Fundacja Podlaskie Hospicjum Onkologiczne: Wszystkie chwile są piękne

Agata Sawczenko
Jeśli można być z drugim człowiekiem, to nawet te najtrudniejsze momenty są piękne - mówi dr Paweł Grabowski,  prezes Fundacji Podlaskie Hospicjum Onkologiczne
Jeśli można być z drugim człowiekiem, to nawet te najtrudniejsze momenty są piękne - mówi dr Paweł Grabowski, prezes Fundacji Podlaskie Hospicjum Onkologiczne Andrzej Zgiet
Jeśli można być z drugim człowiekiem, to nawet te najtrudniejsze momenty są piękne, bo czegoś nas uczą, bo stawiają przed nami nowe wymagania.

Od lat opiekuje się Pan ludźmi umierającymi. Teraz prowadzi pan Hospicjum w Nowej Woli. Niewiele osób wybiera taką drogę w życiu. Obawiamy się styczności z bólem, nieszczęściem. Wielu mówi, że aby to robić, trzeba mieć naprawdę wielkie serce.

Dr Paweł Grabowski, prezes Fundacji Podlaskie Hospicjum Onkologiczne: - Niekoniecznie. Medycyna paliatywna jest taką samą dziedziną medycyny jak inne. I zajmuje się żywym człowiekiem. Oczywiście - tu sytuacja jest inna, trudna. Bo wiemy, że jest nieuleczalna choroba, lekarze, którzy zajmowali się chorym, powiedzieli już, że nie uda się go już od tej choroby nowotworowej uwolnić - czyli że ma ją w sobie i z nią będzie musiał żyć do śmierci. Trafia do naszego hospicjum. Ale przecież jest takim samym pacjentem jak każdy inny.

Tu jednak jest świadomość, że śmierć nastąpi szybciej. Trzeba więc mieć w sobie szczególną umiejętność rozmowy z drugim człowiekiem, żeby podnieść go na duchu.

- Nie wiem. Myślę, że tak jak do każdej specjalności lekarskiej potrzebne są predyspozycje. Ja sobie próbuję wyobrazić, że miałbym być na przykład ginekologiem. I nie wiem, czy bym się do tego nadawał. A z kolei kolega ginekolog może sobie pomyśleć, że by się nie nadawał do tego, żeby być lekarzem z medycyny paliatywnej. Poza tym medycyna paliatywna jest specjalnością, od której każda inna specjalność lekarska czy pielęgniarska może się bardzo wiele uczyć. U nas pacjentem jest nie tylko człowiek u kresu życia, ale również jego rodzina. Zajmujemy się tymi, którzy się nim opiekują, czasem tymi, którzy nie chcą się opiekować. Tymi, którzy tak samo jak pacjent mają swoje doły, łapią depresje, chwile zwątpienia. Do mnie nie przychodzi rak żołądka, a człowiek, który jest chory, żyje w określonych warunkach, w określonym środowisku, opiekują się nim określone osoby, ma takie a nie inne możliwości, takie, a nie inne sposoby radzenia sobie z trudną sytuacją, jaką jest nieuleczalna choroba.

Da się oddzielić życie prywatne od pracy?

- Pewnie nie do końca. Moje życie prywatne jest jeszcze póki co bardzo mocno podporządkowane temu dziełu (hospicjum w Nowej Woli - przyp. red.), ponieważ ono jeszcze cały czas się rodzi, cały czas powstaje. No i wiele z tych spraw zabieram jeszcze do domu. Ale uczę się, jak to zrobić, żeby oddzielić te dwie sprawy, żeby mieć trochę czasu prywatnego. Uczę się wypoczywać, uczę się tych wszystkich rzeczy, które będą potrzebne, żeby normalnie funkcjonować.

Zdarzają się miłe chwile, radosne?

- Wszystkie są piękne. Jeśli można być z drugim człowiekiem, to każda chwila jest piękna, nawet ta najtrudniejsza, bo czegoś nas uczy, bo stawia przed nami jakieś nowe wymagania. To nie jest tak, że my się męczymy, jeździmy, cierpimy i Bóg wie jeszcze co, a raz na jakiś czas zdarzy się fajna chwila. Przepiękne jest to, że można pojechać do chorego i patrzeć, jak wygląda w lesie czy w polu jesień. Że trafiamy do domu, gdzie otwierają przed nami drzwi, gdzie ludzie nam ufają, opowiadają swoje historie, gdy okazuje się, że jesteśmy w stanie pomóc choremu. Na czas choroby stajemy się członkami tych rodzin. Opowiadają nam o wielu intymnych, trudnych sprawach. To wszystko jest przepiękne. Tym bardziej, że dotykamy ogromnej różnorodności. Ja pochodzę z rodziny, która mieszkała w mieście. U babci, u dziadka byłem jedynie na wakacjach. A tutaj muszę dotknąć problemów ludzi, którzy mieszkają na wsi, w lesie. I zupełnie inne problemy, zupełnie inne zadania stawia przed nimi taki tryb życia. Stykam się z bezradnością ludzi, którzy nie mają pracy - bo nie mogą jej zdobyć, albo nie starają się jej zdobyć, bo tak się nauczyli żyć. Tak że to jest ogromna różnorodność. I to jest bardzo ciekawe.

Szokujące też?

- Nie, to nie jest dla mnie szokujące. Pracowałem w hospicjach wiele lat, w Błoniu, w Warszawie. Byłem w wielu domach. I jak sobie teraz zadaję pytanie, co jest naprawdę najważniejsze, to wiem, że nie zamożność czy wykształcenie. Bo spotykam ludzi, którzy pokończyli trzy klasy, a są mądrzejsi od tego, który pokończył wiele studiów i fakultetów. Spotykamy miejsca, gdzie jest bogactwo, a nie ma miłości. Gdzie jest bieda, a miłości jest tyle, że można by ją nożem kroić. Tak że myślę sobie, że ten zawód uczy jakiejś pokory, nieoceniania, nieprzypinania nikomu łatek, a jeżeli zaskakuje, to właśnie takimi ładnymi rzeczami.

Ale jak tu nie oceniać, gdy widać, że rodzina traktuje chorego jak balast?

- Ocenianie nie jest naszym zadaniem. Choć pewnie w sercu rodzi się jakaś tam myśl. Ale naszym zadaniem jest, by w w tych warunkach, jakie zastajemy, najlepiej, jak to możliwe, pomóc. Mnie iluś moich poprzednich pacjentów oduczyło oceniania. Spotkałem kiedyś kobietę - antypatyczna, niemiła, nie rozmawiała, nie patrzyła na mnie. I pierwsza myśl: "jakie antypatyczne babsko". Wstyd mi dziś za tę myśl. Bo pod koniec rozmowy ona mówi: Bardzo pana przepraszam, ale mam myśli zajęte zupełnie czymś innym: u mojej wnuczki rozpoznano białaczkę. A ile osób nie powie o tym, co im tam siedzi w głowie? A ja im przykleję łatkę antypatycznej osoby. Dlatego lepiej nie oceniać. Bo nie wiemy, co się dzieje. Najlepiej jest po prostu robić swoją robotę.

Jest Pan również stomatologiem.

- Zrobiłem specjalizację z chirurgii twarzowo-szczękowej, pracowałem w klinice chirurgii twarzowo-szczękowej, potem przeniosłem się do centrum onkologii kliniki nowotworów głowy i szyi, by wykorzystać swoją wiedzę lekarską, i stomatologiczną - operować chorych, którzy mieli nowotwory języka, dziąseł, podniebienia, twarzy. No i w czasie pracy z tymi ludźmi pomyślałem sobie, że trzeba sprawdzić, co się dzieje z tymi, którym ktoś mówi, że już nic nie da się zrobić. I tak zetknąłem się z medycyną paliatywną - zajmującą się ludźmi z nieuleczalną chorobą nowotworową. Wciągnęło mnie to jakby to był mój żywioł. W Białymstoku też pracuję i robię operacje - w Centrum Onkologii. Nie w pełnym wymiarze godzin, bo wiele czasu poświęcam Fundacji i hospicjum w Nowej Woli. Na początku w hospicjum pracowałem społecznie. Potem batiuszka Jarek Szczerbacz (współtwórca hospicjum - red.) kazał mi, bym wyznaczył sobie pensję. Żal mi wydawać te pieniądze na siebie, ale rozum nakazuje, żeby to zrobić - by mieć na benzynę, czy na pewne rzeczy, które i tak kupuję z własnej kieszeni dla fundacji.

Pracował Pan w Krakowie, w Warszawie. Nie brak Panu wielkiego miasta?

- Nie. Byłem teraz w Warszawie - huk, rumor, mnóstwo ludzi. Ciasno. I tak tam jeżdżę, bo prowadzę warsztaty dla lekarzy i zajęcia ze studentami. Uczę studentów, jak pracować z chorym u kresu życia i z jego bliskimi.

Jak Pan trafił na Podlasie?

- Życie mi się tak ułożyło, że jestem sam. A robiąc specjalizację z medycyny paliatywnej, poznałem pięknych, wspaniałych ludzi, o ogromnej wrażliwości, pomagających innym ludziom. I pomyślałem sobie, że fajnie, że takie osoby są na świecie. I że też bym chciał robić to, co oni. I tak sobie pomyślałem, że ja będąc sam, powinienem to zrobić w takim miejscu, gdzie - w pierwszym momencie każdy się puknie w głowę - wiadomo, że wszędzie jest daleko, że tam się nie opłaca, że to nie jest żaden biznes. Gdzie nikt, kto ma dom, rodzinę, dzieci, nigdy nie odważy się czegoś takiego zrobić.

Rozesłałem wici po różnych znajomych, że szukam takiego miejsca. Trochę celowałem w Podlasie, bo mam dużo miłości do tego miejsca. Odezwał się wtedy ksiądz profesor Paprocki. Powiedział, że być może biskup Jakub będzie miał dla mnie jakąś wiadomość. Akurat biskup miał w Warszawie wykład. Spotkaliśmy się, wyjął notes z adresem w Nowej Woli i mówi: proszę, to jest takie miejsce. Więc pojechałem do Nowej Woli, pogadałem z Jarkiem Szczerbaczem, zobaczyłem tę szkołę, zobaczyłem te miejsce.

Spodobało się?

- Jarek przy drugim spotkaniu powiedział: ja myślałem, że ty już tu nie wrócisz.

Przestraszył się Pan?

- To nawet nie to. Tylko tak sobie pomyślałem: Boże! To miało być daleko. Ale aż tak? Nie, to nieprawdopodobne. To niemożliwe do zrobienia. Ta szkoła wymaga remontu. No ale wróciłem tam. I to była dobra decyzja.

Chcieliście najpierw założyć hospicjum stacjonarne.

- Całe szczęście, żeśmy tego tam nie zrobili, bo to wymaga 24 godzin na dobę opieki lekarzy, pielęgniarek, etatów, 100 proc. kontraktu z NFZ, ogromnego wkładu pieniędzy do remontu, żeby to miejsce spełniało wymogi. Nawet jakbyśmy to miejsce wyremontowali, by spełniało wszystkie wymogi, to potem by się okazało, że nie ma kontraktu. Bez szans, żeby to ruszyło. Ksiądz Jarek wpadł na pomysł warsztatów terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych umysłowo. Remont kosztował spore pieniądze, których tak naprawdę myśmy na oczy nie oglądali, bo ktoś nam podarował kafelki, ktoś nam podarował sprzęt do łazienki, ktoś inny sprzęt rehabilitacyjny. I warsztaty ruszyły.

Kto wam pomaga?

- Mamy bardzo życzliwą Radę Fundacji, która bardzo nam pomaga. Mamy wolontariuszy z Zespołu Szkół w Michałowie, bardzo życzliwych i chętnych do pomocy okolicznych duchownych, nadleśniczego, panów ze Straży Granicznej, burmistrza, urzędników w gminie. I mnóstwo innych osób. Mamy zaangażowanych w działalność pracowników Hospicjum i Warsztatów Terapii Zajęciowej, prowadzonych w ramach Fundacji.

Nie lubi Pan o sobie mówić. Dlaczego?

- Po prostu uważam, że trzeba robić, a nie gadać. Boję się trochę, że po jednym, drugim artykule w gazecie zamienię się w taką gadającą okrągłe słówka, głowę. Choć z drugiej strony wiem, że to też dobry sposób, by promować naszą ideę hospicyjną, szukać sprzymierzeńców, sponsorów.

Tygodnik Wprost nagrodził Pana wyróżnieniem w konkursie Społecznik Roku.

- Wiem, że zgłosiło mnie kilka osób - to miłe. Ale z drugiej strony mam też świadomość, że rzeczy, które robię, nie da się robić w pojedynkę. Przy tym pracowało i nadal pracuje wiele pięknych, zaangażowanych osób. Dlatego cieszę się z tej nagrody, ale przyjmuję ją z pokorą. To w żaden sposób nie jest powód, który każe mi nosić głowę wyżej.

Doktor Paweł Grabowski

Lekarz, specjalista medycyny paliatywnej, absolwent Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum UJ w Krakowie i Studiów Podyplomowych Zarządzania Zakładami Opieki Zdrowotnej SGH w Warszawie. Od 2009 roku jest prezesem Podlaskiego Hospicjum Onkologicznego, które prowadzi hospicjum domowe w dawnej szkole w Nowej Woli w gminie Michałowo.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie