https://poranny.pl
reklama

Był sobie „Ritz”... Historyk Andrzej Lechowski opowiada w nowej książce o białostockim hotelu-legendzie

Andrzej Kłopotowski
Andrzej Lechowski w swojej najnowszej książce zabiera nas do hotelu "Ritz"
Andrzej Lechowski w swojej najnowszej książce zabiera nas do hotelu "Ritz" fot. fot. Wojciech Wojtkielewicz
– Trwanie legendy jest o wiele ciekawsze niż jej urzeczywistnianie. Legendy mają to do siebie, że pobudzają wyobraźnię. Natomiast nie powinny pobudzać do czynów. Co by było, gdyby teraz nagle zaczęto budować tego „Ritza” na środku miasta? – pyta Andrzej Lechowski, autor książki „Hotel Ritz”, która właśnie ujrzała światło dzienne

„Ritz”… Już sama nazwa brzmi tak prestiżowo!

Andrzej Lechowski, historyk, autor książki o hotelu „Ritz”: Marka jest zacna. Nawet Maria Dąbrowska w latach 20. napisała, że to ten sam „Ritz” co w Paryżu, w Londynie. A to był tylko blichtr. Szyld. To wcale nie był ten sam „Ritz”. Wiało Europą, ale troszkę po białostocku. Nie była to firma Cesara Ritza – szwajcarskiego hotelarza, założyciela hoteli „Ritz”. Czytając życiorys Dymitra Rubinsztejna – twórcy białostockiego hotelu, któremu wszystkie zachcianki przychodziły bardzo łatwo – podejrzewam, że nie miał specjalnych oporów handlowych ani mentalnych. Może dał w łapę? Może przyszedł z rosyjską ruletką? (śmiech) Nie wiem. Na pewno jednak białostocki hotel to nie był koncesjonowany, sieciowy „Ritz”.

quiz

Jak dobrze znasz gwarę swojego regionu? Cz. 3

1/14

"Pokaż mnie tę batarejkę" oznacza "Pokaż mi tę..."


Mimo wszystko dobrze to brzmiało: Mamy w Białymstoku hotel „Ritz”!

Białostoczanom to w ogóle nie przeszkadzało. Wystarczył szyld „Ritz” i było światowo. Nikt tam nie był, ale wielkim światem zalatywało.

Można zażartować, że lepszy „Ritz” niż nic (śmiech).

Potem żartowano: był „Ritz” nie ma nic (śmiech). Hotel na pewno wyróżniał się nazwą. Chociaż z nazwami lokali czy hoteli w międzywojennym Białymstoku nie było źle. Były „Bristol”, „Europejski”, „Palace”, „Akwarium”, były cafe-kluby. W nazwach byliśmy bardzo światowi. Gdyby „Ritz” nazywał się hotel „Podlaski”, byłaby kompletna paździerz.

Przyczyna powstania była prozaiczna. Miasto fabrykanckie potrzebowało takiego miejsca.

Geopolityka działała na rzecz Białegostoku. Pierwsza rzecz – miasto było świetnie połączone liniami kolejowymi, które w owym czasie były nerwem całej Europy.

W jedną stronę Warszawa, w drugą Moskwa i Petersburg.

A jak Warszawa, to cała Europa. Była więc kolej. Druga rzecz – było to ostatnie przed kordonem, przed Królestwem, duże miasto w imperium rosyjskim. Białystok miał już w miarę rozwiniętą sieć banków – działały banki petersburskie, tulskie, ryskie. Można było zawierać transakcje bankowe, natomiast nie było porządnego hotelu. I ten Rubinsztejn wymyślił tego „Ritza”. Dziś byśmy powiedzieli o nim, że był globalnym finansistą, załatwiaczem i inicjatorem. Ciągnęła się jednak za nim niespecjalnie dobra opinia – mówiono, że był zausznikiem Rasputina, potem Zacharowa, sam też był skłonny do malwersacji.

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych

„Ritz” jednak powstaje.

Hotel został zbudowany momentalnie. Uruchomiono go w grudniu 1913 roku. Ledwo jednak chwilę pofunkcjonował, a już stracił całe swoje uzasadnienie. W 1914 r. wybuchła bowiem wojna i żadnych kontaktów kupieckich Rosji z Europą nie było. Właściwie o tej legendzie „Ritza” zaczynamy mówić po odzyskaniu przez Białystok niepodległości. To jest fenomen. W okresie carskim i okupacji niemieckiej białostoczanie niekoniecznie mieli wstęp do „Ritza”. Podobnie było od września 1939 roku. Zostaje okres 20 lat – od 1919 do 1939 roku. To niedługi czas, ale mimo tego powstała cała legenda „Ritza”, tęsknota za „Ritzem”. To mentalna tęsknota za wielkim światem, za dorównywaniem do Warszawy, a jak Dąbrowska napisała, że to ten sam „Ritz” co w Paryżu i Londynie, to już w ogóle jesteśmy ugotowani w masełku.

Białostoicki "RItz". Zostały po nim archiwalne fotografie i historie, które zebrał w książce Andrzej Lechowski
Białostoicki "RItz". Zostały po nim archiwalne fotografie i historie, które zebrał w książce Andrzej Lechowski
fot. Wojciech Wojtkielewicz

Jaki to był czas dla „Ritza”?

Właściwie wszystko idzie dwutorowo. Jeżeli weźmiemy otoczką kulturową, to mamy całą feerię wspaniałości. Natomiast jeżeli popatrzymy jak „Ritz” funkcjonował, mamy ciągłe balansowanie. Raz jest wypłacalny, raz niewypłacalny. Bez przerwy następują zmiany – a to zarządów, a to właścicieli, a to dzierżawców. Gdyby to był świetny interes, nikt by tego tak często nie zmieniał. W „Ritzu” bez przerwy w środku były jakieś remonty. Wiecznie popsuta była winda, która na początku była powiewem prawie że Ameryki. Ta legenda co raz się przełamuje. Niby jest dobrze, ale nie jest. Gdy któraś spółka postanowiła tego „Ritza” sprzedać rządowi, by Ministerstwo Skarbu urządziło w budynku urzędy skarbowe, zrobiło się „halo”. Z interwencjami pojechał nawet przewodniczący rady miejskiej Feliks Filipowicz – rada podjęła uchwałę, żeby ratować „Ritza”. Nie wyobrażano sobie, że w Białymstoku nie będzie „Ritza”. Ten „Ritz” – jeżeli mówimy o warstwie kulturowej – zdecydowanie odróżniał się od reszty restauracji. My mówimy „Ritz”, a tam były dwa podmioty: hotel i restauracja. Białostoczanie korzystali z restauracji, klubu, cukierni. Programy rozrywkowe zapewniał POLZAWID, czyli Polski Związek Artystów Widowiskowych. Kontrakty z nim miały podpisane tylko „Ritz”, „Akwarium” i bodaj kino „Modern”. W „Ritzu” praktycznie ciągle były w miarę atrakcyjne programy. To znowu nobilitowało białostoczan, że słuchają tych samych dowcipów i piosenek, że oglądają te same gwiazdy i gwiazdeczki co Warszawa, Kraków, Częstochowa, Katowice, Bydgoszcz itd. Drugą nobilitującą „Ritza” i Białystok kwestią był hotel. Kiedy ludzie, którzy trzymali pewien poziom i standard, musieli się zatrzymać w Białymstoku, wybierali tylko hotel „Ritz”. Zapewniał on w miarę porządny – na poziomie średniej krajowej – standard noclegu. W miarę dobra była też restauracja. No i wszędzie było z „Ritza” blisko. Spróbowałem nawet zrekonstruować listę gości...

Może nie zdradzajmy wszystkiego. Niech pewne sekrety odkryją sami czytelnicy. Rozmawiamy przecież przy okazji premiery pana książki „Hotel Ritz”. Skąd w ogóle pomysł na tę książkę?

Z tym pomysłem nosiłem się bardzo długo. Zaczynałem tę książkę, odkładałem, zarzucałem. To trwało kilka lat. Dlaczego się wziąłem za ten temat? Wszyscy niby wiedzą, że w „Ritzu” było elegancko, byli jacyś goście, natomiast nie byliśmy w stanie powiedzieć nic poza sferą ogólników. Nie pojawiło się dotąd żadne całościowe ujęcie historii budynku, wszystkich podmiotów. Budowaliśmy ciągle legendę na marnych przesłankach…

Nie boi się pan, że tę legendę podważy?

Nie. Na temat „Ritza” krążą różne bajdury. Na przykład jak to Mikołaj Kawelin wjechał do restauracji na koniu i zamówił sobie kieliszek, a koniowi – wiadro szampana. To nawiązanie do równie nieprawdziwej historii jak Bolesław Wieniawa-Długoszowski wjechał na koniu do „Adrii”. Nigdy czegoś podobnego Wieniawa-Długoszowski nie zrobił, chociaż mógł. Kawelin też nigdy tego nie zrobił, a na dodatek nie mógł. Koń nie zmieściłby się w obrotowe drzwi. A druga rzecz – pewnie by się Kawelin z tym koniem zwalił, bo musiałby się na piętro po schodach wtarabanić. Ludzie jednak opowiadają takie rzeczy. Łakną tego, by i w Białymstoku były niesamowite historie. Nie do utrzymania jest też historia księcia Jusupowa, zabójcy Rasputina, który miał się zatrzymać w „Ritzu”. Musiałby się rozdwoić, bo w tym czasie nie mógł być w Białymstoku. Poza tym już widzę tego Jusupowa, który zatrzymuje się w hotelu Rubinsztejna – przyjaciela Rasputina. To są takie bajdurki, które w sensie kulturowym tworzą legendę. Czy ją osłabiam? Na pewno przełamuję. Już wiele lat temu powiedziałem sobie, że białostoczanie elegancję i europejskość przystosowali do swoich możliwości i wyobrażeń o tej elegancji i europejskości.

Co jakiś czas ktoś rzuca, że może by „Ritza” odbudować. Odbudować?

Nie. A jeżeli już, to wybudować. Odbudowa w historycznym miejscu jest niemożliwa. „Ritz” stałby obecnie na środku ulicy. Myślę, że to taka kolejna mrzonka, marzenie. Takie „Ach, ten Ritz. Gdyby był, co to by było…”. Nic by nie było. Można przypuszczać, że zacząłby się jakiś kosmiczny proces między prawdziwym „Ritzem” a „Ritzem” białostockim.

Powinniśmy więc zostawić tego naszego  „Ritza” w spokoju?

Trwanie legendy jest o wiele ciekawsze niż jej urzeczywistnianie. Legendy mają to do siebie, że pobudzają wyobraźnię, natomiast nie powinny pobudzać do czynów. Co by było, gdyby zaczęto nagle budować tego „Ritza” na środku miasta? Białostoczanie podzieliliby się na zwalczające się natychmiast obozy. Legenda jednoczy. Marzenia jednoczą. Natomiast realizacje często odnoszą odwrotny skutek.

Już w sobotę, 26 kwietnia, z Andrzejem Lechowskim będzie można porozmawiać podczas festiwalu „Na pograniczu kultur” i Targów Książki w Białymstoku na Chorten Arenie. O godzinie 11.30 autor – podczas spotkania z czytelnikami – opowie o książce, „Ritzu” i jego bywalcach .

Polecane oferty
Wróć na poranny.pl Kurier Poranny