Edward Linde-Lubaszenko: Dwa nazwiska, dwie metryki

    Edward Linde-Lubaszenko: Dwa nazwiska, dwie metryki

    Alicja Zielińska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Jakiś czas temu porządkowałem swoje prywatne sprawy. Okazało się, że mam dwie metryki: na nazwisko Linde w USC w Białymstoku i na nazwisko Lubaszenk

    Jakiś czas temu porządkowałem swoje prywatne sprawy. Okazało się, że mam dwie metryki: na nazwisko Linde w USC w Białymstoku i na nazwisko Lubaszenko ©Fot. MWMedia

    List zaczynał się od słów: Jestem pańskim ojcem. Podpisał Julian Linde. Ja o niczym nie wiedziałem. Byłem przekonany, że jestem synem oficera Armii Czerwonej. A teraz, w wieku 18 lat, dowiaduję się takiej prawdy.
    Jakiś czas temu porządkowałem swoje prywatne sprawy. Okazało się, że mam dwie metryki: na nazwisko Linde w USC w Białymstoku i na nazwisko Lubaszenk

    Jakiś czas temu porządkowałem swoje prywatne sprawy. Okazało się, że mam dwie metryki: na nazwisko Linde w USC w Białymstoku i na nazwisko Lubaszenko ©Fot. MWMedia

    Urodziłem się 23 sierpnia 1939 roku w Białymstoku. Zwracam uwagę na tę datę. To właśnie wtedy został podpisany pakt Ribbentrop - Mołotow. Fakt ten, cała jego treść, wszedł do mojej biografii i rozstrzygał kilkakrotnie o moim losie - mówi Edward Linde-Lubaszenko, popularny aktor. Jego życie osobiste mogłoby również być materiałem na film o przeżyciach Polaków w czasie wojny.

    - Moim ojcem był Lucjan Linde, Niemiec z pochodzenia z korzeniami szwedzkimi. Ale ja długo o tym nie wiedziałem - opowiadał na spotkaniu w Klubie Sztuki Opery i Filharmonii Podlaskiej Edward Linde Lubaszenko. - Wówczas w Białymstoku mieszkało wielu Niemców. Były to rodziny osiadłe tu od pokoleń.

    - Kiedy po 17 września Rosjanie weszli do miasta, ojciec, widząc tych zabiedzonych, bosych żołnierzy, z karabinami na sznurkach, ale zdolnych do wszystkiego, po prostu się przestraszył. I uciekł do Niemiec. Bardzo chciał, żebyśmy z nim jechali, ale mama odmówiła. Co, ona Polka, patriotka, wyjedzie do Szwabów? Nigdy. Jej miejsce jest w Polsce.

    Napisał, że jestem Lubaszenko

    Mieszkaliśmy przy ulicy Stołecznej. Niedawno kuzynka pokazywała mi zdjęcia z 1941 roku i nasz dom. Ja go nie pamiętam. Siostra mamy, Karolka miała sklep na Bojarach, ale dobrze wyszła za mąż i powierzyła jego prowadzenie mamie. Było to atrakcyjne miejsce, z mieszkaniem na zapleczu. I tam zakwaterowano oficera Armii Czerwonej.

    Kapitan Mikołaj Lubaszenko dowodził kompanią strzegącą bezpieczeństwa stacji Białystok Towarowy. No i cóż. Mama miała 30 lat, Lubaszenko też 30 lat. Krew nie woda, prędzej czy później musiało się stać to, co się stało. Zbliżyli się do siebie. Dalsza przyszłość pokazuje jednak, że nie była to wielka miłość. Ot, połączyły ich okoliczności tamtych czasów.

    Przychodzi 1941 rok. Wybucha wojna niemiecko-radziecka. W pobliżu Białegostoku stoi pociąg sanitarny. Ma zawieźć rannych oficerów do Archangielska. I wówczas Lubaszenko, który odpowiada za jego bezpieczeństwo, wsadza nas do ostatniego wagonu. Chce uchronić przed wojną. Daje mamie pistolet, a komendantowi wręcza kartkę: Lidia i Edward Lubaszenko. W ten sposób po raz pierwszy stałem się Edwardem Lubaszenko.

    A mój ojciec? Julian Linde został wcielony do Wehrmachtu. Wiadomo, Niemiec, musiał. Ale już pierwszego dnia poddał się, przesiedział dwa lata w obozie w Tule. Po wojnie wrócił do Polski, szukał nas. UB szybko go namierzył. Za używanie języka niemieckiego trafił na dwa lata do więzienia w Płocku. O tym dowiedziałem się jednak dużo później.

    W Archangielsku

    Tymczasem miałem niespełna dwa lata i jechałem w głąb Związku Radzieckiego. Podróż odbywała się z wielkimi kłopotami, bo w wagonach leżeli ranni żołnierze, a ja cały czas darłem się strasznie, mama nie potrafiła mnie uspokoić. Zachorowałem bowiem na krwawą dezynterię. Na szczęście był to pociąg sanitarny, zrobiono mi transfuzję, mama dała swoją krew.

    Znaleźliśmy się w Archangielsku. Nasze położenie nie było ciekawe. Co prawda Lubaszenko zaopatrzył nas w kartkę mówiącą, że jesteśmy jego rodziną, ale mama nie mówiła po rosyjsku i jako Polka nie mogła znaleźć pracy. Głodowaliśmy bardzo. Podstawowym artykułem żywnościowym były obierki z ziemniaków smażone na płycie i zupa z pokrzywy.

    Sytuacja poprawiła się, kiedy Sikorski podpisał układ z Majskim. Mama wreszcie dostała lepszą pracę. Była krojczynią chleba w jakiejś zakładowej stołówce. Wychodziła o świcie, wracała późnym wieczorem, ale wydawało się jej, że chwyciła Pana Boga za nogi. Niestety, ja do tego czasu zdążyłem zachorować na krzywicę. Mama, by mnie ratować, latem zakopywała mnie w piaskach wybrzeża Morza Białego. Poradziły jej tak stare Rosjanki. Twierdziły, że wyrzucone na brzeg martwe ryby i inne stworzenia morskie zostawiają w piasku tłuszcz wraz z witaminą D. I ja tak siedziałem w kucki, zakopany w tym piasku, trzy, cztery godziny dziennie. Pewnie coś w tym jest, bo wyszedłem z choroby.

    A potem, żebym się wzmocnił, mama zawiozła mnie do Kołomaku na Ukrainie, do matki Lubaszenki. Odrosły mi włosy, nabrałem sił. Razem z rówieśnikami śpiewałem ochoczo piosenki o Stalinie. Miałem ładny głos, nawet w radiu występowałem. Stamtąd pamiętam śnieg, z którego budowaliśmy twierdze. Ale i strasznie wychudzone krowy w kołchozach. Podwieszano je pod sufitami na rzemieniach, bo nie miały siły stać.

    Mama ratuje Lubaszenkę

    Tymczasem przyszły nowe kłopoty. Mikołaj Lubaszenko podpadł za coś w Armii Czerwonej, został uznany za wroga ludu. Sąd polowy skazał go na karę śmierci. Mama w rozpaczy. Bo jak jemu coś się stanie, to i z nami koniec, w Związku Radzieckim obowiązywała odpowiedzialność zbiorowa. Postanowiła za wszelką cenę go ratować. Chodziła po adwokatach, ściągała pieniądze od rodziny z Białegostoku. Jakoś się udało.

    Lubaszenkę posłano do batalionu karnego. Poszedł na front. Walczył dzielnie z hitlerowcami, został ranny. Za okazane męstwo darowano mu karę, przywrócono stopień kapitana.

    Wówczas mama dowiedziała się, że powstaje wojsko polskie. Tworzył je generał Berling. Uznała, że to jedyna szansa dla nas, by wrócić do Polski. Wielu ludzi mówi dziś, że trzeba było iść do Andersa, bo to była prawdziwa armia polska. Ale jak? Nie było żadnej informacji. Mama została szefową kancelarii 6. Pułku Piechoty. Dzięki swoim wpływom postarała się, by Lubaszenko też znalazł się w polskim wojsku.

    We Wrocławiu

    Zakończenie wojny 9 maja świętowaliśmy w Moskwie. Pamiętam race na niebie, mauzoleum Lenina na placu Czerwonym i lody malinowe, które jadłem pierwszy raz w życiu. Zatrzymaliśmy się u stryjecznego brata Lubaszenki, który był naukowcem i mieszkał z żoną w akademiku dla asystentów. Czekaliśmy na dokumenty repatriacyjne, by móc wrócić do Polski. Lubaszenko też postanowił z nami jechać, nie chciał zostać w Związku Radzieckim. Argumentem przetargowym była żona Polka i syn.

    Ruszyliśmy do Polski. Niestety, nie do Białegostoku. Mama jako osadnik wojskowy dostała przydział do Wrocławia. W centrum same ruiny, zgliszcza. Zamieszkaliśmy na przedmieściach, w willi Niemki, frau Hoffman. Miała syna Horsta, a ponieważ moich rodziców ciągle nie było w domu, bo szukali pracy i kontaktów, to ja od Horsta szybko nauczyłem się mówić po niemiecku.

    Tak więc w 1946 roku miałem siedem lat, świetnie mówiłem po rosyjsku, całkiem dobrze po niemiecku i słabo po polsku. Ale szybko to nadrobiłem. Słuchałem radia, czytałem książki. "Przygody Robinsona Cruzoe" znałem na pamięć.

    We Wrocławiu przeżyłem kolejną traumę. Urodził się mój młodszy brat i jakoś tak się stało, że zszedłem w rodzinie na dalszy plan. Lubaszenko, który mi okazywał dobroć, zmienił się nie do poznania. Słyszałem wyzwiska: fryc, dostawałem lanie.

    List od ojca

    Po maturze postanowiłem studiować medycynę. Chciałem być lekarzem, leczyć ludzi. Ale to też była okazja, by się wyrwać z domu, gdzie nie czułem się dobrze. Niestety, młodość bywa głupia i nieodpowiedzialna. Zachłysnąłem się wolnością.

    Zamiast się uczyć, przesiadywałem w knajpach. No i zostałem skreślony z listy studentów. I wtedy zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Kolejny przełom w moim życiu. Oto znajduję się w dziekanacie i naraz słyszę, że jest list do mnie. Zdziwiłem się, kto to może pisać, przecież nie rodzice. Ale na kopercie wyraźnie było napisane moje nazwisko, ładnym, trochę gotyckim pismem. Otworzyłem list. Zacząłem czytać i nogi się pode mną ugięły. List zaczynał się od słów: Jestem pańskim ojcem. Podpisał Julian Linde. Ja o niczym nie wiedziałem. Byłem przekonany, że jestem synem oficera Armii Czerwonej. A teraz, w wieku 18 lat, dowiaduję się takiej prawdy. I tenże Julian Linde zapraszał mnie do siebie. Mieszkał w Polanicy-Zdroju. Pracował w hucie szkła. Skojarzyłem sobie, że po wojnie go widziałem. Ale tylko raz jedyny. Przedstawiono mi go jako mojego ojca chrzestnego. Myślę, że ten list to była sprawka mamy.

    Dwie metryki, dwa nazwiska

    Jednak lata rozstania zrobiły swoje. Widywaliśmy się, ojciec pomagał mi finansowo, ale nie udało nam się tak naprawdę zbliżyć, jak syn z ojcem.

    Jakiś czas temu porządkowałem swoje prywatne sprawy. Okazało się, że mam dwie metryki: na nazwisko Linde w USC w Białymstoku i na nazwisko Lubaszenko. Długo się zastanawiałem, czy nie wrócić do prawdziwego nazwiska. Ale doszedłem do wniosku, że przeszłości i tak nie cofnę. Tyle lat minęło. Z nazwiskiem Lubaszenko splotło się całe moje życie artystyczne. W 1991 roku dodałem więc do Lubaszenki człon Linde.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo