylko dla małej grupy szczęśliwców.
Otworzyć swój drobny biznes też można, ale ciężko z powodu biurokratycznej mitręgi, braku
tanich kredytów oraz programów wsparcia drobnej przedsiębiorczości. Kiedy ktoś chce dalej się
kształcić, to z powodu braku interesujących programów, grantów i słabej mobilności
uniwersyteckiej, nic z tego nie wyjdzie. Gdy chodzi o same zarobki, to nawet myjąc naczynia albo
pracując jako kelner, młodzi Białorusini więcej niż u siebie zarobią w dowolnym kraju Unii
Europejskiej. Kiedy jest mowa o wolności, swobodzie, to wcale nie chodzi tu o polityczne
swobody, bo te mało interesują pragmatycznego Białorusina. Demokracja, wybory, prawa
człowieka to niezmienne zajęcie garstki „profesjonalnych” opozycjonistów. Statystyczny
Białorusin nie ma czasu ni cierpliwości na politykę, bo nie ma na nią absolutnie żadnego wpływu.
Wie, że w kraju ma do czynienia nie tyle ze stalinowskimi represjami ile z „breżniewowską”
stagnacją. Chodzi mu o wolność wyboru i ekspresji, o wybór zajęcia, o prawo do życia, ubierania
się, spotykania się i wyglądania z kim chce i jak chce. Jednak na Białorusi każda
niestandardowość, nawet nierosyjski język na ulicy, „nieprawidłowe” poglądy, nawet tak
trzeciorzędne rzeczy, jak kolor włosów, leworęczność, piercing, nie mówiąc o nietradycyjnej
orientacji seksualnej, czynią z człowieka obiekt agresji, ostracyzmu albo w najlepszym wypadku
wytykania palcami. Autentycznie twórczy, samodzielny, oryginalny, politycznie zaangażowany
człowiek natychmiast zostanie zaliczony do kategorii podejrzanych, zetknie się z nieufnością i
nawet z represjami.

Na emigracje udają się również literaci, dziennikarze, artyści. Niektórzy z powodzeniem zajmują
się swoją pracą, mają lepsze ku temu warunki i kiedy tam odnoszą sukces, to zostaje zapisane,
chociażby częściowo na rachunek Białorusi. Kiedy człowiek nigdzie nie jest potrzebny, to zostanie
nieudacznikiem zarówno w Białorusi, jak i w Ameryce. Ludziom twórczej pracy z reguły ciężko jest
odnieść sukces, zdobyć sławę i pieniądze w każdym kraju. Prócz talentu trzeba znaleźć swoją
niszę, sprzyjający grunt, umiejętnie zareklamować siebie z uwzględnieniem popytu i specyfiki
świadomości szerokich mas odbiorców. W przypadku oryginalnych twórców bardzo źle jest,
kiedy państwo nie jest zainteresowane promocją własnej, kultury narodowej a do tego właśnie to
państwo kontroluje środki masowego przekazu. Przecież te kształtują najbardziej prymitywne
stereotypy i gusty. Wielu ludzi słucha tylko jednej rozgłośni radiowej, ogląda tylko jedną telewizję
i chodzi na koncerty tych samych, najbardziej znanych i modnych muzyków i wokalistów.

Język – smutne fakty

Stan kultury białoruskiej jest najbardziej widoczny na przykładzie literatury. Istnieje ona w
warunkach swoistego getta; coraz mniej półek w księgarniach i bibliotekach, godzin języka
białoruskiego w programach szkolnych i coraz mniej białoruskojęzycznych tekstów.
Przewodniczący Związku Pisarzy Białoruskich (tego nieoficjalnego, „opozycyjnego”) Barys
Piatrowicz (Saczanka) powiada, że Białorusini, podobnie jak inne nacje, mało czytają w
dowolnym języku. Czytelników jest średnio 3-5% populacji. Po rosyjsku przeważnie czyta się
Akunina, Maryninę, Pielewina i Prilepina, ale swoich czytelników mają także Arłou i Razanau,
Chadanowicz i Bacharewicz. W księgarniach białoruskie półki giną w morzu rosyjskojęzycznych
książek. „Bez literatury nie możemy opanować języka, ale by czytać białoruskie książki, trzeba
znać język. Tylko skąd ma się wziąć ta znajomość, skoro język ojczysty nie brzmi z telekranów,
zmniejsza się ilość godzin nauki języka i literatury ojczystej. By przywrócić zainteresowanie ludzi
książką białoruską, trzeba przywrócić język ojczysty w żłobkach, szkołach i uniwersytetach i aby
tam wszystkie przedmioty były wykładane po białorusku” – uważa Barys Piatrowicz. Pomimo tego
i tak najzdolniejsi, najbardziej znani i najczęściej czytani białoruscy literaci należą właśnie do
tego, niezależnego Związku. Nie liczą oni na prezenty i benefity od władz a jedynie chcą, by im
nie przeszkadzano. Nie liczą na wysokie honoraria, szybką sławę ani to, że zdarzy się cud, i
wydawcy rzucą się do wydawania ich książek. Otóż Związkowi udało się nawet w bardzo
niesprzyjających warunkach wydać w różnych językach świata książki Bykawa, Karatkiewicza,
Adamowicza, którzy już zmarli, ale też żyjących: Razanawa, Arłowa, Aleksijewicz, Niaklajewa,
Paszkiewicza, Babinę, Wiszniowa, Klinawa, Chadanowicza. Przy Związku istnieje Szkoła
młodego literata, którą ukończyło 16 młodych prozaików. W biblioteczce debiutantów „Punkt
odliczania” wyszło z druku ponad 10 książek. Rokrocznie przeprowadzane są festiwale, konkursy
i wieczory literackie.

Czy można być białoruskim nie po białorusku?

I tu dochodzimy do kluczowej kwestii z punktu widzenia kultury, do języka. Niegdyś Adam Globus
wystąpił z kategorycznym oświadczeniem odnośnie literatury: białoruski pisarz to ten, który pisze
po białorusku. Jeżeli ktoś nie pisze po białorusku, to nie jest białoruski pisarz. Zgadza się z nim
również Barys Piatrowicz. Według niego: „Współczesna literatura białoruska to literatura
wyłącznie po białorusku. Jeżeli zaś chodzi o państwo Białoruś, to białoruska literatura powstawała
w różnych językach: po rosyjsku, w jidysz, po polsku, po ukraińsku. Jednak tylko język białoruski
może wpływać na rozwój literatury narodowej. Wszystko, co jest napisane w innych językach to
wkład w rozwój literatury tych narodów, w których językach powstają dzieła” – uważa
Przewodniczący Związku Pisarzy. „Tak – dodaje on – utwory rosyjskojęzycznych pisarzy takich
jak Aleksijewicz, Adamowicz i inni, jest to osiągnięcie literatury współczesnej Białorusi, ale nie
literatury narodowej. Nie ma języka – nie ma literatury”.

Z kolei Wiktor Marcinowicz, rosyjskojęzyczny publicysta i pisarz uczciwie przyznaje, że on, mimo
iż urodzony w Oszmianach, po prostu nie potrafi pisać po białorusku. „Moje słownictwo jest zbyt
ubogie, by pisać po białorusku i rozumiem, że nie mam żadnej szansy włączyć się w białoruski
nurt literacki, ponieważ kiedy się jest Białorusinem, pisze się o Białorusi i Mińsku po rosyjsku, to już
się nie jest białoruskim pisarzem”. Owszem, istnieje jeszcze jeden aspekt problemu: przynależność
do tradycji białoruskiej, ale i tu trzeba uczciwie przyznać, że połowa współczesnych białoruskich
literatów „wychowała się” na Maldelsztamie, Brodskim albo innych zagranicznych pisarzach
zamiast na Kupale, Bahdanowiczu i Karatkiewiczu. W tym miejscu chcę zauważyć, że twórczość
Sokrata Janowicza pełna jest zachwytu nad lakoniczną, kwiecistą, kolorystyczną prozą odeskiego
Żyda Izaaka Babla. Z Białorusią Babel nie miał nic wspólnego.

Аndriej Chadanowicz zwrócił uwagę na inną okoliczność. Oto na Białorusi, gdy dziennikarz robi
wywiad z białoruskim twórcą, to obowiązkowo podkreśla, że jest białoruski pisarz, białoruski
poeta, białoruski dramaturg. W tym podkreśleniu już kryje się swego rodzaju ostrzeżenie: Uwaga!
Jest to twórczość mało znana, mniejszościowa, w mało używanym języku. Wychodzi na to, że
wszyscy inni, którzy tu mieszkają, żyją i pracują – nie są Białorusinami! Przecież za takie ich
zaszufladkowanie mogą oni się wręcz obrazić. Według filozofa Walancina Akudowicza jest to
wynik tej zakompleksionej, postkolonialnej świadomości. W Związku Sowieckim istniały narodowe
literatury i literatura rosyjska. Jednak nikt nie podkreślał, że Szołochow i Rasputin, to rosyjscy
pisarze, natomiast w przypadku pisarzy takich jak Bykau albo Karatkiewicz obowiązkowo mówiło
się: białoruski, ukraiński, gruziński, ormiański pisarz. Im nadawano wysokie miana „narodowych”
pisarzy, natomiast rosyjskim go nie nadawano.

Ale czy język twórczości jest równoznaczny z narodowością autora? Czy literatura białoruska
obowiązkowo musi być wyłącznie po białorusku? Powszechnie wiadomo, że po białorusku
zaczęto pisać dopiero w drugiej połowie XIX wieku, natomiast w XVII-XVIII stuleciach nie było
pełnoprawnej, rozwiniętej literatury w tym języku. Niemniej jednak w wielonarodowym Wielkim
Księstwie Litewskim istniała wielojęzyczna literatura: polska, łacińska, cerkiewno-słowiańska oraz
inne. Adam Maldzis bardzo pragnął, aby na Białorusi wszyscy mówili i pisali po białorusku, ale
ostatecznie stwierdził: „powinniśmy pogodzić się z faktami i przyjąć do wiadomości, że białoruska
literatura jest polijęzyczna i zawsze taka była. A skoro Białorusin kocha swój kraj, chciałby pisać
po białorusku, tylko mu to nie wychodzi, więc pisze po polsku lub po rosyjsku, ale robi to
znakomicie i pracuje w ramach ‹białoruskiego projektu narodowego› a do tego wszędzie
podkreśla: jestem Białorusinem, więc kim on jest?” – postawił pytanie Maldzis. Walancin
Akudowicz przyznał, że na dobry ład, język to tylko środek wypowiedzi o człowieku i świecie.
Przypomniał on, że oto Andrej Adamowicz najpierw pisał po rosyjsku, ale na własne życzenie
przeszedł na białoruski. Jednak Akudowicz widzi w tym przejściu pewne niebezpieczeństwo.
„Zawsze powtarzam: jeżeli waszym etnicznym językiem jest rosyjski i zwłaszcza jeżeli piszecie
wiersze, nie przechodźcie na białoruski! Wasza twórczość poetycka w języku etnicznie obcym
nigdy nie będzie pełna” – podkreślił Akudowicz.

Ze swej strony Aleś Razanau zauważył, że „wiersze napisane przez mieszkających na Białorusi
poetów mogą być dobre w jednym i w drugim języku. Jednak – uważa on – te białoruskie są ciut
lepsze, bo stworzone są niejako z innej materii, ojczystej”. A co myśleć o przypadku kiedy literat
nic nie mówi o swej narodowości, ale w sercu czuje się Białorusinem? Powstaje pytanie: czy stać
nas na ten luksus tak łatwo zrezygnować z niebiałoruskojęzycznych twórców, którzy czują się
białoruskimi literatami.

Kiedy mówimy o literaturze, to czynnik języka odgrywa tu wyjątkową rolę. Jednak w przypadku
rzeźby a szczególnie malarstwa, czynnik języka nie istnieje, bo wszystkie farby przemawiają w
tym samym języku. Jeżeli spróbujemy określić, czy białoruskim, polskim, żydowskim, rosyjskim byli
albo są malarze: Mark Chagall, Kazimierz Malewicz albo Lonik Tarasewicz, to język, którym się
posługiwali lub posługują jest bez znaczenia. Otóż francuska badaczka twórczości Chagalla –
Claire Le Foll proponuje następujący wyznacznik narodowości. Jeżeli na płótnach malarzy
zauważalnie widoczne są białoruskie lub żydowskie realia, na przykład sceny rodzajowe z życia
Żydów, jak u Jurija Pena albo El Lisickiego, wówczas należy ich traktować jako białoruskożydowskich
twórców.

А może tak robić swoje?

Aktywny, ambitny Białorusin, który chce podwyższyć swój status materialny, jedzie za granicę za
przysłowiowym „chlebem”. Twórczy Białorusin, którego męczy jego bezradność w dusznej
atmosferze „urawniłowki” ku dołowi też emigruje albo pozostaje w kraju, ale schodzi do
podziemia, udaje się w swą wewnętrzną emigrację. W przypadku twórczych ludzi jest to dość
normalna sytuacja, ponieważ sama indywidualność człowieka sztuki nie pozwala mu być jednym
z wielu. Szuka on swego miejsca wśród wąskiego grona podobnie myślących ludzi. Wprawdzie
istnieje internet, wirtualna przestrzeń, media społecznościowe. Jest to pewna możliwość „pobyć”,
zaistnieć w innym świecie, nawet zaprezentować swe dzieła, swój talent, swe osiągnięcia, znaleźć
zwolenników. Jednak jest to słaba podstawa i punkt wyjścia do kariery.
Trzeba sobie jasno powiedzieć: wielka kultura zawsze z trudem znajduje sympatyków i białoruska
nie jest tu wyjątkiem. Trwa ona i opiera się na entuzjazmie ludzi, którzy dążą do samorealizacji,
proponują ciekawe, aktualne i oryginalne idee, poruszają ważne, bieżące sprawy i zjawiska.
Jednak często ci ludzie mają niewielkie audytorium, więc i mizerny dochód, chyba że poczucie
satysfakcji. Z pracy twórczej niemal w każdym kraju trudno jest się utrzymać. Natomiast na
Białorusi jest to wręcz norma, że niemożliwością jest zajmować się twórczą samorealizacją i
jednocześnie żyć z tego. Utalentowany człowiek przeważnie gdzieś pracuje, natomiast po pracy,
pisze wiersze lub maluje obrazy w charakterze hobby. Te warunki, niemożność zarobienia na
twórczości może w pewnych sytuacjach obrócić się w pozytywną inspirację, aby stworzyć
unikalny produkt, ponieważ powstał on na autentycznym entuzjazmie i na prawdziwym talencie.
Salieri żył znacznie lepiej niż Mozart, ale historia rozsądziła, kto z nich był lepszym
kompozytorem. Znamy także ludzi, którzy już za życia, wręcz od młodości do śmierci mieli
wszystko: talent, sławę i pieniądze (Picasso). Niestety, są to nieliczne wyjątki.

Przestać narzekać i skardzić się

Podczas prezentacji swego albumu „Nasza piosenka” Zmicier Wajciuszkiewicz oświadczył:
„Dość już dzielenia ludzi na ‹uczciwych› (czesnych) i ‹nieuczciwych›, na lewych i prawych, na
białoruskojęzycznych i rosyjskojęzycznych. Dość podziałów według koloru flagi albo politycznych
preferencji. To naturalne, że jesteśmy różni i posiadamy różne prerogatywy. Jednak generalnie
wszyscy, którzy troszczą się o Białoruś i jej kulturę, stoją po jednej stronie”. Pośrednio, na rzecz
Białorusi i na jej dobre imię pracuje każdy, kto osiągnął wielki sukces i przyznaje się do związków
z Białorusią lub podkreśla swoje białoruskie korzenie. Nie wolno nam lekceważąco lub ze
wzgardą traktować tych, którzy śpiewają białoruskie piosenki nie w filharmoniach i wielkich
audytoriach, ale na festynach i weselach, bo oni też są cząstką kultury białoruskiej. Oni też robią
to, na co jest zapotrzebowanie. Nie zapominajmy, że chleb jedzą wszyscy ludzie i niemal
codziennie, natomiast torty nie wszyscy i nie co dzień. Pewne rzeczy zawsze będą dostępne tylko
dla elity, dla wybrańców, ale zawsze w większości będą szeregowi, prości ludzie.
Trzy lata temu kulturolog Maksim Żbankou też postulował, by zapomnieć o monolicie świadomości
narodowej, ponieważ jednakowi i zgodni Białorusini jako naród pogranicza nigdy nie byli i nie
będą. Jest to społeczność wielojęzyczna, wielowyznaniowa, mozaiczna i pstrokata. Nie warto
zwracać uwagi na ten ociężały agregat oficjalnej kultury, który drepcze w miejsce, imituje aktywną
działalność, pracuje na luźnym biegu tylko czyniąc hałas. „Piramida władzy: polityczna, ideowa,
estetyczna sama się skompromitowała i – jak powiada Lawon Wolski – logika walki już nie działa
i nie ma co się temu przeciwstawiać”. Istotne zmiany na Białorusi mogą nie nastąpić jeszcze przez
dłuższy czas. Skoro czegoś nie daje się zmienić, to trzeba się z tym pogodzić. Trzeba siebie samym
przyjąć takimi, jakimi jesteśmy i przestać jęczeć i narzekać. Po prostu Białorusini żyją w realiach,
w których o wszystkim decydują bez nich. To dotyczy zarówno języka, kultury, ekonomii jak i
polityki. Jednak nawet w tym jest coś optymistycznego. Tamta oficjalna kultura na państwowych
dotacjach, regulowana, dokarmiana grantami na rozkaz z góry, wcześnie czy później zniszczy
sama siebie i przegra z chałupniczą, żywą, otwartą twórczością. Dodam jeszcze: nie ma sensu
bezustannie miotać się między Wschodem i Zachodem, bo w dziedzinie kultury to jest ta mityczna
Scylla i Charybda. Trzeba wiedzieć co dzieje się w świecie. Potrzebne jest konstruktywne
współdziałanie z innymi kulturami oraz filtracja zagranicznych wartości, nie zaś ich pasywne
przejmowanie i zapożyczenia. „Pieśniary” zapisali się w historii nie dlatego, że grali na gitarach
lepiej niż „Beatles”, ale dlatego, że w całym Związku Sowieckim okazali się oni pionierami, byli
oryginalni, pierwsi i niepowtarzalni w swym rokowo-ludowym stylu. Pamiętajmy, że bardziej niż
białoruskie rock-kapele znany jest w świecie zespól instrumentalny „Lileja”, w którym prawdziwe
mistrzostwo demonstrują białoruscy cymbaliści. Cymbały – oto białoruski skarb podobnie jak
znakomite chóry, kanty, muzyka ludowa i instrumenty ludowe. Nie angielskimi nazwami zespołów,
które są niedorzeczne w przypadku tych, którzy nigdy nie występują na Zachodzie (których
dlatego osobiście nie znoszę) i małpowaniem obcych stylów i gatunków można zwrócić na siebie
uwagę, ale odwołując się do samej głębi narodowego ducha jakkolwiek skaleczonego przez
nawarstwienia zewnętrznych wpływów.

Niektórzy twórcy białoruscy dostrzegają, nawet w kwestii świadomości Białorusinów, symptomy
zmiany na lepsze. Na przykład to bezmyślne traktowanie wszystkiego, co rosyjskie jako „swoje”,
„nasze” stopniowo zmniejsza się zarówno wśród społeczeństwa oraz twórców, z wyjątkiem
urzędników od kultury. To jasne, że na promocję ojczystego, narodowego produktu są potrzebne
i pieniądze, i mecenat, sale koncertowe, wydawnictwa, kolportaż i profesjonalna reklama. Jak
dotąd, wszystko to są słabe strony i przeszkody, które jednak niektórym twórcom udało się
przezwyciężyć i nawet – zarobić na swej twórczości (np. Adam Globus). Rozsądek podpowiada,
że należy próbować funkcjonować w tych warunkach, jakie są. Osobiście jestem przekonany, że
autentyczny talent zostanie w końcu dostrzeżony i przebije się przez wszystkie bariery. Istnieje w
Mińsku Galeria Sztuki Współczesnej „Ў”. Zupełnie słusznie na swej stronie internetowej galeria
określa się jako „wolna przestrzeń dla lokalnego i międzynarodowego dialogu kulturalnego,
sprzyjająca lepszemu postrzeganiu wielkiej roli kultury i sztuki we współczesnym społeczeństwie”.
Galeria realizuje programy edukacyjne, „okrągłe stoły”, wykłady, seminaria, spotkania z
krytykami sztuki. Godnym uwagi jest projekt „Kawiarnia europejska”, cykl referatów i dyskusji
odbywających się od 2011 r. w stołecznych kawiarniach oraz obiektach otwartych. Naturalnie,
to zaledwie namiastka tego, co powinno byłoby być. Gdyby podobnych instytucji i inicjatyw było
więcej, nie byłoby podstaw do mówienia o siermiężnym stanie kultury białoruskiej.
Jeszcze raz podkreślam i apeluję: róbmy swoje! Nie czekajmy na cud! Nie trzeba płakać i
biadolić, że język ojczysty ginie, że kraj ginie. Miejmy nadzieją, że – jak pisał klasyk – „zajrzy
słoneczko i w nasze okieneczko”. Na tym świecie nic nie jest wieczne: ani dobre, ani złe. Granice
zmieniają się, języki się zmieniają, ale Białoruś jako idea pozostaje w sercu. Kilka lat temu podczas
konferencji na temat „Gdzie i dokąd w świecie płynie Białoruś?” zacytowali wiersz poety-mnicha
„Znicza” (Aleh Biembiel): „Tam dostojne płynie Białoruś, gdzie zbiegają się smutek z sumieniem;
gdzie odwieczne nieujarzmienie; gdzie szlachetny włościanin – Kastuś”.
Mam nadzieję, że uczestnicy tegorocznego XX Trialogu w Krynkach dogłębniej i trafniej niż ja
rozwiną zasadniczy temat spotkania.

Konstanty Bondaruk

polecane: FLESZ: Historyczny sukces Polki. Mamy Nagrodę Nobla!

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3