Architektoniczny nieład w centrum

Tomasz Mikulicz [email protected] tel. 85 748 95 54
W pobliżu skrzyżowania ul. Kaczorowskiego i Wesołej jest już praktycznie wszystko – wieżowiec, niska zabudowa drewniana i jakby tego było mało wciśnięty kościół. Anatol Chomicz
Wizualizacja budynku, który pojawi się przy ul. Kaczorowskiego skłania do zastanowienia się nad ładem przestrzennym naszego miasta. Az tym ostatnim nie jest najlepiej. Niektórzy twierdzą, że panuje u nas chaos.
Tak wygląda wizualizacja dostępna na stronach Rogowski Development. Widać, że bryła faktycznie będzie miała niezbyt skomplikowany charakter.
Tak wygląda wizualizacja dostępna na stronach Rogowski Development. Widać, że bryła faktycznie będzie miała niezbyt skomplikowany charakter. Wizualizacja ze strony inwestora

Tak wygląda wizualizacja dostępna na stronach Rogowski Development. Widać, że bryła faktycznie będzie miała niezbyt skomplikowany charakter.
(fot. Wizualizacja ze strony inwestora)

W okolicach ul. Kaczorowskiego i Wesołej stoi wysoki punktowiec ochrzczony przez internautów mianem "maczugi“. Zpierwotnych planów inwestycyjnych dla tych terenów wynikało, że w najbliższym czasie ma tu powstać taki sam budynek. Teraz jednak okazuje się, że nowy blok owszem powstanie, ale będzie on zgoła odmienny niż obecna "maczuga“. Podczas gdy ta ostatnia reprezentuje zwartą zabudowę, nowy budynek ma się jakby "rozlać“ na całej niemal długości ulicznego narożnika. Patrząc na wizualizacje zamieszczone na stronie inwestora, widać wyraźnie, że trudno mówić tu o nawiązaniu do obecnej zabudowy. Internauci nazwali planowany budynek ścianką wspinaczkową lub nawet ścianą płaczu.

- Plan miejscowy nie mówi o tym, że w tym miejscu ma powstać kolejny, dokładnie taki sam punktowiec, jaki został wzniesiony na sąsiedniej działce. Jest tylko zapis, według którego powinna tu powstać tzw. dominanta, czyli obiekt, który dominuje i koncentruje uwagę - mówi Piotr Firsowicz, szef departamentu urbanistyki w magistracie.

Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by inwestor "rozlał“ budynek i nie nawiązał tym samym do otoczenia.
- Określone zostały wszystkie wymagane przepisami parametry i wskaźniki nowej zabudowy.

Wprowadzenie dodatkowych, bardziej szczegółowych zapisów byłoby już ingerencją w sferę twórczą architekta. To ten ostatni ponosi całkowitą odpowiedzialność zawodową za swoje projekty - tłumaczy Piotr Firsowicz.

Zdarza się jednak, że białostoccy urbaniści bardzo szczegółowo określają, jak mają wyglądać nawet pojedyncze obiekty. Tak było chociażby w przypadku budynku przy ul. Sienkiewicza, popularnie zwanego kamienicą Tomasza Frankowskiego - jego firma wydzierżawiła obiekt od miasta. Autor projektu nowego oblicza tego miejsca uskarżał się na urzędników, że wręcz pokazali mu palcem jak ma ten obiekt wyglądać.

- Pierwotny projekt zakładał przedzielenie bryły na dwie części przy pomocy szklanej tafli. W tym przypadku zdecydowaliśmy się na dość szczegółowe wytyczne, bo budynek leży w ścisłym centrum miasta oraz w obszarze wpisanym do rejestru zabytków. Nasza decyzja była więc uzasadniona. Na terenach, które nie podlegających ochronie ustalenia planów nie są tak rygorystyczne. W przeciwnym razie inwestorzy mogliby zarzucić gminie, że przekroczyła granice swego władztwa planistycznego i tworzone przez nas plany mogłyby być z tego powodu zaskarżane do sądu administracyjnego - tłumaczy Piotr Firsowicz.

Stanisław Łapieński-Piechota, przewodniczący Podlaskiej Okręgowej Izby Architektów mówi, że to nieprawda.

- Nie znam żadnego przypadku, by w naszym kraju ktokolwiek skarżył plan miejscowy. Swoje uwagi można zgłaszać na etapie jego tworzenia. Kiedy jednak zostanie przyjęty przez radnych, ktoś kto chciałby go podważyć musiałby udowodnić, że przyjęte rozwiązania naruszają jego interes prawny. Nie jest to łatwe - twierdzi Stanisław Łapieński-Piechota.

Według niego tłumaczenie urzędników to tylko wymówka. - Plan może być szczegółowy w takim zakresie, w jakim przewidzą to urbaniści. Dotyczy to całego miasta, a nie tylko np. centrum - podkreśla architekt.

Piotr Firsowicz tłumaczy jednak, że zbytnie uszczegółowienie planu może doprowadzić do tego, że może być on w praktyce niewykonalny. - Każdy ma inny gust. O gustach nie dyskutujemy. Estetyka i gust są niemierzalne. Odpowiedzialność za ostateczną formę i wyraz architektoniczny budynku ponosi architekt - twierdzi Piotr Firsowicz.

Odpowiedzialność odpowiedzialnością, ale faktem jest, że architekt odpowiada - jak to się mówi - jedynie przed Bogiem i historią. Za popsucie przestrzeni miejskiej nie traci się np. uprawnień i nie płaci grzywny.

- Prawo faktycznie nie przewiduje żadnych tego typu sankcji - przyznaje Stanisław Łapieński-Piechota.
Jedyną nieprzyjemnością z jaką może się spotkać architekt jest więc wytykanie palcami, na zasadzie "to ten, który zaprojektował tego gniota“, itd. W przypadku podejmowania pracy na rzecz deweloperów (zresztą nie tylko ich) często jednak architekt jest postawiony pod ścianą. Zrozumiałe jest, że inwestorowi zależy na zysku. Będzie więc upychał w budynku tyle mieszkań, ile jest to możliwe. Nieraz ma to katastrofalny skutek dla wyglądu obiektu, który przypominać będzie klocek. Architekt, który sprzeciwia się takiemu podejściu może się liczyć z tym, że deweloper nie będzie chciał z nim współpracować.

- Nie wiem jak wyglądają te relacje pomiędzy innymi architektami i ich zleceniodawcami, ale ja, jako projektant tego budynku, nigdy nie odczułam nacisków ani presji na określone rozwiązania - mówi Krystyna Kakareko, która jest autorką projektu nowego wieżowca przy ul. Kaczorowskiego.

Janusz Grycel, prezes białostockiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich twierdzi, że choć inwestorskie naciski faktycznie się zdarzają, to rolą architekta jest je odpierać.

- Powinien on przekonywać inwestora do humanizowania przestrzeni publicznej, tak by każdy z nas czuł się w niej dobrze. Wiadomo, że jest to trudne, bo często liczy się tylko rachunek ekonomiczny, ale potrzebne jest znalezienie złotego środka. Dlatego najlepiej by było, gdyby inwestorzy rozpisywali konkursy architektoniczne. Jury konkursowe miałoby do wyboru kilka projektów, z których wygrałby jakościowo najlepszy. Wiadomo jednak, deweloper raczej takiego konkursu nie ogłosi - podkreśla architekt.

Co do budynku przy ul. Kaczorowskiego mówi, że na podstawie jednej wizualizacji trudno go dokładnie ocenić.

- Faktycznie jednak, wygląda dość monotonnie jeśli weźmie się pod uwagę, że ma tak dużo kondygnacji. Zresztą, Białystok nie ma jakoś szczęścia do wysokiej zabudowy. Wokolicach samej tylko ul. Legionowej mamy np. "błękitny wieżowiec“ i gmach ZUS-u. Nie są to zbyt ciekawe budynki. Jedynym z niewielu wysokościowców, które przychodzą mi na myśl jako przykłady dobrej architektury to ten stojący przy skrzyżowaniu ul. Branickiego i Orzeszkowej. Chociaż powstał w kontrowersyjnych okolicznościach - bo zburzono dawną fabrykę - to jednak nie jest budynkiem zbyt nużącym - podkreśla Janusz Grycel.

Co ciekawe, wbrew panującej opinii, pozytywnie odbiera monumentalny budynek mieszkalny przy ul. Nowy Świat. - Wychodzi on co prawda poza skalę śródmieścia, jednak cofnięcie ostatniej kondygnacji powoduje to, że z punktu widzenia przechodnia nie jest on aż tak wysoki - twierdzi Janusz Grycel.

Czasem jednak nawet ciekawy projekt może zostać zmieniony na etapie realizacji inwestycji.

- Tak się stało chociażby w przypadku bloku przy skrzyżowaniu ul. Świerkowej i Wiejskiej. Budynek miał mieć ciekawe przeszklenia, z których ostatecznie zrezygnowano. Podejrzewam, że chodziło o oszczędności - mówi prezes SARP-u.

Ostatnio, w środowisku białostockich architektów komentowana była też inwestycja przy ul. Młynowej 44, w miejscu zburzonego klubu Mao. Ma tam powstać budynek mieszkalny o siedmiu kondygnacjach. Część architektów podkreśla, że budynek wpisałby się w otoczenie pod warunkiem, że byłoby tu o trzy piętra mniej.

- Choć architektura nie jest tu aż taka najgorsza, mam wrażenie, że nie przystaje ona do ducha miasta. Chciałoby się, by przy ul. Młynowej zachowana była skala wyznaczona przez istniejące tu zabytkowe kamienice - podkreśla Janusz Grycel.

Miejscy urbaniści deklarują, że historyczna zabudowa ul. Młynowej powinna zostać zachowana. Chodzi jednak tylko o odcinek od Rynku Siennego do skrzyżowania z ul. Kijowską. Teren inwestycji leży jednak kilka metrów dalej, w stronę ul. Wyszyńskiego.

- W najbliższym czasie zamierzamy zająć się również tą częścią ul. Młynowej. Uchwała o przystąpieniu do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego na ten teren została już podjęta - zapewnia Piotr Firsowicz.

Niedługo może być jednak za późno. Jak jednak przekonuje Krzysztof Kulesza, szef białostockiej Pracowni Dokumentacji Zabytków, w architekturze duże znaczenie odgrywa przyzwyczajenie. - Choć dziś może się to komuś wydać dziwne, na przełomie XIXi XXwieku białostocka katedra również była zbyt wysokim budynkiem, który zdominował cały Rynek Kościuszki. Naturalne jest jednak, że ludzie z czasem się przyzwyczajają. Podejrzewam, że podobnie będzie z Centrum Astoria, którego przebudowa wywołała kilka lat temu ożywioną dyskusję - mówi Krzysztof Kulesza.

Opowiada, że np. w USAi Japonii jest taka zasada, że każdy na swojej działce może robić co chce. - Często więc można w tych krajach spotkać budynki, które osobno są bardzo ciekawe, ale nie współgrają z sąsiedztwem. Dlatego też najlepiej kiedy dany fragment miasta projektowany jest w tym samym czasie przez ten sam zespół ludzi. Tak się stało w latach 50. ubiegłego wieku w przypadku ul. Lipowej i w latach 60. - w przypadku ul. Skłodowskiej. Wobu tych częściach miasta możemy mówić o istnieniu ładu przestrzennego - tłumaczy Krzysztof Kulesza.

Wspomina, że problemem z jakim boryka się dziś Białystok jest brak architekta miejskiego.
- Funkcja ta istniała za czasów PRL-u. Urzędnik ten nie miał co prawda ku temu żadnego prawnego umocowania, ale w praktyce orzekał często o tym, które projekty nadają się do realizacji, a które nie. Brał pod uwagę nie tylko np. wysokość danego budynku, ale też jego wyraz architektoniczny. Zdarzało się, że wyrzucał za drzwi architektów, którzy przynosili mu nieciekawe projekty i kazał im poprawić swą pracę. Dziś tymczasem pozwolenia na budowę wydawane są przez prawników, którzy zwracają uwagę tylko i wyłącznie na literę prawa. Nie mają umocowania, by skupić się na jakości architektury - opowiada Krzysztof Kulesza.

Podkreśla, że dziś podobne atrybuty do PRL-owskiego architekta miejskiego ma jedynie konserwator zabytków.

- Może on znacząco ingerować w projekt budynku, wskazać co należy zmienić, itd. Oczywiście jego kompetencje ograniczają się do zabytków i obszarów ochrony konserwatorskiej - mówi Krzysztof Kulesza.

Co do planowanego obiektu przy ul. Kaczorowskiego uważa, że na wizualizacji wygląda on jak dawny blok z wielkiej płyty, zbudowany co prawda we współczesnej technologii.

- Bycie dominantą nie oznacza, że obiekt ma być wyższy niż sąsiednia zabudowa. Powinien on wyróżniać się np. ciekawą formą. A w tym przypadku takowej nie dostrzegam. Obiekt będzie przytłaczał swe otoczenie. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że zostanie zlokalizowany na wjeździe do śródmieścia od strony Kleosina - twierdzi Krzysztof Kulesza.

Dziwi się dlaczego miejscy urbaniści nie pokusili się w tym przypadku o maksymalne uszczegółowienie planu.

- To bardzo ważne tereny. Wpołowie lat 70. ubiegłego wieku planowane było zlokalizowanie tu drugiego, nowoczesnego centrum Białegostoku. Ogłoszono nawet konkurs urbanistyczny. Powstały bardzo nowatorskie projekty, jak np. podwieszane kolejki. Z planów nic nie wyszło, bo realizacja pomysłów okazała się być zbyt kosztowna - wspomina Krzysztof Kulesza.

Krystyna Kakareko twierdzi, że jej projekt powstał w oparciu o wszystkie wymagane procedury.
- Parametry i wskaźniki kształtowania zabudowy dopuszczają zabudowę na 80 procentach terenu inwestycji, przy czym powierzchnia dominanty, czy też budynku wysokiego to maksymalnie 20 procent terenu inwestycji. Warto w tym miejscu zauważyć, że w projekcie powierzchnia dominanty to zaledwie 13 procent, a więc dużo mniej niż dopuszcza plan - tłumaczy Krystyna Kakareko.

Dodaje, że architekt musi przestrzegać zapisów prawa miejscowego.

- Doskonale rozumiem, że każdy, zwłaszcza internauci, ma prawo do wyrażania własnej opinii na temat pojawiających się w Białymstoku budynków. Jednakże należy zawsze brać pod uwagę, że nie są one efektem wybujałej fantazji projektanta, ani tym bardziej jej braku, ale skutkiem przestrzegania określonych uwarunkowań planistycznych - podkreśla Krystyna Kakareko.

Remigiusz Rogowski (właściciel firmy Rogowski Development, która jest tu inwestorem) również mówi o zachowaniu wszystkich wymogów.

- Druga wieża nie zmieściłaby się w tym narożniku. Dlatego trzeba było rozlać bryłę - mówi.
Na zarzuty, że jego budynek nie pasuje do otoczenia odpowiada, że ci którzy tak mówią niech pokażą jakie obiekty sami zaprojektowali.

- Nigdy nie zbuduję takiego budynku, który będzie miał tylko elewację, ale nie zdołam sprzedać w nim mieszkań - podkreśla deweloper.

Czytaj e-wydanie »

Pracownicy „Biedronki” nie chcą pracować w niedziele

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie