Jerzy Kiszkiel: Sześciolatki w przedszkolach stracą

Z Jerzym Kiszkielem rozmawia Marta Gawina
Jerzy Kiszkiel, podlaski kurator oświaty
Jerzy Kiszkiel, podlaski kurator oświaty
Był taki czas, gdy samorządy likwidowały wiele szkół. Teraz jest inaczej.

Obserwator: O zmianach w polskiej oświacie dyskutujemy już od wielu miesięcy. Znamy poszczególne pomysły, które mają wejść w życie od września. Ale ciągle brakuje najważniejszego. Ustawy z konkretami. Czy nie jest już za późno na wprowadzenie zmian?

Jerzy Kiszkiel, podlaski kurator oświaty: Istnieje już pewien kalendarz zmian, który można na ten moment przewidzieć. Właśnie mamy w Sejmie drugie czytanie projektu ustawy oświatowej. W następnym tygodniu ma się nim zająć Senat i jeśli te prace pójdą zgodnie z planem, pan prezydent będzie miał 21 dni na podjęcie decyzji. Myślę, że poznamy ją około 20 lutego. I nie jest jeszcze za późno, żeby się przygotować do proponowanych zmian. Chociaż oczywiście im wcześniej znalibyśmy ustawę, tym lepiej. To nie ulega wątpliwości. Niepokoją się zwłaszcza samorządy, bo wciąż nie ma pewności, w jakim kształcie zmiany zostaną wprowadzone w życie. Ale ciągle jest na to jeszcze czas.

O tym, że trzeba zmienić polską oświatę, mówi się od dawna. Bo teraz materiał gimnazjalny dubluje się z licealnym, nauka często jest nieefektywna, a uczniowie mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Czy zmiany proponowane przez ministerstwo edukacji faktycznie naprawią polskie szkolnictwo?

- Gwarancji oczywiście nie ma, ale jest szansa, by efekty kształcenia były lepsze. One faktycznie są teraz nie do końca zadowalające. Tak wynika z opinii uczelni wyższych czy nauczycieli szkół ponadgimnazjalnych, którzy nie są zadowoleni z absolwentów gimnazjów. Wyniki rozmaitych sprawdzianów wprawdzie są coraz lepsze, ale to wciąż za mało. Najważniejsze jest chyba jednak to, że bardzo szybko zmienia się nasza rzeczywistość, i społeczna, i ekonomiczna. Za tym powinny nadążać zmiany co do treści metod kształcenia. Na przykład podstawa programowa, która wchodzi w życie od września 2009 roku, zastąpi tę, która była pisana, gdy zerówki nie były jeszcze obowiązkowe. Choćby z tego względu potrzebne są zmiany.

A te zmiany mówią m.in. że pięciolatek ma się znać na architekturze, rzeźbie, malarstwie, zieleni. Dla wielu są to wymogi akademickie.

- Są różne opinie na ten temat. Jedni się niepokoją, inni nie widzą problemu. Trzeba pamiętać, że ta podstawa jest napisana tak, by była przede wszystkim zrozumiana przez nauczycieli. Poza tym ministerstwo edukacji już zapowiedziało, że pojawi się metodyczny komentarz, który ułatwi nauczycielom pracę z nową podstawą programową. Ta jest po prostu napisana innym językiem niż jeszcze obowiązująca. Jest to język wymagań, a nie treści, które mają być nauczane. Bo nauczyciele będą rozliczani z efektów kształcenia. Za to dostają sporą autonomię co do wyboru podręczników, metod i programów nauczania.

Ale czy do efektywnej nauki naszych dzieci naprawdę potrzebne jest obniżenie wieku szkolnego? Bo nie brakuje opinii, że tu zdecydowała ekonomia. Młodzi ludzie szybciej skończą edukację, szybciej pójdą do pracy i będą pracować na nasze emerytury.

- Ten zarzut jest brutalny, bo intencje rządu opisuje w niesympatyczny i nieprawdziwy sposób. Świat idzie do przodu, zmienia się rzeczywistość i możliwości ludzi, zwłaszcza dzieci. To są inni ludzie niż dzisiejsi dorośli. To też trzeba zauważyć. I te zmiany zdecydowały o obniżeniu wieku szkolnego. W większości krajów Unii sześciolatki od dawna chodzą do szkoły. Bo tu już wiele lat temu zauważono, że dzieci wcześniej dojrzewają emocjonalnie i intelektualnie. Poza tym w systemie, który mamy teraz, to data urodzenia decydowała, w jakim tempie będzie się dziecko kształciło. Rodzic mógł posyłać dziecko wcześniej do szkoły, ale wiązało się to z uzyskaniem zaświadczenia z poradni psychologicznej, zgodą dyrektora szkoły. Brakowało zachęty, by rodzice przyjrzeli się rozwojowi swoich dzieci. Teraz tak będzie.

Ale tylko przez trzy lata to rodzice będą decydować, czy posłać dziecko do pierwszej klasy, czy zostawić w przedszkolu. Potem szkoła dla sześciolatka ma być obowiązkiem.

- Faktycznie przez najbliższe trzy lata decyzja jest w rękach rodziców. Od września 2012 roku sześciolatki obowiązkowo pójdą do szkoły. Ten czas przejściowy jest jednym potrzebny, szczególnie tym, którzy twierdzą, że szkoły nie są przygotowane. Ale pojawiają się też głosy, że to jest za długi okres. Jeżeli uznajemy, że obniżenie obowiązku szkolnego jest potrzebne, to powinniśmy to zrobić od 2009 roku bądź tylko z rocznym okresem przejściowym.

Nieprzygotowane szkoły to jeden z głównych argumentów przeciwko obniżeniu wieku szkolnego. MEN wprawdzie obiecuje, że da pieniądze szkołom. W sumie ok. 350 milionów. Ale czy to wystarczy? Czy można w molochach zapewnić dzieciom kameralność, jaką mają teraz w przedszkolach?

- Te pieniądze, które rząd zapowiada, zostaną przekazane samorządom. A będą zależeć od ilości dzieci urodzonych od 1 stycznia do 30 kwietnia 2003 roku. Ale to tylko pierwsza transza tych środków. Druga ma zależeć od faktycznej liczby sześciolatków zapisanych do szkół. To będzie ok. dwóch tysięcy zł na dziecko. To nie koniec. Szkoły dostaną też ponad trzy tysiące zł na dziecko w ramach dodatkowych zajęć świetlicowych dla pierwszoklasistów. Czwarta transza środków zostanie przekazana na doposażenie szkoły, ewentualnie na dzieci zgłoszone do szkoły albourodzone po 30 kwietnia 2003 roku. A jeżeli chodzi o kameralność, szkoły będą namawiane, by tworzyć osobne świetlice dla sześciolatków. Ale to będzie zależeć od warunków w danej placówce.

Wiele sześciolatków na pewno zostanie w przedszkolach. Tu pojawia się kolejny problem. W nowej podstawie programowej przedszkoli nie ma o nich ani słowa. Do tej pory uczyły się w zerówce pisania i czytania. Co będzie do 2012 roku?

- Ta podstawa nie będzie różnicowała pięciolatków i sześciolatków. Więc w przedszkolu nie będzie już nauki pisania, czytania. Te umiejętności będą w pierwszej klasie. Można więc ocenić, że dzieci, które zostaną w przedszkolach, stracą. I my o tym poinformujemy rodziców.

MEN zajęło się też starszymi dziećmi. Uczniowie szkół ponadgimnazjalnych tylko w pierwszej klasie mają mieć przedmioty ogólne. Potem będą wybierać bloki przedmiotowe, na przykład humanistyczny. Czy to nie za wcześnie na podejmowanie tak poważnych decyzji?

- Przede wszystkim chodzi o to, by nie powtarzać materiału z gimnazjum w szkole ponadgimnazjalnej. Zwracam też uwagę, że dzięki tym zmianom uczniowie liceów ogólnokształcących, profilowanych i szkół zawodowych będą w I klasie uczyli się tego samego. To wyrówna ich szanse edukacyjne. Moim zdaniem, decyzję o kształceniu specjalistycznym możemy porównać do decyzji, którą teraz podejmują absolwenci gimnazjów, wybierając dany profil. Praktyka ostatnich lat pokazuje, że około 90 procent uczniów wybiera na maturę te przedmioty, które ma rozszerzone. Poza tym nic nie stoi na przeszkodzie, by w maju młody człowiek zdawał przedmiot, który zechce. W dodatku w I klasie nowej szkoły ponadgimnazjalnej, czyli w 2012 roku, uczeń będzie mógł zmienić szkołę. A że nie ma różnic programowych, nie będzie musiał zdawać żadnych egzaminów.

Czy jednak profilowane bloki nie spowodują zwolnień nauczycieli?

- Wydaje mi się, że nie, ale trzeba dokładnie policzyć godziny. Nie mamy jeszcze rozporządzenia o ramowych planach nauczania. Ono się wkrótce ukaże. Oczywiście pojawiały się obawy co do zwolnień, ale ministerstwo zapewnia, że zostaną rozwiane wraz z ramowym planem godzin.

Czy za zmianami w oświacie pójdą wyższe pensje dla nauczycieli?

- Karta Nauczyciela, która w tym roku wchodzi w życie, zapewnia znaczące podniesienie pensji w porównaniu z tym, co było w ubiegłych latach. Od stycznia to 5 procent, kolejne pięć od września i to od tej większej kwoty. I ten mechanizm jest przewidziany na kolejne lata.

Ale wyższe pensje to jedno. Związki zawodowe zwracają też uwagę na możliwą prywatyzację szkół. Bo gminy będą mogły przekazywać placówki osobom fizycznym i prawnym. I może dojść do płatnej nauki.

- Nie ma takiego zagrożenia. Ale obawiam się, że hasło rzekomej prywatyzacji szkół, które teraz głoszą związki zawodowe i opozycja, będzie też podniesione przez pana prezydenta. Może to być pretekst do niepodpisania ustawy oświatowej. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie. Bo ten zapis mówi że samorząd może przekazać szkołę osobie prawnej lub fizycznej przy zachowaniu statusu szkoły publicznej i bezpłatnej. Podmiot, który przejmie szkołę, nie może jej zlikwidować. Jeżeli zechce się wycofać, musi ją zwrócić samorządowi.

Za to likwidacja szkół będzie łatwiejsza. Bo samorządom nie będzie już potrzebna opinia kuratora.

- Był taki czas, gdy samorządy likwidowały wiele szkół. Teraz jest inaczej. W tym roku mam zaledwie kilka wniosków od gmin, które chcą zamknąć szkoły. Nie obserwuję takich zapędów samorządów. Poza tym nie zawsze szkoła blisko znaczy szkoła lepsza. Czasem wystarczy dojazd 10-15 minutowy, by efekty uczenia były większe. Jest jeszcze jedna sprawa. Samorządy rzadko chcą działać wbrew woli mieszkańców. Bo tu też chodzi o głosy wyborców.

Dziękuję za rozmowę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie