Komentarz. To był bardzo smutny śmigus-dyngus

Wojciech Konończuk
Wojciech Konończuk
Żółto-Czerwoni zrobili fanom przykry śmigus-dyngus Wojciech Wojtkielewicz
Myślałem, że w śmigus-dyngus zostanę oblany wodą i to przyjemną, letnią, przez moje dzieci. Niestety, kubeł lodowatej cieczy wyleli na moją głową piłkarze Jagiellonii Białystok.

Trochę sam sobie jestem winien, bo zaczął postrzegać futbolową rzeczywistość przez różowe okulary po zwycięstwie Jagi w Poznaniu. Widziałem entuzjazm zespołu, wrócił mu luz, którego nie widziałem za czasów trenera Bogdana Zająca i zacząłem wierzyć, że końcówka ekstraklasowego sezonu może być piękna.

Zacząłem analizować, co się stanie, jeśli Żółto-Czerwoni ograją u siebie najpierw Śląsk Wrocław, a potem Cracovię. Sześć punktów awansowałoby nasz zespół w okolice czwartego miejsca i zrobiłoby się ciekawie. Z druży ścisłej czołówki białostoczanie zagrają jeszcze tylko z Rakowem Częstochowa i jeśli ekipa z spod Jasnej Góry wywalczy Puchar Polski, to w Białymstoku zapachniałoby europejskimi pucharami. A tu taki klops.

Zawód nie był jedynym odczuciem po porażce ze Śląskiem. Drugim było świadomość, że ten film grali już we Wrocławiu. Wynik taki sam - 0:1, okoliczności straty bramki też podobne: przyjacielskie oddanie piłki rywalowi w dziecinnie łatwy sposób, szybka akcja i gol. Czas nieszczęścia też podobny - tam początek drugiej, tu koniec pierwszej połowy. No i świadomość, że Jagiellonia przegrała mecz, którego przegrać wcale nie musiała.

Czytaj też: Jagiellonia - Śląsk 0:1. Białostoczanie sprowadzeni na ziemię w świąteczny poniedziałek (galeria)

Irytują mnie takie straty piłki, jakich w meczu ze Śląskiem było wiele. Wiem, że drużyna chce rozgrywać piłkę za wszelką cenę, stąd podejmowane przez zawodników ryzyko. Ale powinno mieć ono swoje granice. Czasami w sytuacji skrajnego zagrożenia warto wybić piłkę z "grubego palca" na aut. Może to i zagranie rodem z klasy B, za to jest skutecznie i zapobiega stracie bramki w stu procentach. Bogdan Tiru kombinował i cena za to była bardzo słona.

Jednak to nie rumuński obrońca powinien teraz najbardziej bić się w piersi. Zawód sprawiają od dłuższego czasu Jesus Imaz i Jakov Puljić. Nasze żądła w meczu ze Śląskiem nie oddały żadnego celnego strzału. Jak na tak skuteczny wcześniej duet to rozpaczliwie słaba statystyka. Hiszpan wyróżnił się tylko największą w drużynie liczba strat, z których kilka zaliczył przed własnym polem karnym w skandalicznie prosty sposób. Dla tej klasy piłkarza, to był beznadziejny występ.

Większy problem jest jednak z Chorwatem, a brak dla niego alternatywy to największa słabość Jagiellonii. Kiedy Puljić jest chory, kontuzjowany, lub po prostu tak jak teraz - bez formy, to nie wiadomo, co z tym fantem zrobić. W kadrze nie ma drugiego napastnika, który wziąłby na siebie zdobywanie bramek. Próbowano różnych rozwiązań i żadne się nie sprawdziło. I to jest chyba teraz największe zmartwienie trenera Rafała Grzyba.

W każdym razie z nadmiernego optymizmu zostałem wyleczony. Szkoda, ale z drugiej strony, z Cracovią mogę się już tylko zdziwić na plus. Liczę, że tak będzie, bo wierzyć w zespół trzeba zawsze, a szczególnie w takich momentach.

Wojciech Konończuk

Polacy najaktywniejsi w Europie

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Strefa spadkowa blisko!

Dodaj ogłoszenie