Dostał nerkę od zmarłej dziewczyny. Dzięki niej żyje

    Dostał nerkę od zmarłej dziewczyny. Dzięki niej żyje

    Janka Werpachowska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Dostałem nerkę ośmioletniej dziewczynki, która zmarła w Centrum Zdrowia Dziecka. Miałem wtedy 16 lat - mówi Jacek Grycewicz.
    Niewielu nosi przy sobie takie oświadczenie woli: "W nadziei ratowania Życia innych wyrażam zgodę na pobranie po śmierci moich tkanek i narządów

    Niewielu nosi przy sobie takie oświadczenie woli: "W nadziei ratowania Życia innych wyrażam zgodę na pobranie po śmierci moich tkanek i narządów do przeszczepienia”. ©Fot. Wojciech Wojtkielewicz

    Jacek Grycewicz to białostoczanin, który najdłużej żyje z nową nerką - prawie 23 lata. Pracuje, chociaż jest rencistą. Nie zawsze czuje się dobrze, ale kiedy wspomina swoje życie sprzed przeszczepu i porównuje je z obecnym, nie ma wątpliwości: wtedy było strasznie.

    - W dzieciństwie zachorowałem na ostrą niewydolność nerek - opowiada. - Żyłem między domem a szpitalami. Początkowo leczony byłem farmakologicznie, ale bez żadnego efektu.
    Potem zaczęły się dializy. Miałem pecha, bo silne antybiotyki, które mi zaaplikowano przy okazji powikłań, uszkodziły słuch. Po kilku miesiącach trafiłem na chemodializę - trzy razy w tygodniu przez cztery godziny. To ratuje życie, ale jednocześnie bardzo ogranicza możliwości normalnego funkcjonowania. Bo człowiek jest uwiązany praktycznie do tej maszyny, nigdzie nie można wyjechać.

    Rodzice nie mogli pomóc

    - Całe życie regulowane jest terminami kolejnych wizyt w szpitalu. Byłem dzieckiem, nastolatkiem, bardzo źle to znosiłem. Rodzice chcieli dać mi nerkę, ale żadne z nich nie mogło być dawcą. Dalsza rodzina też nie.

    Jacek Grycewicz znalazł się w wykazie osób zakwalifikowanych do przeszczepu.

    - Właśnie kładliśmy się już spać, kiedy przyjechało pogotowie - wspomina pan Jacek. - Jedziesz na przeszczep nerki, mówią. To było wiosną 1987 roku. Cud, tak wtedy myślałem. Dla takiego szesnastolatka jak ja znalazł się śmigłowiec, którym przetransportowali mnie do Warszawy, do Centrum Transplantologii na Lindleya. Tam dokonano przeszczepu. Przeleżałem miesiąc w szpitalu.

    Na szczęście nerka się przyjęła. Dializy już nie były potrzebne. Ale wciąż biorę leki zapobiegające odrzuceniu przeszczepu, preparaty hormonalne. To wszystko bardzo osłabia odporność organizmu. Człowiek staje się podatny na infekcje. Ale ja staram się dbać o siebie. Przez te wszystkie lata, kiedy żyję z nową nerką, tylko raz miałem gorączkę.

    Jacek Grycewicz najbardziej chwali sobie fakt, że już nie jest niewolnikiem dializatora, że - jak mówi - jest jedynie uzależniony od leków.

    - Mogę pojechać wszędzie, gdzie tylko zechcę, byle bym miał przy sobie swoje lekarstwa - cieszy się.

    W Polsce przestrzega się zasady nieinformowania biorcy o tym, kto był dawcą (i odwrotnie - rodzina dawcy też nie wie, do kogo trafił przeszczep). Ale pan Jacek sobie tylko znanymi sposobami dowiedział się, dzięki komu żyje.

    - Dostałem nerkę ośmioletniej Wioletki, która zmarła w Centrum Zdrowia Dziecka. Ja wtedy miałem szesnaście lat, ale byłem bardzo drobny. Może dlatego tak długo żyję, że ta nerka miała wtedy tylko osiem lat? Ta dziewczynka miałaby dzisiaj trzydzieści - Jacek Grycewicz nie umie ukryć wzruszenia.

    Przecież on żyje

    Ty sępie, hieno cmentarna, morderco! - takie epitety nieraz już słyszał dr hab. Wojciech Łebkowski, neurochirurg z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, członek komisji, która stwierdza śmierć mózgową.

    - Ludzie wykrzykują je pod wpływem wielkich emocji, rozpaczy, żalu. Wiem, że w innych okolicznościach tak by nigdy nie powiedzieli, dlatego nie odbieram tych wyzwisk osobiście - mówi neurochirurg.

    Obecnie za kryterium śmierci człowieka przyjmuje się śmierć mózgu. Zatrzymanie krążenia i oddechu o niczym nie świadczy. Nowoczesny sprzęt pozwala przywrócić te procesy i tym samym uratować pacjenta. Ale ten sam sprzęt pozwala podtrzymywać krążenie i oddech człowieka, u którego stwierdzono śmierć mózgu.

    - Przychodzi matka i widzi syna, wprawdzie jest nieprzytomny, ale oddycha, jest ciepły, skóra ma naturalny, różowy odcień. Czyli żyje - opowiada dr Łebkowski. - Nie chce przyjąć do wiadomości, że zmarł, że oddycha za niego maszyna, że akcja serca też jest sztucznie podtrzymywana.

    Trudne rozmowy

    Lekarz musi poinformować o śmierci, mało tego, musi przekonać, że ta śmierć naprawdę nastąpiła.

    A potem można przejść do tematu, który najczęściej budzi sprzeciw i oburzenie bliskich zmarłego.

    - Teoretycznie moglibyśmy decydować o pobraniu narządów od każdej osoby dorosłej, której nazwisko nie figuruje w rejestrze sprzeciwów - mówi Wojciech Łebkowski. - Jednak tak nie postępujemy. W Polsce przyjęliśmy za normę takie niepisane prawo, aby jednak prosić najbliższą rodzinę o zgodę. Niestety, uzyskujemy ją tylko w około 20 procentach przypadków.

    Wciąż jeszcze do rzadkości należą osoby, w których portfelu można znaleźć podpisane własnoręcznie "Oświadczenie woli". Treść takiego dokumentu nie budzi wątpliwości: "W nadziei ratowania Życia innych wyrażam zgodę na pobranie po śmierci moich tkanek i narządów do przeszczepienia". Wtedy rodzina nie protestuje, traktuje takie pismo jako ostatnią wolę zmarłego, której nie można kwestionować.

    - Niestety, chociaż wielu z nas nie ma nic przeciwko temu, aby po śmierci nasze narządy uratowały komuś życie lub zdrowie, nie rozmawiamy o tym z najbliższymi - twierdzi neurochirurg. - Bo śmierć stała się tematem tabu. Młodzi ludzie o niej nie myślą. Można powiedzieć, że im bardziej zbliżamy się do setki, tym chętniej i swobodniej rozmawiamy o śmierci. Zaczynamy ją traktować jako rzecz naturalną i nieuchronną.

    Nie męczcie go

    To jeden z najczęściej padających argumentów: wymęczył się za życia, dlaczego chcecie go męczyć i po śmierci. Czasami odpowiedź na pytanie, czy rodzina zgodzi się na pobranie narządów, brzmi po prostu: nie, bo nie. Albo że Kościół katolicki zabrania. Nie wszyscy znają nauki Jana Pawła II, który był wielkim orędownikiem transplantologii. Nie czytali Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym znajduje się i taki ustęp: "Oddawanie narządów po śmierci jest czynem szlachetnym i godnym pochwały; należy do niego zachęcać, ponieważ jest przejawem wielkodusznej solidarności".

    - Trudno jest oczekiwać jakichś racjonalnych przesłanek odmowy, bo takich nie ma - uważa dr Łebkowski. - Przypominam sobie młodą kobietę, u której męża komisja stwierdziła już śmierć mózgu. W żadnym wypadku nie chciała się zgodzić na pobranie narządów. Nie będziecie go kroić po śmierci! - krzyknęła. Odpowiedziałem: Ale pani mąż został skierowany na sekcję zwłok, bo istnieje podejrzenie udziału osób trzecich w jego śmierci.

    - Będzie sekcja? A, to pobierajcie - zgodziła się raptem.

    Wojciech Łebkowski nigdy nie zapomni szczególnego przypadku, kiedy nie zgodzili się na pobranie narządów zmarłego jego bliscy; wśród nich był człowiek, który sam od kilku lat żyje dzięki trasplantacji.

    - Chyba tylko dwa razy zdarzyło mi się, że rodzina osoby zmarłej od razu powiedziała, iż jego wolą było oddanie po śmierci narządów. Raz dotyczyło to obywatela jednego z państw skandynawskich, którego żona, Polka, od lat mieszkała za granicą i miała już chyba dzięki temu inne podejście do zagadnienia. Drugi raz to byli rodzice młodej dziewczyny, którzy często rozmawiali z córką o problemach transplantacji i byli pewni, że taka byłaby jej wola - wspomina Wojciech Łebkowski.

    Bardzo trudno jest wyjaśnić zrozpaczonym bliskim, na czym polega śmierć mózgu, dlaczego człowiek, który laikowi może się wydawać żywy, a tylko nieprzytomny, w rzeczywistości nie żyje. Rodzina musi wiedzieć, że niezależnie od tego, czy wyrazi zgodę na pobranie organów do przeszczepu, czy nie, i tak pacjent zostanie odłączony od maszyn, które podtrzymują krążenie i oddech.

    Bo jest niemoralne i bezcelowe wentylowanie zwłok. Lekarze uczą się na specjalnych warsztatach, jak takie rozmowy przeprowadzać; jak opowiedzieć matce, na czym polegać będzie pobranie narządów od jej syna; jak przekonująco wytłumaczyć, że to ciało, które jej się wydaje żywe, już nic nie będzie czuło; jak zapewnić, że operacja przebiegać będzie z całym należnym zmarłemu szacunkiem, że nie ma mowy o profanacji zwłok.

    Mało kto zdaje sobie sprawę, że nasze ciało po śmierci może uratować życie kilku osób. Kilku kolejnym może przywrócić zdrowie.

    Rachunek jest prosty. Nerki ratują życie dwóm osobom. Wątroba może trafić aż do czterech osób, bo najnowsze techniki transplantacyjne pozwalają dzielić ten organ nawet na cztery części. Serce, płuca i trzustka - to kolejne trzy osoby. Po zsumowaniu okaże się, że aż dziewięć osób uzyskuje szansę na nowe życie. A poza tym pobierane są przecież rogówki, więzadła, przeszczepy kostne, zastawki serca.

    W białostockiej klinice przeszczepiane są tylko nerki. W 2006 roku dokonano aż 40 transplantacji - to bardzo dużo. Po dwuletniej zapaści znowu jest nieźle.

    Jeśli chodzi o liczbę pobrań narządów od osób zmarłych, białostocki ośrodek plasuje się w pierwszej dziesiątce w kraju.

    Życie po przeszczepie

    Pacjenci, którzy żyją dzięki transplantacji, wiedzą, jak wielkim darem jest nasza zgoda na pobranie narządów po śmierci.

    - Czasami miałem ochotę poznać rodziców Wioletki, podziękować im - wyznaje Jacek Grycewicz. - Bo ja żyję dzięki ich decyzji, a ich Wioletka w jakiś sposób żyje we mnie. Ale zawsze sam sobie tę chęć wybijałem z głowy. Co bym im powiedział? Jak oni by zareagowali? To bardzo trudne i delikatne sprawy. Dlatego codziennie modlę się za duszyczkę tej dziewczynki.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo