Dwoje porzuconych w szpitalu dzieci spotkało szczęście. Mają nowych rodziców

Katarzyna Piojda
Katarzyna Piojda
Hania, mimo niepełnosprawności, znalazła rodziców. No i brata Adriana, który jest jej wsparciem, chociaż sam też walczy z chorobą Archiwum rodziny
Żona w internecie przeczytała o Hani. Pomyślała, żeby adoptować dziewczynkę. Zwierzyła się mężowi. - Nie ma co czekać, zadzwoń tam - powiedział. Hania od 3 miesięcy ma rodziców. I starszego brata, też adoptowanego.

Zobacz wideo: Alergia na smog istnieje, potwierdzili ją naukowcy z UJ

"Kiedy decydujesz się na dziecko, zgadzasz się, że od tej chwili twoje serce będzie przebywało poza twoim ciałem”, Katharine Hadley.

Rodzina państwa Nowaków z Zielonczyna (gmina Sicienko w powiecie bydgoskim) stara się żyć jak normalniej na świecie, ale i tak jest wyjątkowa. - Mamy córkę i syna - zaczyna pani Kamila. - Oboje są dziećmi adoptowanymi, porzuconymi przez biologicznych rodziców w szpitalu, zaraz po narodzinach.

Wypis ze szpitala

Adrian urodził się w 2008 roku, w 35. tygodniu ciąży. U wcześniaka zdiagnozowano wodogłowie i wrodzone wytrzewienie, czyli, krótko mówiąc, wadę narządów jamy brzusznej. Gdy jako noworodek leżał w szpitalu i dopadały go kolejne nieszczęścia, w tym ropne zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i sepsa, rodziców przy nim nie było. Zostawili chłopca. Oprócz białego personelu, nikt się nie interesował malutkim pacjentem.

Malutki pacjent miał w sobie wolę walki, chociaż lekarze twierdzili, że może nie pożyć długo. Adrian przeszedł kilka ciężkich operacji. Udało się go uratować.

Miał 8 miesięcy. Medycy orzekli, że może opuścić szpital. Na ten moment czekał przecież od urodzenia. Tyle, że chłopczyk nie miał domu, więc nie miał dokąd trafić. Wtedy pani Kamila i jej mąż dostali telefon z propozycją.

- Nie mamy biologicznych dzieci, lecz przez lata stanowiliśmy rodzinę zastępczą dla innych maluchów - mówi kobieta. - Tak się złożyło, że pod nasz dach trafiali sami niepełnosprawni chłopcy.

Adrian też jest niepełnosprawny i też zawitał do domu prowadzących nietypową placówkę opiekuńczo-wychowawczą. - Najpierw byliśmy dla Adusia rodziną zastępczą ze statusem opiekunów prawnych - wspomina pani Nowak.

Zgoda rodziców wymagana

Skomplikowane sprawy niekiedy komplikowały się bardziej. - Przykładowo wtedy, jak Adi czekał na operację. Wymagana była zgoda rodziców. Biologicznych nie było, a ja z mężem początkowo nie mogliśmy podpisywać dokumentów, bo nie byliśmy rodzicami.

- Prawie wszyscy chłopcy, którzy z nami mieszkali, trafili do nowych domów. Tylko Adi został. W 2017 roku jego sytuacja prawna się uregulowała.

Rodzice biologiczni zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej. Wcześniej i tak nie zabiegali o kontakty z synem. Syn zyskał nowych rodziców. Kochających.

Adi regularnie zapewniał im emocje, tzn. pobyty w różnych szpitalach. - Bywało, że przed południem wychodziliśmy ze szpitala, a pod wieczór znowu w nim się pojawialiśmy - opowiada mama.

Zdiagnozowano u niego kolejne choroby, epilepsję, wnętrostwo, wadę wzroku, przepuklinę pachwinową, duplikację chromosomu 16. Jeszcze pęcherz neurogenny oraz mezokardię.

Tak syna opisuje pani Kamila: - Pokorny wobec swojego cierpienia, ale zadziorny w walce z przeciwnościami. Bierze na klatę wszystko, co napotyka na drodze.

Rodzinka z Zielonczyna w komplecie

Do 3-osobowej rodziny z Zielonczyna dołączyła Hania. - W wakacje 2020 roku przeglądałam Facebooka i stronę o adopcji - dodaje czytelniczka. - Często patrzę sobie na te portale i czytam historie o dzieciach, czekających na nowych mamę i tatę. Tym razem opowieść dotyczyła 5-tygodniowej dziewczynki z zespołem Downa.

Historia lubi się powtarzać. - Hanię, tak, jak wcześniej Adusia, rodzice biologiczni zostawili w szpitalu - precyzuje kobieta.

Panią Kamilę coś tknęło. Przeszło jej przez myśl, że ta dziewczynka powinna pojawić się w ich życiu. I w ich domu.

- Zwierzyłam się z tego mężowi - kontynuuje. - Akurat był weekend. Pomyślałam sobie, że w poniedziałek zadzwonię pod wskazany numer.

Mąż poradził: - Nie ma co czekać. Zadzwoń teraz.

No i sięgnęła po komórkę. - O Hani nie wiedzieliśmy nic, poza tym, że ma dodatkowy chromosom. Jej historia tak jednak nas poruszyła, że w ciągu 4 dni skompletowaliśmy dokumenty i pojechaliśmy do ośrodka adopcyjnego, do Hani.

Zmiana pracy

Pani Kamila: - Tam, gdzie poprzednio mieszkaliśmy, Adi chodził do szkoły. Uczęszczało do niej wiele dzieci z zespołem Downa. Nie mogłam im się nadziwić. Obiecałam sobie, że jeżeli kiedyś zdecydujemy się na następne dziecko, to będzie dziecko z zespołem. Musieliśmy najpierw przeorganizować nasze życie. Mąż pracował jako kierowca tira. Wyjeżdżał w długie trasy, więc całymi dniami i nocami opieka nad Adim na mnie spoczywała. Mąż zmienił firmę. Każdego dnia wraca z pracy i jesteśmy razem.

Adopcja w czasach pandemii

Planowane „kiedyś” nastąpiło dla małżonków szybciej niż się spodziewali. Już w listopadzie zeszłego roku Haneczka stała się legalną córką, ponieważ adopcja dobiegła końca. Gdyby lekarze i pielęgniarki ze szpitala, w którym leżała Hania, nie zatroszczyli się o nią tak, jak to zrobili, pewnie trafiłaby do placówki dla niepełnosprawnych dzieci, a nie do adopcji. - Mimo pandemii, chorób Adiego i różnych innych rzeczy na głowie, dzięki przychylności sądu procedura przebiegła sprawnie. Teraz jesteśmy szczęśliwą rodziną z dwójką wyjątkowych bardzo dzieci.

Niepełnosprawny Adi jak jeździec-zawodowiec

Pewnie, że obowiązków jest sporo. Adi nie mówi, ale na swój sposób komunikuje się z rodzicami. Widzi, słyszy, rozpoznaje, rozumie. Niewiarygodne, bo lekarze uznali, że chłopiec ma całkowite zatarcie struktur mózgowia. - To tak, jakby nie miał mózgu. Jego zachowanie i reakcje stanowią dowód na to, że diagnoza była błędna.

Mama: - Adi ma wózek aktywny, który umożliwia mobilność i samodzielność. Synek jeździ, jak zawodowiec. Osiąga to, co do niedawna było poza jego zasięgiem.

Wiele w tym zawdzięcza rodzicom. Upór, konsekwencja, no i rehabilitacje potrafią zdziałać cuda. Droga do cudów jest jednak droga. Część zajęć z terapeutami jest bezpłatna. Za inne płacą rodzice. - Godzina zegarowa ćwiczeń z Adusiem kosztuje 100 złotych - informuje pani Kamila.

Historia pisana miłością

Mała też korzysta z rehabilitacji. Dziewczynka dopiero rozpoczęła swą wędrówkę ku lepszej sprawności. Ma ponad pół roku, a dopiero zaczyna podnosić główkę, podczas gdy rówieśnicy zaczynają siedzieć. Hania tak, jak brat, wymaga wielospecjalistycznej terapii. Jeszcze droższej niż ta brata. - Na 40-minutowe zajęcia Haneczki wydajemy 120 zł - zaznacza mama.

Pieniądze rozchodzą się, jak świeże bułki. To dlatego na portalu Siepomaga.pl trwa zbiórka na rzecz rodzeństwa spod Bydgoszczy. Można ją odnaleźć, wpisując w wyszukiwarkę: „Historia pisana miłością - Hania i Aduś znaleźli rodziców. Potrzebna pomoc w walce o zdrowie!”. Link do zbiórki: Historia pisana miłością - Hania i Aduś znaleźli rodziców Potrzeba 50.000 zł.

Perypetie młodszej siostry i starszego brata oraz ich mamy i taty można śledzić na facebookowym profilu: „Adrian i Hania Nowak- Wodogłowie, Zespół Downa i inne przygody”. Podstronka bije rekordy popularności. Ponad 9.300 internautów ją lubi.

Dzieciaki cudaki

Nie tylko rodzina z Kujawsko-Pomorskiego jest uwielbiana. 6-osobowa ekipa, która na Instagramie prowadzi profil „Dzieciaki Cudaki”, przyciągnęła 200.000 obserwujących. Rodzina z Wielkopolski to mama, tata i czworo brzdąców: Heniu z zespołem Downa, Dorotka też z zespołem Downa (adoptowana), Boguś i Wandzia. Mama gromadki: - Jestem Monika i udowodnię wam, że dzieci z ZD są piękne.

Pani Monika opisuje swoją historię: „Gdyby mi ktoś w dniu mojego zamążpójścia powiedział, że 2 lata po ślubie będę miała trójkę dzieci, dwójkę z zespołem Downa i w tym jedno adoptowane, to chyba bym do kościoła jednak nie dojechała. A jeśli tak, to na pewno na weselu wypiłabym o wiele więcej niż wypiłam. Ale gdyby ktoś dodał, że będę wtedy jedną z najbardziej szczęśliwych osób chodzących po ziemi, to na pewno bym w to nie uwierzyła”. Dziś jest megaszczęśliwa.

Podobnych przypadków jest w Polsce więcej. Rodzice nie-biologiczni mawiają: - Adopcja dziecka z niepełnosprawnością to nie jest wyrzeczenie, tylko dar.

Przyjęcie wzorca a adopcja dziecka niepełnosprawnego w Polsce

Prof. dr hab. Jacek Błeszyński z Pracowni Badań nad Niepełnosprawnością Złożoną Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu już wcześniej zaznaczał: - Osoby zgłaszające się do ośrodków opiekuńczo-adopcyjnych przychodzą z ukształtowanym obrazem dziecka, jakie chcieliby adoptować (zdrowe, ładne, najczęściej dziewczynkę itp.). Nie biorą pod uwagę możliwości przyjęcia dziecka odbiegającego od tego wzorca, będącego idealistycznym przeniesieniem własnych pragnień, jak również oczekiwań otoczenia.
Na szczęście w tymże otoczeniu zdarzają się ludzie, którzy stają się matkami i ojcami dzieci z dysfunkcjami. Wtedy zmienia się życie dzieci, i rodziców adopcyjnych.

Pytam panią Kamilę, na co z mężem jeszcze zwracają uwagę teraz, czym nie zaprzątali sobie myśli przed laty. - Na bariery architektoniczne, schody, żeby wjechać czy zjechać z wózkami Adiego i Hani.

Wideo

Materiał oryginalny: Dwoje porzuconych w szpitalu dzieci spotkało szczęście. Mają nowych rodziców - Gazeta Pomorska

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
28 lutego, 19:03, Anna:

Podziwiam takich ludzi, to Aniołowie dla tych dzieci. .

Ludzki odruch jest naturalnym odruchem nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

A
Anna

Podziwiam takich ludzi, to Aniołowie dla tych dzieci. .

Dodaj ogłoszenie