Tokio 2020. Marcin Lewandowski kontuzjowany, musiał przerwać bieg. Piękne słowa polskiego mistrza

Przemysław Franczak
Przemysław Franczak
Marcin Lewandowski w półfinale 1500 m odniósł kontuzję.
Marcin Lewandowski w półfinale 1500 m odniósł kontuzję. Pawel Relikowski / Polska Press
- Nie wiem, na jaką próbę wystawia mnie Bóg, ale jedyne, co mogę zrobić, to wziąć to z pokorą na klatę i czekać na rozwój wydarzeń – mówił Marcin Lewandowski, który z powodu kontuzji łydki musiał zejść z bieżni w trakcie półfinałowego biegu na 1500 m.

Przypadki chodziły po nim w trakcie tokijskich igrzysk. W biegu eliminacyjnym został popchnięty, upadł i już pogodził się z końcem olimpijskiej przygody. Sędziowie uwzględnili jedna protest polskiej ekipy i Lewandowski został włączony do składów półfinałów. Czuł się świetnie, mówił, że jest w życiowej formie, ale w walce o finał przeszkodziła mu kontuzja. Gdy dokuśtykał wreszcie do strefy wywiadów słowa wyrzucał z siebie jak karabin maszynowy. Bardzo mądre słowa. Przeczytajcie.

- Co się stało? Życie! Prawda jest taka, że przyjechałem tutaj z drobnym urazem. Nie chciałem o tym wcześniej mówić, nikt o tym nie wiedział, bo nie jestem osobą, która by chodziła, trąbiła i się usprawiedliwiała przed biegami, że coś jest nie tak. Myślałem, że temat już jest załatwiony i nic nie będzie się działo. Jednak okazało się, że w biegu było inaczej. To znaczy na początku czułem się świetnie. To nie było tak, że to narastało, dopiero na 250 m do mety dwa razy mocny prąd przeszedł mi przez łydkę, czułem to bardzo mocno, mimo kontrolnie wziąłem mocne leki przeciwbólowe. Przykro jest mi najbardziej z tego powodu, że - z całym szacunkiem dla moich rywali - w tym biegu mogłem czytać książkę. Ja po prostu czułem się wyśmienicie, ciągle to podkreślałem, że jestem w życiowej formie. To jest najbardziej przykre z tego wszystkiego.

Ten uraz zaczął się po mityngu w Monako, dlatego też między innymi w eliminacjach biegałem w innych kolcach. Teraz biegłem w tych kosmicznych, rewelacyjne kolce, ale właśnie prawdopodobnie przez nie mógł pojawić się problem z łydką. Chciałem je zostawić dopiero na finał, ale okazało się, że stare są rozwalone. Zaryzykowałem, wziąłem te nowe i zapłaciłem za to bardzo wysoką cenę.

Wierzę bardzo mocno w to, że ten wielki pech będzie moim zbawieniem w przyszłości. Pasterz tylko się uśmiechnął. Czuję oczywiście wielki żal. Przykro mi, bo zasuwałem na to nie dwa, lecz ponad dziesięć lat. Czekałem na ten moment, ale nie udało się. Jednak ciągle to podkreślam, że bieganie to nie jest moje całe życie. Nie będę się załamywał, nie będę płakał, bo są dla mnie rzeczy ważniejsze niż niż bieganie. Oczywiście spełniałem tu swoje marzenia, realizowałem się, ale prawdziwe szczęście czeka na mnie w domu. Zawsze tak podchodziłem do tematu i w tej kwestii nic się nie zmienia. Jeśli ktoś mówi w tym momencie, że to tragedia, to chyba wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, co to jest tragedia. Ludzie naprawdę mają tragiczne sytuacje w swoim życiu, tracą zdrowie, tracą domy, tracą życie, tracą najbliższych. To jest prawdziwe nieszczęście, a nie brak awansu do finału igrzysk olimpijskich.

Co dalej? Nie wiem, nie mam pojęcia, zobaczymy, jaka będzie diagnoza. Nie zamierzałem kończyć teraz sezonu. Przede mną miało być jeszcze parę fajnych startów, skoro czuję taką olbrzymią moc, to fajnie by było to wykorzystać. Jeśli z łydką będzie źle to kończę sezon, nic innego mi nie pozostaje. Plan na przyszły rok jest jest, daję z siebie z 100 procent, jak zwykle.

Igrzyska w Paryżu? Nie ma takiej możliwości. Nie ma tutaj co oszukiwać siebie, kibiców, sponsorów. Na razie chcę skupić się na przyszłym roku, bo to jest dla mnie jeszcze bardzo ważne. Paryż nie będzie dla mnie, ewentualnie w roli działacza, ale też nie sądzę. Czas pomału zbliża się taki, żeby w końcu spędzić czas ze swoimi najbliższymi. To jest dla mnie najważniejsze. Nie uważam się za pechowca. Jestem szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwym ojcem, mężem, przyjacielem. Jako człowiek jestem spełniony i nie ma takiej siły, która byłaby mi w stanie to zabrać.

Po biegu eliminacyjnym mówiłem, że nie chcę mieć w ostatnim biegu na igrzyskach DNF przy nazwisku, ale mówiłem też, że dopóki noga mi nie będzie odpadała, to zawsze ukończę bieg. A dziś właśnie to się stało. Noga mi odpadała.

Mimo tej całej sytuacji, to zeszło ze mnie olbrzymie ciśnienie z każdej strony. Powiedział to też chyba Piotrek Małachowski, że po tym swoim ostatnim rzucie był generalnie szczęśliwy. Zeszło z niego wszystko. Minęło ten cały stres, a dominowało uczucie, że może wrócić w końcu do swoich najbliższych, do swojej rodziny. Oddał ten swój ostatni, najważniejszy rzut i mimo tego, że nie był on wielkim sukcesem, to poczuł się szczęśliwym człowiekiem. Do tego po prostu trzeba dojrzeć. Ja też mam już swoje lata, swoje przerobiłem na bieżni i też do tego dojrzałem. Też kiedyś żyłem tylko sportem i tak naprawdę poświęcałem właśnie moich najbliższych, moją rodzinę. Przez ostatnie trzy lata do tego już podchodziłem całkowicie inaczej. Dzięki temu nie czułem aż tak olbrzymiej presji na sobie. Teraz dopełniłem swoją misję. Mam nadzieję, że jeszcze parę startów przede, a jeśli nie, to nic wielkiego się nie dzieje. Moja rodzina na pewno będzie bardzo szczęśliwa z tego powodu.

SPORTOWY24.PL - rozmowa z Joanną Fiodorow

Wideo

Materiał oryginalny: Tokio 2020. Marcin Lewandowski kontuzjowany, musiał przerwać bieg. Piękne słowa polskiego mistrza - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie