Wiktor Suworow: Żyję z wyrokiem śmierci

    Wiktor Suworow: Żyję z wyrokiem śmierci

    Janka Werpachowska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    jest autorem książek demaskujących działania służb wywiadowczych Związku Radzieckiego oraz cyklu powieści historycznych, o czasach stalinowskich

    jest autorem książek demaskujących działania służb wywiadowczych Związku Radzieckiego oraz cyklu powieści historycznych, o czasach stalinowskich ©Wojciech Oksztol

    Jestem cynikiem, sceptykiem i pesymistą. I w moich książkach, tak jak w życiu, nie ma walki dobra ze złem. Ja opisuję walkę zła z jeszcze większym złem - mówi <b>Wiktor Suworow</b>, który spotkał się w Białymstoku z czytelnikami podczas promocji swojej najnowszej książki "Żmijojad" .
    jest autorem książek demaskujących działania służb wywiadowczych Związku Radzieckiego oraz cyklu powieści historycznych, o czasach stalinowskich

    jest autorem książek demaskujących działania służb wywiadowczych Związku Radzieckiego oraz cyklu powieści historycznych, o czasach stalinowskich ©Wojciech Oksztol

    Kurier Poranny: Pana książka "Akwarium" zaczyna się sceną mrożącą krew w żyłach. Agent GRU, wysyłany na Zachód, ogląda film, na którym utrwalono egzekucję wykonywaną na innym agencie - zdrajcy. Skazaniec zostaje żywcem spalony w krematorium.

    Wiktor Suworow: - To jest prawdziwa scena. Przed oddelegowaniem do pracy agenturalnej na zachodzie Europy przyszły rezydent musiał odbyć ostatnią, decydującą rozmowę.
    Ten, kto ją przeprowadzał, wiedział, że przed zdradą nie powstrzymają go ani pieniądze - bo wiadomo, że tam dostanie nieporównanie więcej; ani strach przed konsekwencjami dla rodziny - bo zbyt wielu bliskich krewnych najwyższych urzędników państwowych siedziało na Zachodzie i też mogli stać się zakładnikami. Jedynym skutecznym sposobem wymuszenia wierności był strach. Zwykła śmierć - to za mało. To musiała być straszna, niewyobrażalnie okrutna śmierć.

    Od ponad czterdziestu lat żyje Pan z wyrokiem śmierci, wydanym zaocznie za to, że zdradził Pan Związek Radziecki. Jak Pan się z tym czuje?

    - Jak widać, mam się świetnie. Oczywiście, żyję ostrożnie. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Nie mam ochrony, nie stosuję kamuflażu. Jakoś sobie z tym radzę.

    Ale wszyscy znamy przykłady świadczące o tym, że radziecka sprawiedliwość jest pamiętliwa, a jej ręka długa.

    - Oczywiście. Niedługo po mojej ucieczce do Londynu, został w Wielkiej Brytanii zabity bułgarski agent, który przeszedł na drugą stronę, Makarow. Zgładzono go metodą "z Bonda": jakiś przypadkowy przechodzień na ulicy ukłuł go niechcący czubkiem parasolki. I człowiek padł trupem. Do organizmu dostała się śmiertelnie skuteczna trucizna. Wtedy nawet dostałem od Anglików ochroniarza, ale większą uwagę na ulicach czy na lotniskach zwracał on, niż ja. Kto by, patrząc na mnie, pomyślał, że jestem szpiegiem? A on wyglądał od razu podejrzanie. Ale ta ochrona szybko się skończyła i po prostu żyję normalnie.


    Co się stało takiego, że po latach wiernej służby podjął Pan decyzję o ucieczce?

    - Wielkim entuzjastą komunizmu nie byłem nigdy. Ale ojciec był wojskowym i ja też myślałem o karierze w mundurze. Powiem pani, że to była powszechna postawa. Mało kto był szczerym komunistą. I wszyscy o tym wiedzieli, a tych szczerych raczej się wystrzegali w służbach, bo wiadomo, że musieli być głupcami. Dla mnie wstrząsem była inwazja na Czechosłowację w 1968 roku. Wjechałem tam czołgiem jak na wycieczkę, ale to nie były żarty. Od tego czasu kombinowałem, jak się wyrwać.

    Sowiecki wywiad był wszechwładny, ale nie do końca. Nie odkryli zawczasu Pańskich zamiarów.

    - Bo mogli wszystko, oprócz jednego - zajrzeć w moją duszę.

    Gdyby miał Pan w kilku słowach powiedzieć, o czym są Pańskie książki, co by Pan odpowiedział?

    - W kilku słowach się nie da, ale postaram się krótko. Zawsze o sobie mówię, że jestem cynikiem, sceptykiem i pesymistą. Dlatego, kiedy inni twórcy piszą o walce dobra ze złem, ja piszę o walce złego z jeszcze gorszym złem. Bo uważam, że tak jest w życiu. Weźmy choćby moją najnowszą książkę "Żmijojad". Ona opowiada o wydarzeniach jeszcze sprzed wielkiego terroru stalinowskiego. W 1936 roku Stalin dopiero się do tego przymierzał. On nie zabijał od razu milionów. Zabił jednego - nikt nic nie mówi, przyklaskują. Pięciu, dziesięciu, stu - wszystko w porządku. Tak, jakby żmije mordowały się nawzajem.

    Czy w Rosji wydawane są Pana książki?

    - Tak, i to w dużych nakładach. Wolny rynek. Władza mnie nie lubi, ale ludzie chcą czytać. Tego już nikt nie powstrzyma. Jestem dumny, bo w Rosji wydano 52 książki o mnie - wszystkie przedstawiające mnie w negatywnym świetle. To chyba rekord.

    Tęskni Pan za Rosją? Marzy się Panu powrót?

    - Proszę pani, ja z niej nigdy nie wyjechałem. Rano, kiedy się budzę, rozglądam się i myślę sobie: "O, do diabła, co ja tu robię?" Myślę po rosyjsku, piszę po rosyjsku i niechętnie mówię po angielsku - wolę po rosyjsku. Może kiedyś wrócę, jak coś się zmieni. Wierzę w to. Czy ktoś by pomyślał trzydzieści lat temu, że będę sobie rozmawiał z panią w Polsce? Niemożliwe staje się możliwe.

    Czy widział Pan polską ekranizację "Akwarium"?

    - Tak. Żeby napisać dobrą książkę, trzeba włożyć w nią całą swoją duszę. Żeby powstał dobry film, potrzebna jest dusza i duże pieniądze. Kiedy oglądałem "Akwarium", czułem obecność duszy, ale widziałem, że pieniędzy było mało. Ale i tak, gdybym miał wybór: ekranizacja mojej książki w Polsce czy w Hollywood - wybrałbym Polskę. Bo za dużymi pieniędzmi często ginie dusza. Trzeba być stąd, żeby ją zrozumieć.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (5)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (5) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo