Boże Narodzenie w Ploskach. Hamany, kutia i bułeczki z makiem.

Nina Bruczko-Andrzejuk
Jakub Bogacewicz ze wsi Krywiatycze, senior wśród twórców ludowych, zajmujących się wyrobem gwiazd dla kolędników. Na niedawnej wystawie w Muzeum Podlaskim zdobył pierwszą nagrodę za swoje gwiazdy.
Jakub Bogacewicz ze wsi Krywiatycze, senior wśród twórców ludowych, zajmujących się wyrobem gwiazd dla kolędników. Na niedawnej wystawie w Muzeum Podlaskim zdobył pierwszą nagrodę za swoje gwiazdy. Fot. Mirosława Łuksza
Można pisać o świecie, którego już nie ma, ale który wciąż żyje w naszej pamięci. Autorka tego opowiadania była nauczycielką historii. Była już na emeryturze, kiedy została laureatką ogólnopolskiego konkursu literackiego "Debiuty".

Na dworze zapada zmierzch. Patrzę przez okno na drzewa ustrojone lampkami koło mojego białostockiego bloku. Na chwilę zdaje mi się, że jestem w Ameryce, w Nowym Jorku. Więc przyszło Ruzdwo, jak u nas mówiono. Znów minął rok. Jak teraz szybko mija czas! Patrzę, wpatruje się, a moje myśli lecą tam, w dzieciństwo, na wieś.

Jesteśmy w czyściutko wysprzątanej chacie, zajęci pracą. Wielka krzątanina. Dziś Kucia, Wigilia - nic dziwnego. Mama stoi przy płycie, w piecu dopalają się polana.

- Szybciej rób hamany - mama pogania starszą córkę Mańkę. - W piecu już gaśnie, trzeba wsadzać.
A Mania stara się, jak może. Obydwie z młodszą siostrą Nadzią poniosą hamany chłopakom na składkową zabawę na drugi dzień świąt. Każda dziewczyna się stara, aby jej hamany były najsmaczniejsze. Nie daj Boże zakalec - chłopaki będą się śmiać: kiepska z niej gospodyni! Mama opowiadała, jak jej przyjaciółka przyniosła niesmaczne hamany i chłopcy całą miskę powiesili na płocie koło jej domu. Jaki wstyd!

Nadzia ma inną pracę - w sieczkarni trzeba naciąć sieczki krowom aż na trzy dni. Dziewczyna sterczy pół dnia w stodole. Wygląda: może przyjdzie kolega Grysza, pomoże. Ojciec sprawnymi rękami robi "dziada" z kłosów zboża. Postawi go w kącie, pod ikoną: jako podziękowanie Bogu za tegoroczny urodzaj i prośba o następny.

Ja także otrzymałam zadanie:

- Ty, Nino, zetrzyj mak na kutię i bułeczki - zarządziła mama.
Bułeczki z makiem i kutia na bożonarodzeniowym stole muszą być koniecznie. Siedzę na piecu, kręcę wałkiem w wierciesie-makutrze i, aby nikt nie widział, co i raz oblizuję wałek - jest taki słodziutki, z cukrem, a mi już kiszki marsza grają, czekam na gwiazdkę. Tylko stareńka babulka Hanusia siedzi cicho i grzeje się koło pieca.

Na dworze trzeszczy mróz, wszędzie biało, drzewa okrył szron. Na jabłonkę za oknem kuchennym przyleciały ptaszki z czerwonymi i żółtymi piersiami. Szczebiocą wesoło i skaczą z gałązki na gałązkę, jakby wiedziały, że idzie radosne święto. Najlepszy malarz nie namalowałby piękniejszego obrazu od tego, który widzę za oknem.

Wpatruję się w niebo: kiedyż wreszcie pojawi się pierwsza gwiazdka? Tak mi się chce jeść! "Dziad" już stoi w kącie, położono już siano, stół już zaścielono obrusem, w całej kuchni roznosi się zapach smakołyków. Wreszcie na jasnym księżycowym niebie zamigotała pierwsza malutka gwiazdeczka.
- Mamo - zawołałam - podawaj wszystko na stół, już wzeszła gwiazdka!

Mama z siostrą wnoszą dania: barszcz z suszonymi grzybami, kutię z makiem, kisiel owsiany (bardzo go lubię), kompot z suszonych jabłek i gruszek, ziemniaki w mundurkach, śledzie w oleju z cebulką, smażoną rybę i pięknie pachnące bułeczki z makiem. Wszyscy siadamy przy stole, a ojciec dostojnie, jak przystoi gospodarzowi, stawia butelkę wina. Nalewa wszystkim do kieliszeczków, tylko mi nie daje: - Jesteś za mała. Wszyscy żegnamy się, ojciec w krótkiej mowie dziękczynnej dziękuje Bogu, składa życzenia na nowy rok całej rodzinie i zaczynamy jeść. Wreszcie, myślę, nastał najprzyjemniejszy moment: smaczne jedzenie, a takie nie bywa codziennie.

Po wieczerzy idziemy spać. Dziś wsionoczna, trzeba wstać o północy i iść do cerkwi. Tylko mi z wiekową babcią nigdzie się nie spieszy - zostawiają nas w domu.

Na pierwszy dzień świąt rano wszyscy długo śpią - w nocy modlili się w cerkwi i zmęczeni są przedświąteczną bieganiną. We wsi cisza - wszyscy odpoczywają. Tylko pod wieczór wieś ożywa. Dziewczęta i chłopcy biegają tam i siam - wiadomo, zaraz będą kolędować. Przed świętami chłopcy kleili gwiazdy, każda "kumpania" starała się zrobić najpiękniejszą. Wieś Ploski jest duża, młodzieży jest wiele, każda "kumpania" trzymała się swoich, obcych nie przyjmowała do swego grona. Pieski i Maciejki przyjaźniły się, a Sieredzina i Kunclany trzymały się osobno.

Gdy zaczynał zapadać zmierzch, pierwsze kolędować biegły dzieci: chłopcy z gwiazdą, dziewczynki bez gwiazdy. Ja też biegłam śpiewać. Było nas cztery dziewczynki: Nadźka, dwie Manie i ja, Ninka. I choć byłyśmy mało widoczne pod oknem, śpiewałyśmy głośno. I jak cieszyłyśmy się, gdy gospodarz dawał nam pieniążki! Potem dzieliłyśmy i po świętach biegłyśmy do "ławki" po cukierki.

Dziewczęta i chłopcy szli kolędować wieczorem, z gwiazdą. A gdy zaśpiewali - szyby drżały w oknach, bo głosy nasza wiejska młodzież miała piękne. Wszyscy gospodarze dawali kolędnikom w podzięce kiełbasę i jajka. To była zakąska na składkową zabawę. Chłopcy na nią przynosili tylko wódkę, a dziewczęta - hamany. A harmonistę, Sańkę, mieli swojego. Dobrze grał nasz sąsiad. Zdarzały się też nieprzyjemne sytuacje. Pamiętam jak my, dzieci, i nie tylko my, chowaliśmy się po chatach, bo podpity Ściopka szedł po ulicy i rozganiał wszystkich, łamał gwiazdy.

Młodsi żonaci i zamężne też kolędowali, a potem zbierali się w jakiejś chacie, robili gościnę - śpiewali, weselili się: na to jest i święto. Często kolędowano, by zdobyć pieniądze na potrzeby swej parafii.
W drugim i trzecim dniu po całej wsi płynęły pieśni i trwały tańce pod Sańkową harmonię. My, mali, też biegaliśmy na muzykowanie, choć mało co rozumieliśmy. Mnie najbardziej ciekawiło, jak tańczyli polkę moja sąsiadka Nadzia z sąsiadem Gryszą: lecieli przez salę, jak wiatr. Wszyscy byli weseli, szczęśliwi.
Minęło ponad pół wieku. Nie ma większości tych ludzi, nie ma młodzieży. Tylko starsi dożywają po cichutku w zupełnie obcym świecie.

- Chodź, babciu, do kuchni, nie potrafię przybrać tortu - budzi mnie z rozmyślania moja wnuczka Ola.
Jutro będą goście, trzeba zrobić coś smacznego. Idę, idę. Prawda, przyjdą goście, posiadają przy stole, będą jeść, potem patrzeć w telewizor, rozmawiać o polityce, o biznesie, internet, laptopy. Ja tylko będę słuchać, słuchać, i mało co z tego zrozumiem. Jestem już stara, to nie jest mój świat. Mój świat - w przeszłości.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
damazpieskiem
az szkoda ze to tylko bardzo sympatyczna opowiesc. To tak jakby przeniesc sie w inny swiat-bez konta w banku ,zlosliwosci i chamstwa .Swiat niezbyt zamozny ale pachnacy zdrowym jadlem ,tradycja ,miloscia .Nie wazne jakiego byles wyznania ,swieta j/w przynosily radosc,angazowaly cala rodzine do przygotowan i potem do swietowania .czytajac az sie czuje zapach tamtych czasow .Gdzie nasza polska tradycja ...upłynęła z czasem przyjemny artykól
Dodaj ogłoszenie