Miałem dużo rzeczy do udowodnienia

Anna Kopeć [email protected]
Marek Tyszkiewicz w białostockim Teatrze Dramatycznym gra od 2006 roku, wcześniej związany był m.in. z supraskim Teatrem Wierszalin.  Monodram "Spragniony" w jego wykonaniu można obejrzeć na małej scenie Teatru Węgierki w najbliższą sobotę i niedzielę o godz. 20 oraz 4 i 5 lutego o godz. 19.
Marek Tyszkiewicz w białostockim Teatrze Dramatycznym gra od 2006 roku, wcześniej związany był m.in. z supraskim Teatrem Wierszalin. Monodram "Spragniony" w jego wykonaniu można obejrzeć na małej scenie Teatru Węgierki w najbliższą sobotę i niedzielę o godz. 20 oraz 4 i 5 lutego o godz. 19. Andrzej Zgiet
- Nie liczę na żadne współczucie, podziw, ani żal czy zrozumienie ze strony tych, którzy to oglądają - mówi Marek Tyszkiewicz, aktor, który występuje w osobliwym monodramie "Spragniony".

"Spragniony" to historia pijącego geja, któremu umiera partner życiowy. Dlaczego wybrał Pan ten tekst na swój monodram?

Od czasu nowej dyrekcji w teatrze mamy okazję poznać mnóstwo dobrej, przede wszystkim współczesnej dramaturgii. Trafiła do mnie książka "Spragniony" Augustena Burroughsa. Tytuł zaintrygował mnie. Po pierwszym przeczytaniu wiedziałem, że bohater nie jest spragniony alkoholu, choć to pierwsze i najprostsze skojarzenie. To człowiek spragniony prawdziwych uczuć. Zafascynowało mnie to. Był taki moment w moim życiu, gdzie było mnóstwo emocjonalnych dziur i wiem, co znaczy głód takiego uczucia. Niby pozwala to normalnie żyć, ale zawsze coś męczy. Nie jest sztuką przeczytać na scenie książkę, trzeba ją też odpowiednio zaadoptować. Agnieszka Korytkowska-Mazur, położyła swoją artystyczną dłoń na mojej głowie i zaproponowała sztab ludzi, który mi w tym pomoże. Dramaturg Dana Łukasińska i scenograf Jacek Malinowski, którzy świetnie wyczuli o co tu chodzi, to była trafiona decyzja.

Dlaczego zależało Panu, żeby tę historię przedstawić?

W ogóle mi nie zależało. To było ogromne wyzwanie. W trakcie pracy, która trwała ponad pół roku, kilka razy nawet stchórzyłem. Chciałem się wycofać. Pierwszy palec boży, bo w takie znaki wierzę, to była propozycja roli Horodniczego w "Rewizorze". To się wiązało z przesunięciem premiery "Spragnionego". Od razu się na to zgodziłem. Im dalej wchodziłem w pracę nad tym przedstawieniem, tym mniej chciałem je zrobić. Okazało się, że są tu tysiące problemów. Że po raz pierwszy w życiu mam do czynienia z tekstem, który jest tak bliski mnie samemu. Jest podobny w wielu miejscach do mojego prywatnego życia. Zastanawiałem się, czy jest to interesujące, a z drugiej strony, jak wybrnąć z tego, żeby jednak nie pokazywać prywatnego życia na scenie. I udało się przeskoczyć tę barierę. Przy takim przedsięwzięciu, w slangu teatralnym mówi się, że reżyser obsadza po warunkach. Pod uwagę bierze temperament, wygląd i umiejętności. Przy "Spragnionym" nie było wątpliwości, kto ma w tym zagrać. Zastanawiałem się, czy przy takim tekście jeszcze jest miejsce na kreację aktorską. Gdyby jej nie było, całość nie byłaby ciekawa. Wtedy byłby film dokumentalny, a nie teatr.

To, co jest w książce, nie zostało pokazane w całości na scenie?

W ogóle nie. Adaptacja jest ważna. Terapia antyalkoholowa w tekście została przedstawiona po amerykańsku, na scenie zostało to fajnie spolszczone, na czym bardzo mi zależało. Nie tylko w nawiązaniu do powstania warszawskiego. Komentarze np. na temat polskiej służby zdrowia, okazały się bardzo trafne. Ta kreacja to trudne zadanie i czasem mnie to zniechęcało. Nie zależało i dalej mi nie zależy na tym, by w teatrze mówić o sobie. Mam ciekawe życie, ale nie na tyle, żeby się nim chwalić. I to była największa trudność. Przed samą premierą okazało się, że zupełnie ta rola nie przystaje do mojego charakteru. Że to zupełnie inny facet. Nie wiem, na ile jest to ponad moją osobowością, ale znalazłem minimalnie kilkanaście centymetrów, żeby jednak te dwie osoby się nie stykały. Równolegle, może nawet po tej samej trasie, możemy przez te perypetie przejść. To największy sekret tego tworzenia, bo do momentu kiedy za mocno kojarzyło się to ze mną, ciągle mi się to nie podobało.

Po co wystawił Pan tę sztukę?

Żeby wyłożyć karty na stół. Miałem bardzo dużo rzeczy do udowodnienia. Zawodowo udało mi się to wcześniej w "Rewizorze". Chciałem pokazać, że jeszcze coś umiem. Myślałam, że to pójście na łatwiznę, bo znam uczucia, które towarzyszą głównemu bohaterowi Albertowi. A potem się okazało, że to bardzo trudne zadanie i wręcz uniemożliwia pracę.

Nie wynikało to z potrzeby uzewnętrznienia się przed publicznością?

Na pewno nie. Nie tędy droga. Nie liczę na żadne współczucie, podziw, ani żal czy zrozumienie ze strony tych, którzy to oglądają. To czego potrzebowałem, by wyjść z własnych problemów związanych ze stratą żony, z alkoholem, którego za dużo w moim życiu się pojawiło, mam nadzieję że jest już za mną i że doszedłem do tego inną, własną drogą.

Pytanie, ile w historii Alberta jest doświadczeń Marka Tyszkiewicza jest bez sensu.

Dokładnie. Bo to nie jest moja historia. Po to jestem aktorem. Inaczej, ktoś mógłby mi towarzyszyć z kamerą przez ostatnie dwa lata - od czasu, kiedy postanowiłem odstawić alkohol do momentu tej rozmowy. Wtedy można by było mówić, że "Spragniony" to spektakl o Marku Tyszkiewiczu.

Publicznie przyznaje się Pan do problemu, który dla większości jest wstydliwy.

Dla tych, którzy nie chcą się do niego przyznać jest to problem wstydliwy. Bolący jest dla tych, którzy go mają i nie potrafią sobie z nim poradzić. Oczywiste jest to dla ludzi, którzy sobie z tym radzą. I to jest sens, aby mówić o tym głośno.

"Spragniony" to forma terapii dla Pana?

Niebezpiecznie jest mówić, że sobie z tym radzę. Bo samozadowolenie może doprowadzić do upadku. Dlatego nie chcę strugać kogoś, kto już wszystko wie, ma to za sobą i może spokojnie i pięknie o tym mówić. Nie jest moim celem wypowiadać się o tym jako ekspert, bo to znam. To nie jest moja droga. W "Spragnionym" jest mnóstwo rożnych problemów. Nie tylko alkoholizm, ale i pedofilia, i homoseksualizm, i wyścig szczurów. Mimo to jestem zadowolony, że przez większość przestawienia na scenie jest śmiesznie. Lubię kiedy widz w teatrze myśli. Bardzo to szanuję. Daję mu taką możliwość - niech w trakcie przedstawienia analizuje co chce.

Co Panu dał ten spektakl?

Pewność siebie. Dużą pewność siebie i wiarę. Od ponad 20 lat jestem aktorem. Bywają takie momenty, że człowiek sunie, jak po maśle i wierzy, że wszystko idzie tak, jak trzeba. A bywają też sytuacje, gdzie trzeba się sprawdzić. W "Spragnionym" - tak sam dla siebie - sprawdziłem się, upewniłem co mogę, czego nie potrafię, co mi wychodzi.

Tylko dlaczego wybrał Pan tak trudną sztukę?

Przy prostym tekście, sprawdzian byłby banalnie łatwy.

Czytaj e-wydanie »

Oferty pracy z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie