Nepotyzm wrósł w polską rzeczywistość

Tomasz Mikulicz
Dr. Sławomir Bartnicki, socjolog polityki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku.
Dr. Sławomir Bartnicki, socjolog polityki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku. Adrian Kuźmiuk
Wszyscy o tym wiedzą i wszyscy przychodzą nad tym do porządku dziennego. Nikt z powodu nepotyzmu nie wybija szyb w urzędach, czy też nie blokuje głównych ulicy w mieście - mówi dr. Sławomir Bartnicki, socjolog polityki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku

Mówi się, że ze słynnych czterech reform rządu Jerzego Buzka udała się tylko ta administracyjna.
Sławomir Bartnicki:
- Wójtowie i burmistrzowie skarżą się na - wprowadzone reformą - powiaty, które generują dodatkowe koszty. Faktem jest, że większość ich wydatków to wynagrodzenia.

Nasz samorząd jest jednak dość dobrze oceniany, nawet przez specjalistów spoza kraju.

- O działaniu samorządu decyduje z jednej strony jego struktura administracyjno-prawna, a z drugiej to, czy w danym kraju jest społeczeństwo obywatelskie. O ile z tym pierwszym nie jest u nas najgorzej, to, niestety, Polakom częściej się nie chce, niż się chce. Kiedyś robiliśmy badania. Pytaliśmy ludzi, czy byli kiedykolwiek na zebraniu rady gminy. Może jedna-dwie osoby odpowiedziały, że zdarzyło im się bywać na takich zebraniach. Reszty to nie obchodziło. Zadaliśmy też pytanie o to, czy badani rozważali kiedykolwiek kandydowanie w wyborach na radnego, wójta czy burmistrza - to samo, do głowy im nie przyszło. Jednocześnie ci ludzie krytykują polityków, w tym samorządowych, ale nie chcą nic zrobić, żeby coś w swoim otoczeniu zmienić.

Powodem takiego podejścia może być fakt, że wielu z nas uważa, że samorządy są krępowane przez politykę. A wiadomo, że ta ostatnia jest w społeczeństwie odbierana jak najgorzej. Z drugiej strony, ktoś kto nie chce należeć do żadnej partii, nie ma chyba czego szukać w samorządzie.

- Wiadomo, że inaczej jest w małych gminach, a inaczej w takich miastach jak np. w Białystoku. W większych ośrodkach upartyjnienie odgrywa niebagatelną rolę. Wynika to z tego, że kampanie wyborcze łatwiej jest prowadzić tym, którzy należą o partii. Ktoś kto nie jest politykiem nie wiedziałby chociażby jak dotrzeć do mass mediów, by się wypromować. Nie miałby też odpowiedniej wiedzy do tego, by czytelnie przekazać swój polityczny komunikat. Wyjaśnienie, dlaczego afiliacja polityczna jest istotna w dużych samorządach miejskich jest oczywiste - jest tu więcej do zgarnięcia, np. spółek samorządowych, które służą jako miejsce dla partyjnej klienteli i "swoich" ludzi.

Czasami od tej zasady są jednak wyjątki. Mowa oczywiście o Rafale Dutkiewiczu, prezydencie Wrocławia.

- Takie rzeczy się zdarzają. To jak wygrana w totolotka.

Czyli nie można tu mówić o zapoczątkowaniu trendu, że politycy będą stopniowo odchodzić z samorządu, by dać pole do działania społecznikom?

- Nie wydaje mi się. Nie wiem, co miałoby ich do tego motywować?

Może protesty niezadowolonych mieszkańców?

- Do tej pory jakoś tych protestów nie ma, więc nie sądzę, że będą na jakąś dużą skalę wybuchać w przyszłości.

Nie byłbym tego taki pewien. Mieszkańcy mogą protestować np. przeciw coraz częstszemu stosowaniu w samorządach tzw. dyscypliny partyjnej podczas głosowań. Rozumiem w Sejmie i Senacie, ale w radzie miejskiej w przysłowiowym Pcimiu Dolnym?

- Te zjawisko występuje wszędzie tam gdzie jest duża bariera w dojściu do władzy. Realnej władzy. Dyscyplina partyjna jest też mechanizmem, który pozwala danej partii uchwalić to, co chce. W Sejmie nikt się raczej nie wyłamie, bo każdy pragnie mieć szansę na startowanie w następnej kadencji. To samo dotyczy radnych szczególnie w dużych ośrodkach. Kwestia tego, jaki to ma wpływ na demokrację, to już temat na osobną dyskusję. Teoretycznie, nasi przedstawiciele powinni mieć możliwość nieskrępowanego podejmowania decyzji. Rzeczywistość jest odwrotna. Najwięcej do powiedzenia ma władza wykonawcza, tak na szczeblu centralnym, jak i samorządowym.

Ktoś może też powiedzieć, że władza samorządowców jest nieraz iluzoryczna. Są przypadki jawnego wpływu państwa na samorząd. Mieliśmy taki przykład przy wyborze marszałka naszego województwa, który została de facto wskazany przez Grzegorza Schetynę. Jeśli podlascy samorządowcy z PO zagłosowaliby na kogoś innego, mogliby zapewne pożegnać się z klubem. To chyba nie jest normalna praktyka

- To było zwykłe polityczno-przyjacielskie poruczenie. Należy jednak podkreślić, że o ile na szczeblu wojewódzkim wpływ władzy centralnej na samorządową jest zauważalny, to na pewno nie jest tak na poziomie gmin. A to przecież te ostatnie są sercem reformy samorządowej i stanowią esencję samorządu jako takiego. Wracając do sprawy Grzegorza Schetyny, to patrząc z drugiej strony, gdyby nie on, tutejsza władza być może nie potrafiłaby się tak szybko ukonstytuować. Przecież nie można w nieskończoność kłócić się o to, kto ma być marszałkiem.

To może w ogóle zlikwidujmy samorządy, skoro i tak decyduje władza centralna.

- Takie rozwiązanie już było w czasach PRL-u i jak wiemy z historii, nie za bardzo się sprawdziło. Istnienie samorządów jest krokiem w stronę społeczeństwa obywatelskiego i żywej demokracji. Wiele zależy jednak od wyborców. Jeśli spytalibyśmy statystycznego białostoczanina, kto jest jego radnym, zapewne niewielu znałoby odpowiedź. Skoro wyborcy sami nie mają świadomości, to może w niektórych sytuacjach faktycznie potrzebny jest taki Schetyna, który przyjedzie i powie: zróbcie to i to.
Może obywateli odrzuca od interesowania się sprawami samorządu występujący tu często nepotyzm. W 2010 roku Najwyższa Izba Kontroli w ramach ogólnopolskiej akcji prześwietliła białostocki magistrat. Wyszło na jaw, że m.in. kierownikiem Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego został magister pedagogiki kulturalno-oświatowej, a na stanowisku podinspektora do spraw przygotowania inwestycji w departamencie inwestycji zatrudniono inżyniera środowiska. Osoby te zostały przyjęte do pracy, chociaż nie spełniały wymogów wykształcenia ustalonych w ogłoszeniu o naborze.

- Nepotyzm w polskiej rzeczywistości, to dość powszechne zjawisko. Stanisław Żelichowski z PSL powiedział kiedyś dziennikarzowi, że jeżeli lekarz zatrudnia na swoim oddziale swojego syna to jest kontynuacja tradycji rodzinnych, a jak to samo zrobi polityk to już się o tym mówi, że to nepotyzm. Bliskie relacje jakie istnieją między pracownikami naszych urzędów wynikają też z sytuacji gospodarczej kraju. Urząd traktowany jest jako jedyny pracodawca, który płaci dobrze i w terminie. W ubogich społeczeństwach szczególnie mocno dba się o zabezpieczenie rodziny i znajomych. Zjawisko to wrosło w polską rzeczywistość. Wszyscy o tym wiedzą i wszyscy przychodzą nad tym do porządku dziennego. Jakoś nikt przeciw temu otwarcie nie protestuje. Są co prawda jakieś obraźliwe wpisy na forach internetowych, ale nikt z powodu nepotyzmu nie wybija szyb w urzędach, czy też nie blokuje głównych ulicy w mieście.

Może kiedyś bunt się jednak w ludziach obudzi?

- Nie sądzę.

Tymczasem w połowie lipca ponad 80 lokalnych włodarzy ze Zrzeszenia Prezydentów, Burmistrzów i Wójtów Województwa Lubuskiego wystąpiło do kancelarii premiera z propozycją wydłużenia im kadencji z obecnej 4-letniej na 5, a nawet 6-letnią. Argumentują to tym, że samorządowcy za krótko sprawujemy funkcję, by zrealizować dalekosiężne plany. Jak by Pan to skomentował?

- To zły pomysł. O głosy wyborców należy cyklicznie zabiegać. Jak zaczniemy wydłużać kadencję, może się okazać, że na realizację planów i 10 lat to za mało. Poza tym, na tak istotne zmiany jest za wcześnie. Mamy dopiero trzecią kadencję, kiedy obowiązują wybory bezpośrednie na stanowiska we władzy wykonawczej. Jeżeli ktoś jest dobrym administratorem, a kiepskim politykiem, to faktycznie może mieć problemy z przekonaniem wyborców do powtórnego oddania na niego głosów. Takie jest życie. Nie widzę potrzeby sztucznego wydłużania kadencji. Przedstawiciel lokalnej egzekutywy, jeżeli jest dobrym administratorem i menedżerem nie musi być koniecznie afiliowany politycznie. Liczy się skuteczność, a na poziomie samorządu owa skuteczność przejawia się przede wszystkim w budowie infrastruktury.

Będący u władzy samorządowcy pewnie by się z tym nie zgodzili. W połowie lipca podlaską opinią publiczną wstrząsnęła wiadomość o tym, że wiceburmistrz Hajnówki i przewodniczący tamtejszej rady miejskiej pełnili ważne funkcje w jednym z lokalnych stowarzyszeń prowadzącym działalność gospodarczą. Ten pierwszy był prezesem, a drugi wiceprezesem . Badające sprawę CBA ustaliło, że stowarzyszenie korzystało z dotacji budżetu miejskiego. I pomyśleć, że niektórzy chcieliby, aby samorządowcy nie pobierali pensji, lecz pracowali na rzecz społeczeństwa za darmo.

- Na pewno nie dałoby się tego wprowadzić w stosunku do wójtów, burmistrzów i prezydentów. Utrzymują się oni właśnie z pracy w samorządzie. Inaczej jest z radnymi, którzy w przeciwieństwie do przedstawicieli władzy wykonawczej mają nienormowany czas pracy w samorządach i powinni nawet mieć jakieś inne źródło dochodu. W tym przypadku faktycznie można by się było zastanowić, czy osoby takie mogłyby pełnić swoje funkcje społecznie. Chociaż pewnie, jeśli byśmy wprowadzili takie prawo, kandydatów na radnych nie byłoby zbyt wielu. Z drugiej strony, nawet jeśli ktoś nie pobierałby za to wynagrodzenia, to będąc radnym, miałby określoną pozycję, z którą też wiążą się potencjalne korzyści.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie