Lipy roku 2012 w Białymstoku

Krzysztof Nyszkowski
Czy rzeźba Podróż przyciągnie białostoczan na Lipową?
Czy rzeźba Podróż przyciągnie białostoczan na Lipową? Anatol Chomicz
Udostępnij:
W nadziei, że ustawiona w grudniu rzeźba Podróż przyjmie się na Lipowej i będzie magnesem przyciągającym białostoczan na tę reprezentacyjną ulicę, przedstawiamy lipy 2012 roku, których na pewno nie zapomnimy. Prezentujemy je w kolejności chronologicznej.

Cichosza, cichosza nie ma na ulicy Owsiaka

W styczniu w całym kraju po raz 20. zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tylko w Białymstoku nie było jubileuszowego światełka do nieba. Finał został przeniesiony do Supraśla. Można się licytować, kto w tym roku bardziej zawinił: magistrat czy strona społecznościowa. Każda z nich ma własne doświadczenia ze współpracy, ale pierwsza szansa w tym roku na pokazanie w kraju Białegostoku z tej lepszej strony została zaprzepaszczona.

Dwa w jednym

Podlaski kurator oświaty Jerzy Kiszkiel uważał, że XVI LO, szkoła zawodowa przy ul Pogodnej oraz ZSZ nr 6 przy ul. Transportowej powinny działać nadal. Jednocześnie Jerzy Kiszkiel, białostocki radny, nie wziął udziału w głosowaniu przesądzającym o przyszłości tych trzech szkół.

Tłumaczył swoją absencję w głosowaniach lutowym (intencyjnym) i kwietniowym (definitywnym) tym, że w tym wypadku, i jedynie w tym wypadku, jest w konflikcie interesów wynikającym z łączenia funkcji.

Tak, to prawda. Tylko że nie powinien nigdy dać powodu do zaistnienia takiej sprzeczności. I nie ma tu znaczenia, że prawo na to pozwala. Wielokrotnie byliśmy świadkami tego, że prawo nie nadąża za życiem. Nie da się pogodzić pełnienia funkcji rządowej i samorządowej. Wcześniej czy później dojdzie do ich kolizji.

Doprawdy trudno sobie bowiem wyobrazić sytuację, że z powodu tego dysonansu kurator nie wydaje opinii, bo jest radnym. Z drugiej strony chyba nie po to białostoczanie powierzyli mu mandat, by nie wywiązywał się z obowiązków radnego. A jednym z nich jest udział w głosowaniu. Można w nim się wstrzymać, być za lub przeciw, ale nie uchylać się od podjęcia decyzji.

Na awersie zachowania Jerzego Kiszkiela jako radnego było to, że jego opinia jako podlaskiego kuratora oświaty obnażyła decyzję jego kolegów klubowych o likwidacji tych trzech szkół. Pokazała dobitnie bowiem, że rachunek ekonomiczny nie może być jedynym kryterium przesądzającym o istnieniu szkoły.

Kliknięci

Marcowe głosowanie w sprawie klikania w miejskich autobusach zakończyło się tak, jak od samego początku miało się zakończyć. Uchwała obywatelska znosząca nakaz trafiła do kosza. Platforma, która ma większość w radzie miejskiej udowodniła (po raz pierwszy w tym roku, ale jak się później okazało niejedyny) jak bardzo z obywatelskiej stała się partią instytucjonalną.

Wraz z odrzuceniem uchwały obywatelskiej prysnął mit Białegostoku jako miasta najbardziej przyjaznego mieszkańcom. I otwartego na ich oczekiwania wykraczające poza koncerty, happeningi, jarmarki. Dosadnie ujął to na forum Porannego jeden z internautów: "Bawcie się, pijcie, jak bawić i pić potraficie, ale nie oczekujcie, że pozwolą wam przekroczyć zaklęte rewiry w mieście. One są zarezerwowane dla wybranych".

Miasto ślepców albo dowód komu w Białymstoku dobrze się żyje

Pod szyldem kryją się tegoroczne sytuacje, które pokazują, że naprawdę - delikatnie rzecz ujmując - trudno pojąć urzędniczą logikę.

Pierwszy przykład mieliśmy po otwarciu przedłużenia ul. Piastowskiej. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego wraz z przecięciem wstęgi nie były gotowe przystanki autobusowe. Przygotowano zatoczki, ale wiat nie.

Z początkiem lipca zamknięto dla ruchu skrzyżowanie ulic Wasilkowska, Andersa i 27 Lipca. To, co się wtedy działo w tym rejonie kierowcy zapamiętają na długo. Synchronicznie planowano w tym samym czasie zamknąć najważniejsze skrzyżowanie w mieście: al. Piłsudskiego i Sienkiewicza. Na szczęście na skutek opóźnień postprzetargowych i niewątpliwie pod wpływem sytuacji na Wygodzie, urzędnicy odstąpili od wyłączenia z ruchu tego miejsca (oficjalny powód: obawy, że wykonawca nie zdąży przed zimą). Jednak nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć, że nie da się zamknąć jednocześnie tych dwóch skrzyżowań bez paraliżu miasta. Po co zatem wcześniej rozważać te warianty i próbować je uskuteczniać?

Trzeci przykład: sprawa kupców z ulicy Wasilkowskiej. Handlowcom za kilka miesięcy kończyły się umowy dzierżawy terenu. Miasto nie chciało ich przedłużyć, bo handel w tym miejscu nie przystoi do planu zagospodarowania przestrzennego. Tyle że jak kupcy rozbiorą swoje kramy, to nic w tym miejscu poza trawnikiem nie będzie. Sklepikarze stracą miejsca pracy. Czy doprawdy trzeba dopiero batalii medialnej, by urzędnicy dostrzegli to, co widać gołym okiem?

Raut w pałacowych ogrodach. Bez wątpienia noworoczne przyjęcie prezydenckie ma legitymizację natury historycznej i administracyjnej. Próżno jednak takich przesłanek doszukiwać się w bankiecie wydawanym przez prezydenta podczas Dni Białegostoku. To powinno być wspólne święto białostoczan, bez przywilejów dla kogokolwiek. Zwłaszcza że mieszkańcy potrzebują rozmowy. Czerwcowy bankiet dla wybranych w pałacowych ogrodach tego nie zastąpił.

Kultura lipą pachnąca

Koncert Caro Emerald przed Pałacem Branickich, Halfway Festiwal w filharmonii przy ul. Podleśnej i w nowym amfiteatrze, Białystok Pozytywne Wibracje - wspólnym mianownikiem tych wydarzeń kulturalnych był znikomy, jak na oczekiwania, udział publiczności. Szkoda, bo niektóre z tych wydarzeń były pod względem artystycznym przedniej marki.

Jednak bez wątpienia na miano lipy roku w kulturze zasługuje niewystawienie musicalu "Korczak" w Treblince. I to bynajmniej nie z powodu protestu stowarzyszeń związanych ze środowiskiem żydowskim, ale dlatego, że dyrekcja Opery i Filharmonii Podlaskiej wysłała spóźniony i niekompletny wniosek do wojewody mazowieckiego o zgodę na taki koncert. Choć wcześniej przez miesiące wielokrotnie anonsowała występ.

Z innych lip należy wspomnieć także o październikowej debacie "Poznajmy się". Zabrakło na niej pozytywnego wibrowania z obu stron barykady. Paradoks polegał na tym, że zarówno jej organizatorzy związani z festiwalem Białystok Pozytywne Wibracje, jak i organizacje pozarządowe i stowarzyszenia kulturalne, okazali się przegranymi. Bo nie od dziś wiadomo, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. I to na dwa miliony.

Bohater sezonu Boże, chroń króla

Gdyby nie afera taśmowa ludowców i sprawa Amber Gold, to bez wątpienia tegoroczny sezon letni na warszawskich salonach polityczno-medialnych należałby do Jacka Żalka.

Poseł PO stał się chyba najbardziej rozpoznawalną twarzą podlaskiego parlamentaryzmu. Rzucał pomysłami z prawa i jeszcze bardziej z prawa, często doprowadzając swoich kolegów partyjnych do szewskiej pasji. Nic dziwnego, skoro lansuje się pomysł przywrócenia w Polsce monarchii i osadzenie na tronie urzędującego prezydenta.

Prawo w oparach absurdu

Zwyrokami sądu się nie dyskutuje, ale z uzasadnieniem tak, bo wychodzi na to, że Marcin Nałęcz-Niesiołowski sam zwolnił się z funkcji dyrektora Opery i Filharmonii Podlaskiej i dlatego to instytucja, a nie zarząd województwa ma zapłacić mu za niezgodne z prawem zwolnienie.

A przecież wszyscy widzieli i słyszeli na własne oczy i uszy, że to marszałek i członek zarządu odpowiedzialny za kulturę obwieszczali melomanom pożegnanie Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego z instytucją, której szefował przez 14 lat. Nic dziwnego, że opera nie chciała płacić byłemu dyrektorowi odszkodowania. Tyle że musi.

Równie nieprawdopodobnie zakończyła się sprawa Grosika. Ponad dwa tysiące pokrzywdzonych, którzy za pośrednictwem upadłej agencji finansowej opłacali rachunki nie odzyska swoich pieniędzy.

Sąd apelacyjny uchylił wobec właścicieli tej firmy obowiązek naprawienia szkody. Orzekł, że to niegospodarność (błędne inwestycje i wcześniejsze obciążenia finansowe) przyczyniła się do upadku firmy, a nie brak wpłat na rachunki. W świetle prawa bezpośrednim pokrzywdzonym w tej sprawie jest firma, a nie klienci. Sąd zaznaczył, że nie chodzi o to, że pieniądze się pokrzywdzonym nie należały, ale przepisy prawa na korzystne dla nich rozstrzygnięcie nie pozwalają.

Co prawda w polskim prawie nie ma precedensów, ale wyrok w sprawie Amber Gold też nie musi być tak oczywisty, jak się wszystkim wydaje.

No i samobój na sali sądowej.

Prezydent prosił o unieważnienie uchwał podjętych podczas walnego zgromadzenia Podlaskiego Związku Piłki Nożnej, na którym wybrano prezesa. Zachodziła bowiem obawa, że podczas głosowania doszło do nieprawidłowości. Najpoważniejszym zarzutem było to, że rękę z mandatem podnosiły pracownice związku. Nie miały do tego prawa, bo nie były delegatami klubów. - Istotnie, doszło do głosowania, w ramach którego głosy oddały osoby nieuprawnione - potwierdził sędzia. - Nie rzutowało to jednak na ostateczny wynik. Bez tych osób uchwały zapadły zgodnie z wymogami statutu stowarzyszenia.

Jeden z internautów tak skomentował ten wyrok na forum "Porannego": Ciekawe podejście do sprawy. Zabiłem sąsiada, ale on miał 85 lat i tak na pewno umarłby.

Prof. Piotr Gliński nie zbawi PiS.

Na pewno białostockiego. Jeśli kiedykolwiek PiS chce wrócić do władzy w mieście, to musi pokusić się o niekonwencjonalne działania. Bez względu na to, jak potoczą się na krajowej scenie politycznej dalsze losy profesora socjologii UwB, to na gruncie miejskim taki manewr z fachowcem niby spoza kręgów partyjnych wydaje się już nie do powtórzenia. Gwarantem tego jest wybór Krzysztofa Jurgiela na lidera PiS w regionie. W końcu kto inny jak nie on podąża na Podlasiu krok w krok za Jarosławem Kaczyńskim. I tak od szesnastu lat. Dla kolejnego, miejskiego pokolenia to niezbyt atrakcyjna perspektywa.

Co słychać w operze

Na październikowej sesji sejmiku radny Waldemar Kwaterski zaapelował, by źle nie mówić o nowej operze, bo region ośmieszy się przed światem.

Zazwyczaj niezbyt lotna sejmikowa opozycja, tym razem w mig podniosła larum, że krępuje się wolność słowa. Oczywiście była to przesada, ale gdyby kierować się taką logiką, to nigdy byśmy się nie dowiedzieli dlaczego w nowej operze część publiczności niewiele słyszy. Okazuje się, że są problemy z akustyką. Mało tego. Nie przeprowadzono odpowiednich testów, bo zabrakło na nie pieniędzy.

Doprawdy trudno zrozumieć, jak instytucja dysponująca ponad 20-milionowym budżetem, nie była w stanie wyłuskać kilku zaskórniaków na testy akustyczne. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak w ogóle opera, z takim dysonansem została oddana publiczności? Tym bardziej, że władze instytucji ani nadzorujący ją urząd marszałkowski nie miały żadnych oporów przed powieszeniem szklanej tablicy z białą plamą: przemilcza rolę Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, bez którego szaleńczej idei, jak na Białystok roku 2004, nowego gmachu by nie było.

Marszałka lipa za lipą

Okołooperowe historie to nie był dobry czas dla marszałka Jarosława Dworzańskiego, który za swoje kłopoty winił media, dopytujące o zagraniczne wyjazdy i bankiet na otwarcie.

Na dodatek przy okazji otwarcia opery marszałek nie tylko miał kłopoty z nazwaniem gongu, w którego przyszło mu uderzać, ale nie przywitał białostoczan, co wytknął mu minister kultury.

Nie wspominając o słynnym liście do prezesa TVP pełnym pretensji i skarg na dziennikarzy i szczerym przyznaniu się do zablokowania emisji materiału o bankiecie. Co prawda rzecznik marszałka nazwał to skrótem myślowym, ale sam był autorem równie karkołomnego. Słynne: "Wynocha" odbiło się szerokim echem w kraju.

Lewica pogrzebała in vitro w zarodku

Lewa strona białostockiej sceny samorządowo-partyjnej pozazdrościła swoim kolegom z Częstochowy. W tym świętym mieście radni, jako pierwsi w Polsce, uchwalili dopłaty do in vitro. Tym samym śladem postanowiło iść białostockie SLD patronując bliźniaczemu programowi w stolicy Podlasia.

Jednak różnica między naszą lewicą a częstochowską jest wprost proporcjonalna do kilometrów, które dzielą oba miasta. SLD pod Jasną Górą może wszystko, bo rządzi. W Białymstoku co najwyżej swoją niemoc skryło za parawanem inicjatywy uchwałodawczej, w oparciu o którą miało być zbierane poparcie dofinansowania do zapłodnienia pozaustrojowego.

Mimochodem grzebiąc nie tylko szanse na taką dotację, ale też i na swój sposób dezawuując jedyną w Białymstoku formę demokracji bezpośredniej między wyborami.

Ferment w śmieciach

Nową ustawę możemy określić sakramenckim: głupie prawo, ale prawo. Natomiast sposób dostosowania się do niej zaproponowany przez gminę Białystok - kontrybucją nałożoną na mieszkańców.

Czytaj e-wydanie »

Nieruchomości z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie