Grażyna Hase: Zsunęła się ze mnie źle podwiązana halka

Maryla Pawlak-Żalikowska [email protected]
Grażyna Hase pierwszy swój pokaz przygotowała w roku 1967. I nadal projektuje. Dwa lata temu odwiedziła Białystok na Fashion Week.
Grażyna Hase pierwszy swój pokaz przygotowała w roku 1967. I nadal projektuje. Dwa lata temu odwiedziła Białystok na Fashion Week. Wojciech Wojtkielewicz
Na własne życzenie wszystko likwidowaliśmy. My, całe społeczeństwo - mówi o białostockich Fastach Grażyna Hase, była modelka, legendarna polska projektantka. - Bo woleliśmy nawet byle jakie zachodnie podróbki od świetnych gatunkowo polskich rzeczy. Nasze fabryki się zamykało. A potem trudno to już było odwrócić.

Obejrzałam film "Yves Saint Laurent". I zastanowiło mnie, czy jako młoda osoba, która w roku 1959 po raz pierwszy wyszła na wybieg , a potem zajęła się projektowaniem, słyszała pani w ogóle o takich karierach, jak jego czy Diora? Zwłaszcza biorąc pod uwagę ówczesne ograniczenia informacyjne czy wyjazdowe? Byli u nas inspiracją?

- Przecieki na ten temat były w Polskich Kronikach Filmowych emitowanych przed seansami w kinach, czasem w telewizji. A telewizor już miałam - kupiłam do domu za własne pieniądze, bo jako modelka zaczęłam zarabiać więcej niż mój ojciec pracujący na wysokim stanowisku. Można też było prenumerować żurnale mody z Elle na czele, które dochodziły co któryś numer, bo były nagminnie kradzione. A w Polsce były też przecież domy mody, jak np. Moda Polska, Telimena czy Centralne Biuro Wzornictwa oraz pracownie wzornicze w fabrykach. Ale najczęściej wyjeżdżała Jadwiga Grabowska - szefowa Mody Polskiej, firmy umocowanej przy ministerstwie handlu wewnętrznego i ubierającej m.in. nasze wyższe sfery rządowe. Pani Grabowska, zwana była w świecie polską Coco Chanel.

Była bardzo tam szanowana, bardziej niż w Polsce, gdzie szanowano i szanuje się bardziej modelki niż ludzi pracy twórczej. Oglądała różne kolekcje, w tym kolekcje ISL czy Diora i po powrocie do Polski, mając w Modzie Polskiej dużą wzorcownię i dobry zespół modelek, przygotowywała nową kolekcję. MP miała w roku trzy, cztery pokazy, na które z całej Polski zjeżdżali projektanci i pracownicy różnych firm i podglądali.

Nośnikiem takich nowinek było także pismo Przekrój, gdzie modą zajmowała się Barbara Hoff, która też przez swoje źródła tropiła zachodnie nowinki. Takimi nowinkami, choć nieco spóźnionymi, były też paczki przysyłane z zagranicy "dla biednej Polski".

Ale przede wszystkim było dużo polskich firm tworzących modę, bo przecież inspiracją dla polskich projektantów nie musiał być ISL. Sami potrafili być wspaniale kreatywni. Są zresztą inspiracje, które jakby same przychodzą: jeżeli w jednym sezonie jest krótko, to w kolejnym spódnice się wydłużą, żeby nie było nudno. Jeśli w jednym roku spodnie lansowane są wąskie, to za jakiś czas będą szerokie. Tak jest np. w tej chwili: dziewczyny jeszcze biegają w obcisłych jak leginsy rurkach, a w kolekcjach już są spodnie bardzo obszerne.

A jako młodej projektantce nie było pani żal, że nie ma takich możliwości rozwoju jak właśnie ISL, który w wieku 26 lat miał już dom mody sygnowany własnym nazwiskiem? Dostęp do wszelkich możliwych tkanin i szeroki krąg odbiorców?

- Pewnie, że żyłam w całkiem innym świecie. ISL jako nastolatek przez 10 lat rysował u Diora. Projekty miał świetne, ale nie miał nazwiska. Śmiechem żartem miał szczęście, że pan Dior zmarł i mógł jako jego główny projektant pracować na swój znak firmowy. A potem jego wielka miłość - Pierre Bergé, ekonomista zajął się jego karierą.

Bo za sztandarowymi domami mody stoją przecież wielkie pieniądze, a utalentowany projektant może się skupić na tworzeniu, dać swoje nazwisko i pracę. Ja tego nigdy nie miałam.

Gdy założyłam własną działalność w roku 1980, musiałam dbać o zakupy, sprzedaż, faktury, wypłatę pensji. Teraz to się zmienia, ale mi się już nie chce wchodzić w taki biznes i uczyć ludzi, żeby ich praca przynosiła zyski. Bo utrzymywać przecież w biznesie nikogo się nie chce. Jeśli nawet, to z zupełnie innych powodów, a nie o tym mówimy...

W pani życiu zawodowym ważnymi rekwizytami były "upadła" halka i futrzane rosyjskie czapki, prawda?

- Faktycznie. Na pierwszym pokazie, w jakim brałam udział jako modelka, w Budapeszcie, zsunęła się ze mnie nylonowa, źle podwiązana halka i oplątała mi stopy na wybiegu mającym ze 150 metrów. Stało się to na wysokości dyrygenta przygrywającego nam big-bandu, więc to jemu rzuciłam tę halkę. Sukienka straciła fason baby doll i wiotko spłynęła wokół mnie. Dyrygent po chwili odrzucił mi halkę pięknym gestem, i wszyscy myśleli, że to taki zaplanowany gag. Ja byłam przerażona, a tymczasem incydent ten zapracował na moją bardzo dobrą opinię jako modelki.

Czyli w tej pracy nie tylko ważna jest uroda i figura, ale i umiejętność zachowania scenicznego?

- Tak. Zdarzyło mi się też spaść z wybiegu pod nogi pani Grabowskiej. To było na targach w Poznaniu. Byłam na etacie jako modelka w Modzie Polskiej i nie wolno mi było chodzić dla kogoś innego. A angażowali mnie wszyscy, bo - dziś mogę to śmiało powiedzieć - nie było drugiej tak wspaniałej modelki młodzieżowej. No więc szłam. Wybiegiem były stoły, na które narzucono wykładzinę. Po pokazie ją ściągano, a stoły zastawiano, był bankiet i wszyscy się bawili. Świetne czasy.... Idę więc i widzę, że na widowni jest pani Grabowska i ona też mnie widzi. I nie jest zadowolona z tego widoku. I z wrażenia nie zauważyłam końca wybiegu. Nie wiem, jak z powrotem na niego wskoczyłam. No ale młoda byłam.

A futrzane rosyjskie czapki zainspirowały panią do stworzenia pierwszej własnej kolekcji?

- Przez trzy tygodnie pracowałyśmy jako modelki w Moskwie. Miałyśmy dużo rubli. Koleżanki kupowały złoto, a mi się jego "design" nie podobał i kupiłam w komisach oryginalne czapki: kozacką, komisarza ludowego itp. Gdy wróciłam do domu to żartowałam, że muszę sobie do tego szynel uszyć. Na serwetkach narysowałam projekty i poszłam z nimi do dyrektora Zakładów Przemysłu Odzieżowego Cora, gdzie byłam modelką. I spytałam, czy mogłabym, gdy będą robić akademię "ku czci" z okazji 50-lecia Rewolucji Październikowej, pokazać stroje według swoich pomysłów inspirowane właśnie Rosją. I powstały modele np. Patiomkin, Budionny, Anna Karenina i carewna w złotych botkach. Ja wystąpiłam w mini, w stroju inspirowanym postacią Lenina, co zostało uwiecznione na bardzo potem słynnym zdjęciu.

Zrobiłam to w trzy tygodnie jako studentka pierwszego roku ASP. I po raz pierwszy, ale nie ostatni, byłam modelką na pokazie własnej kolekcji.

Słyszy się opinie, że w tamtych czasach człowiek chcący się oryginalnie ubrać był sekowany?

- Bywało tak, ale dziś też przecież się zdarza, że idą zdewociałe kobiety i wymyślają dziewczynom: Jak wyglądasz? Jaki masz dekolt? Taka jest obyczajowość i brak tolerancji.

Pani jeden z nauczycieli włożył głowę pod wodę?

- Z perspektywy czasu, to ja mu się nawet nie dziwię. W średniej szkole pojawiła się fascynacja Jimim Hendriksem, który miał taką wielką głowę przez burzę skręconych włosów. Byłam na tyle mądrą dziewczynką, że chcąc mieć taką samą fryzurę nie spaliłam sobie włosów jakąś trwałą ondulacją, tylko nakręciłam je na papiloty z gazety. Nauczyciel przysposobienia wojskowego nie wytrzymał, wyprostował mi to na mokro pod kranem. Z kolei na studniówce trzeba było być w białej bluzce i granatowej spódnicy. Byłam. Tyle, że w bluzce - zgodnie z trendem, jaki wytropiłam - wyprułam rękawy i miałam odsłonięte ręce. Musiałam wyjść, bo... demoralizowałam kolegów.

Innego rodzaju bzdury były, gdy wiele lat później robiliśmy z mężem Wowo Bielickim program w telewizji pt. Muzyka i Moda. Gdy tylko wchodził Czesiek Niemen, redaktor prowadzący szalał i kazał mu spinać włosy. Jak się Czesław upierał, że nie, musiał schodzić z anteny. Zaczęliśmy więc puszczać go pierwszego, żeby nie można go już było zatrzymać. Albo zamiast prezentować planszę z napisem Wowo Bielicki, upierali się, że to ma być Włodzimierz Bielicki. A na męża zawsze mówiło się Wowo. No więc tę naszą planszę z Wowo zawsze wrzucaliśmy w ostatniej chwili, żeby nie zdążyli jej wycofać.

W swojej pracy była pani przez lata związana z Białymstokiem. Tutejsze Zakłady Przemysłu Bawełnianego Fasty były wtedy potęgą branży włókienniczej.

- Zawsze używałam polskich tkanin. Czystej bawełny, jedwabiu, wiskozy. Z Fast, Wasilkowa, z zakładów Sierżana. I dalej z Bielska Białej, Kent.

To były przepiękne wełny, a dziś nawet budynków po tych fabrykach nie ma. Na własne życzenie wszystko likwidowaliśmy. My, całe społeczeństwo. Bo woleliśmy nawet byle jakie zachodnie podróbki zamiast świetnych gatunkowo polskich rzeczy. Nasze fabryki się zamykało. A w pierwszej z brzegu hurtowni doszywało się do ubrań np. metki Kloe, zamiast Cloe (na wzór marki Karla Lagerfelda) i to szło między ludzi. I tak zniszczono wszystko. I co z tego, że potem prowadzono te interesy już zgodnie z prawem. Co się stało, to się stało.

Na wystawie w Galerii Sleńdzińskich widać, że miała pani dużą słabość do kratki jako wzoru na tkaninie?

- Kiedyś w Poznaniu nadano mi nawet przydomek szkocka dama. Projektowałam ten wzór na wełnach, powtarzałam go potem na jedwabiach z Milanówka.

I widać też po tej wystawie, jak ulubioną pani modelką była Małgorzata Niemen.

- Był okres, gdy Małgosia prezentowała wszystkie moje kolekcje. Była twarzą polskiej mody. To najlepsza modelka, jaka kiedykolwiek była. Miała doskonały kontakt z widzami. Jak szła, było widać, że robi to dla tych, którzy na nią patrzą. Nie wiem, czy są teraz takie modelki.

Czytaj e-wydanie »

Ranking polskich influencerów. Są zaskoczenia

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie