Kamienie i koński nawóz zamiast maszyny do szycia. Plaga białostockich naciągaczy

Włodzimierz Jarmolik
Naciągacze zostawili w zastaw paczkę z kamieniami i końskim nawozem, zamiast maszyny do szycia marki Singer.
Naciągacze zostawili w zastaw paczkę z kamieniami i końskim nawozem, zamiast maszyny do szycia marki Singer. Fot. sxc.hu
W przedwojennym Białymstoku zawsze roiło się od osobników, którzy bezczelnie naciągali swoich bliźnich na różne sumy pieniędzy.

Większość z nich stosowała zwykle proste, a nawet prymitywne sztuczki. Choć zdarzali się i wyrafinowani naciągacze.

Pewien zrozpaczony ojciec w 1923 roku systematycznie odwiedzał mieszkania szczególnie zamożnych obywateli. Ponieważ ubrany był przyzwoicie, w ciemny garnitur, służba wpuszczała go zwykle do środka i anonsowała przybycie gościa swojemu państwu.

Ów gość zaś, kiedy tylko spotykał się z właścicielem mieszkania, natychmiast rozpoczynał swoją opowieść o córce-akuszerce, która przy dokonywaniu zabiegu położniczego u jednej ze swoich pacjentek, doznała zakażenia. Mówił to niezwykle obrazowo i ze smutną, wręcz zrozpaczoną miną.

Na koniec prosił o skromną pożyczkę na zabieg operacyjny dla swojej jedynej pociechy. Bardzo rzadko przy tym spotykał się z odmową. Swoje trzy grosze na operacje dołożyli tacy znani obywatele białostoccy: Majzel, Szacki czy Krzywski. Zrozpaczonemu ojcu dał się nawet nabrać F. P. Jankowski, białostocki król papierosów.

Na początku lat dwudziestych działała również w Białymstoku pewna spółka żołniersko-wojskowa. W jej skład wchodziło dwóch wojaków ze stacjonującego w mieście 42 pułku piechoty oraz pewien były czeladnik krawiecki Szymon Rymsza. Pomysł tej trójki naciągaczy był prosty.

Jeden żołnierz odwiedzał zakład krawiecki i proponował do sprzedania nowy kożuch wojskowy. Rzadko który z mistrzów igły i nici nie skusił się tą ofertą. Płacił 10 tysięcy marek (były to jeszcze czasy przed reformą walutową ministra Grabskiego) i w myślach liczył, ile to zyska na owym handlu, po odpowiednim przerobieniu towaru.

Tymczasem w ślad za żołnierzem - sprzedawcą pojawiło się w pracowni dwóch osobników. Jeden w mundurze, a drugi po cywilnemu. Oznajmili oni od progu, że nabyty kożuch jest kradziony i żądali jego zwrotu. Wystraszony krawiec oczywiście wolał nie zadzierać z władzą i, ze łzami w oczach, zwracał swój zakup. Jego pieniądze oczywiście przepadały.

Z kolei w połowie lat 20. Szczególną pomysłowością błysnęło dwóch młodzieńców z Chanajek - Chaim Chazan i Dawid Sarwer. Otóż wymyślili oni, jak można w prosty sposób okpić dorożkarza. Wsiadali np. na postoju przy wylocie ul. Pałacowej i Warszawskiej do dorożki i kazali się wieźć do Zabłudowa. Mieli ze sobą dużą i ciężką paczkę, w której, według ich słów, znajdowała się maszyna do szycia marki "Singer". Zanim opuścili Białystok, prosili o chwilę postoju na załatwienie ważnej, finansowej sprawy.

Ponieważ do sfinalizowania owej sprawy potrzebne były pieniądze, których pasażerowie dorożki nie posiadali w całości, pożyczali od woźnicy kilkadziesiąt złotych pod zastaw skrzynki z maszyną do szycia. Wysiadali z pojazdu i natychmiast znikali. Kiedy zniecierpliwiony bałaguła zaglądał do paczki, znajdował w niej tylko kamienie wymieszane z końskim nawozem. Trzeba było słyszeć jego przeklinanie.

Pod koniec roku 1932 sporo zamieszania, zwłaszcza w sferach kościelnych, narobiła pewna niewiasta. Podawała się ona za wdowę po Janie Bartoszewiczu, prowadzone w białostockiej Izbie Skarbowej, przeciągały się. Poczciwe tercjarki zaczęły więc pożyczać swojej lokatorce różne sumy pieniędzy. Jedna 100 zł, druga 160, trzecia zaś, nie mająca pieniędzy, ofiarowała jej swoje obrączki.

W połowie listopada "wdowa" wyszła z organistówki i już nie wróciła. Widziano ją w Sokółce, gdzie prosiła o pieniądze na bilet do Wilna. Białostocka policja kryminalna rozesłała zaraz za nią listy gończe.

W końcu oszustka lotniczka (podobnie jak i inni naciągacze) została aresztowana.

Nazywała się Bronisława Minkiewicz i nie miała nic wspólnego z pilotem, który uległ tragicznej katastrofie pod Lidą. Jak się szybko okazało, podobne numery wyczyniała ona również i w innych częściach Polski. Białostocki Sąd Okręgowy nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Wyrok brzmiał: rok i trzy miesiące więzienia.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

~maniek~
Podawała się ona za wdowę po Janie Bartoszewiczu, prowadzone w białostockiej Izbie Skarbowej, przeciągały się.-------LUDZIE CO ZNACZY TE ZDANIE WYCIĘTE Z ARTYKUŁU!!!! Ja nie rozumiem tego ,kto w tej gazecie pracuje!! dzieci!!??
Dodaj ogłoszenie