Franceska Michalska: Wyrzucili nas na gołym stepie. Przeżyła...

    Franceska Michalska: Wyrzucili nas na gołym stepie. Przeżyła zesłanie i napisała książkę

    Alicja Zielińska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    - Ludzie mówili, że trzeba przetrwać, że tak przecież długo nie będzie. Polska się o nas upomni - wspomina Franceska Michalska.

    - Ludzie mówili, że trzeba przetrwać, że tak przecież długo nie będzie. Polska się o nas upomni - wspomina Franceska Michalska. ©fot. Wojciech Wojtkielewicz

    Nie było nic. Tylko trawa. Komendant powiedział: "Nie próbujcie uciekać, bo będziecie szli kilkadziesiąt kilometrów, a jak przyjdziecie do kolei, to was aresztują i wywiozą za Kołymę, i będzie jeszcze gorzej" - opowiadała Franceska Michalska. O swoich przeżyciach na zesłaniu napisała książkę "Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce". We wtorek była gościem w Książnicy Podlaskiej.
    - Ludzie mówili, że trzeba przetrwać, że tak przecież długo nie będzie. Polska się o nas upomni - wspomina Franceska Michalska.

    - Ludzie mówili, że trzeba przetrwać, że tak przecież długo nie będzie. Polska się o nas upomni - wspomina Franceska Michalska. ©fot. Wojciech Wojtkielewicz

    Urodziła się w 1923 roku na Wołyniu. Tam we wsi Maraczówka jej rodzice mieli gospodarstwo. Ale wieś, w wyniku kończącego wojnę polsko-bolszewicką traktatu ryskiego, znalazła się na terenach sowieckich.

    - Ludzie mówili, że trzeba przetrwać, że tak przecież długo nie będzie. Polska się o nas upomni - wspomina Franceska Michalska. - Ale nic takiego nie było. Władze sowieckie kazały wszystkim zapisać się do kołchozu.
    Na gospodarzy nałożono podatki, których nie sposób było spłacić, zarządzono przymusowe dostawy. Trzeba było oddać cielaka, krowę, ileś tam kop jajek, zboże, gotówkę. W 1932 roku na przedwiośniu zaczął się głód, ale na targu jeszcze można było sprzedać jakieś rzeczy i kupić za to coś do jedzenia.

    Gospodarze próbowali chować jedzenie. Wykopywali jamy w ogrodach, w lesie. Ale przyjeżdżała tzw. goła brygada. Kilkunastu mężczyzn ze szpicami, którymi nakłuwali ziemię, szli przez cały ogród, czasem na czubek nadział się skrawek materiału z pościeli albo ziarenko. Jak tylko zobaczyli, że gdzieś szpica lżej wchodzi, wszystko wyciągali. Spalili wielkie magazyny księcia Sanguszki, bo wróg ludu, burzyli domy, niszczyli kawałek po kawałku, żeby nikomu nic się nie przydało. Przywozili ze sobą harmonistę, który cały czas wesoło przygrywał.

    - Naszego domu nie rozebrano, ale wszystko, co w nim było, sprzedano za bezcen na licytacji. Na sznurze przeciągniętym od drzewa do drzewa w naszym sadzie powiesili futra, kilimy, pościel. Co jedliśmy? Dziadek chodził do lasu i zrywał liście z lipy, bo mówili, że te liście przedłużą życie. Suszyło się je na deskach czy prześcieradle, później gniotło się na mąkę i robiło coś w rodzaju placków. Trwało to trzy lata. Ludzie umierali z głodu. Wszędzie dookoła.

    Ale nic tam nie było. Goły step

    W 1936 roku przyszedł nakaz deportacji. Gdzie? Nie wiadomo. Okazało się potem, że do Kazachstanu. Jechali tam przez cały czerwiec w towarowych wagonach, z piętrowymi pryczami, jedna na dwie rodziny. W końcu pociąg stanął, żadnego dworca, goły step.

    Po trzech dniach czekania przyjechały ciężarówki i uzbrojony komendant. Kazał wsiadać - tyle ludzi, ile się zmieści. Jakieś 60 km dalej wyrzucono nas. To był pierwszy punkt. Czernigowka. Ale nic tam nie było. Goły step.

    Ludzie znaleźli studnię. Były w niej rogi, kopyta, jakaś skóra. Zaczęto studnię czyścić. Pojawiła się woda, ale brudna, czerwona, mimo to zaczęto ją pić. No i wybuchła czerwonka. Mama tak zachorowała, że lała się z niej krew. Po trzech dniach przyjechała Kirgizka z urzędu, powiedziała, że nie wolno tej wody pić, bo zakażona.

    - Przywieźli nam kotły do gotowania, łopaty, kilofy, też namioty. Przedtem spaliśmy na gołej ziemi. Namioty były duże, komendant przydzielił po dwa metry na rodzinę, 20 rodzin na namiot. Trzeba było kłaść się na boku, żeby wszyscy się zmieścili. Ostrzeżono, że musimy zbudować sobie jakieś ziemianki, bo przyjdą mrozy i zginiemy. Zaczęła się katorżnicza praca - robienie "samanu", budulca z trawy i skamieniałej gliny.

    Do końca roku wybudowano 200 ziemianek. Do jedzenia przywożono pszenicę, bardzo starą, w zimie było tylko to. Wszyscy chorowali na cyngę, szkorbut.
    Powoli zbudowano tam kołchoz, punkt medyczny, klub, wielka obora. We wrześniu 1937 roku, 20 km stąd powstała szkoła, do której chodziła. A potem udało jej się dostać do trzyletniej szkoły felczerskiej w Pietropawłowsku w północnym Kazachstanie.

    - Skończyłam ją w przyspieszonym tempie, bo wybuchła wojna i wysłali nas na front - mówiła Franceska Michalska. - Tam jednak z powodu złej organizacji żadnych rannych nie przywozili, więc wylądowałam w repatriowanym z Ukrainy domu dziecka, to była moja pierwsza praca. Ale ja chciałam na studia. Pojechałam do Ałma Aty, zdałam egzaminy. Zaczęłam studiować, ale wybuchła wojna swoiecko-niemiecka. Wyjechałam do Charkowa.

    Tu też były straszne warunki. Wytrzymała jednak. Wreszcie dotarła do Czerniowiec. Rumuni stąd pouciekali, ale miasto było nietknięte przez bombardowania. Czyściutko, spokojne ulice. Nie było głodu, wszystko można było kupić.
    Kiedy była w Czerniowcach, nadszedł upragniony koniec wojny.

    Polska mnie rozczarowała

    - Ostrzegano mnie, żeby nie jechać do Polski, że kraj zniszczony przez Niemców, bieda, wszystko drogie, a ja nikogo tam nie mam. Nie wierzyłam, uważałam, że w Polsce musi być jeszcze lepiej niż w Czerniowcach. Tylko nie wiedziałam, jak wyjechać, bo nie przysługiwało mi prawo do repatriacji. Sowieci zgodzili się tylko na repatriację tych Polaków, którzy do 1939 roku mieszkali na terenach polskich. Mnie to nie dotyczyło. Żeby z tego wybrnąć, dokonałam wielu kombinacji zakończonych sfałszowaniem karty repatriacyjnej wystawionej na inne nazwisko. Znów jechałam wagonem towarowym.

    Byłam szczęśliwa, ale Polska mnie rozczarowała. Polacy traktowali mnie jak Sowietkę. A Sowietów nie znosili.

    W 1948 roku Franceska Michalska skończyła studia medyczne we Wrocławiu. W połowie lat 50. przyjechała z mężem do Siemiatycz. I tu mieszka do dzisiaj.

    Napisała swoją książkę, bo chciała dać świadectwo, jak straszne koleje losu musieli przechodzić Polacy. Tytuł jednak jej wspomnień jest optymistyczny "Cała radość życia".

    Dlaczego? - Bo mnie się jednak zdawało, że się życiem cieszyłam, mogłam przecież kilkanaście razy zginąć, jak wiele moich koleżanek w Kazachstanie, jak moja rodzina. Z tylu opresji wyszłam i zawsze było to radosne uczucie, że żyję - tłumaczy Franceska Michalska.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Poranny.pl poleca

    Targi pracy. Profile firm i oferty pracy. Szukaj swojej!

    Targi pracy. Profile firm i oferty pracy. Szukaj swojej!

    Białystok w latach 60-tych i teraz. Zobacz, jak bardzo zmieniło się nasze miasto

    Białystok w latach 60-tych i teraz. Zobacz, jak bardzo zmieniło się nasze miasto

    Poszukiwane przez podlaską policję. Oszustka, złodziejka, szpieg, dilerka

    Poszukiwane przez podlaską policję. Oszustka, złodziejka, szpieg, dilerka