Zosia z naszej klasy

Janka Werpachowska
W szkole zawsze lubiłam śpiewać przy każdej okazji. A teraz realizuję tę pasję w Warszawskiej Operze Kameralnej - napisała Zofia Witkowska na portalu Nasza-klasa.
W szkole zawsze lubiłam śpiewać przy każdej okazji. A teraz realizuję tę pasję w Warszawskiej Operze Kameralnej - napisała Zofia Witkowska na portalu Nasza-klasa.
Udostępnij:
Śpiewałam Mozarta w Austrii, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Libanie, tylko w Białymstoku nie wystąpiłam - mówi Zofia Witkowska, solistka Warszawskiej Opery Kameralnej.

Zdana matura. Głowy zaprzątnięte egzaminami wstępnymi na studia. Tak było wtedy, kiedy ja i moi szkolni przyjaciele i koledzy pokonywaliśmy kolejne szczeble edukacyjnej kariery. Niektórzy zostali w Białymstoku, inni, którzy nie znajdowali dla siebie interesujących kierunków na istniejących tu wówczas czterech uczelniach, wyjeżdżali do większych ośrodków akademickich. Tak też zrobiła Zosia, moja koleżanka z III LO.

Można mieć różne opinie na temat portalu Nasza-klasa, ale jednego tej społecznościowej witrynie odmówić się nie da: dzięki niej mnóstwo ludzi odnalazło się po latach, przypomniało sobie o swoim istnieniu, mało tego - poczuli potrzebę spotkania się, opowiedzenia sobie o wszystkim, co się wydarzyło od chwili, kiedy się rozstali.

"Prząśniczki" na każdej akademii

Zosia jako jedna z pierwszych wpisała się na listę obecności mojej klasy. Napisała o sobie: "W szkole zawsze lubiłam śpiewać przy każdej okazji. A teraz realizuję tę pasję w Warszawskiej Operze Kameralnej".

Zosia Gojlik. Drobna, czarna, zawsze uśmiechnięta. Wykorzystywana przez panią profesor od muzyki, bo tylko ona jedna w naszej klasie umiała czysto coś zaśpiewać. Eksploatowana na wszystkich szkolnych akademiach, bo nie dość, że wspaniale śpiewała, to grała też na pianinie. I dlatego po latach pamiętam Zosię albo śpiewającą np. "Prząśniczki" Moniuszki, albo żywiołowo interpretującą "Etiudę Rewolucyjną" Szopena.

Od Moniuszki do Mozarta

Kiedy dowiedziałam się, że moja szkolna koleżanka - już jako Zofia Witkowska, żona Marka, miłości ze szkolnych lat - jest solistką Warszawskiej Opery Kameralnej, nie miałam wątpliwości, że muszę o niej napisać. Bo prawdę mówiąc, zrobiło mi się wstyd, że bombardujemy Czytelników informacjami o podrzędnych serialowych gwiazdkach, podczas kiedy na scenach operowych całej Europy, a nawet daleko poza nią od lat śpiewa nasza krajanka.

- Po maturze kształciłam swój głos w warszawskiej Akademii Muzycznej - wspomina Zofia Witkowska. - W moim przypadku to był najlepszy wybór, zrealizowałam swoje marzenie. Pochodzę z muzycznej rodziny. Mój tata, Edward Gojlik, był skrzypkiem. Uczył muzyki, ale też był kompozytorem. W czasach, kiedy białostocką filharmonią kierował Janusz Kulaszewicz, odbyło się w niej kilka koncertów, podczas których orkiestra pod dyrekcją mojego ojca wykonywała właśnie jego utwory. I mój tata zawsze powtarzał, że coś po nim pozostanie. Nie tylko swoje kompozycje miał na myśli. W domu było nas czworo rodzeństwa. Wszyscy od dziecka uczyliśmy się muzyki, ale tylko ja uczyniłam z niej swój zawód. I wiem, że w ten sposób spełniłam nadzieje i marzenia ojca. Niestety, on tego nie dożył.

Zofii dopisywało szczęście w życiu zawodowym. Od razu po studiach dostała się do Warszawskiej Opery Kameralnej. Ze swoim sopranem była jakby stworzona do repertuaru klasycznego. A jak klasycyzm, to wielki Mozart.

- Dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej Stefan Sutkowski dokonał rzeczy niebywałej: stworzył Festiwal Mozartowski, w ramach którego wykonywany jest cały dorobek Mozarta - opowiada śpiewaczka. - Bardzo lubię śpiewać Mozarta, bo to repertuar tyle wdzięczny, co bardzo wymagający od wykonawcy. Tutaj nie można sobie pozwolić na żadną dowolność, trzeba być bardzo precyzyjnym. Z zespołem opery kameralnej zjeździłam całą Europę. Cudownie wspominam występy w salach koncertowych m.in. Szwajcarii, Austrii, Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Francji. Tamtejsza publiczność jest bardzo wyrobiona muzycznie. Byłam w Japonii na długich, półtoramiesięcznych tournee. Śpiewałam też w Libanie. Tylko w Białymstoku nigdy nie wystąpiłam - śmieje się.

Zofia Witkowska brała udział w Festiwalach Mozartowskich od samego początku. Jeszcze w tym roku śpiewała na festiwalowej scenie.

- Jednak już powoli wycofuję się z takiego aktywnego życia artystycznego - mówi. - Chcę się teraz skupić tylko na tym, co już od jakiegoś czasu robię, czyli na przekazywaniu swojej wiedzy innym. Uczę młodych śpiewaków. Jednoosobowa szkoła muzyczna Zofii Witkowskiej "Vocal Art" absorbuje śpiewaczkę bardzo.

- Dzięki temu, że mam uczniów również z zagranicy, doskonalę swój angielski.

Zofia Witkowska twierdzi, że zawsze była krytyczna w stosunku do siebie. Dzięki temu, że była świadoma błędów popełnianych przez wszystkich początkujących śpiewaków, dzisiaj może starać się o to, aby młodzi adepci opery ich uniknęli.

- Największym skarbem, jaki mam, jest słuch absolutny. I to mi bardzo pomaga w pracy pedagogicznej. Jestem wymagającą nauczycielką, ale myślę, że to wyjdzie na dobre moim uczniom.

Nie samym śpiewem człowiek żyje

- Musisz to napisać: w życiu przede wszystkim chciałam być żoną i matką. I jakoś udało mi się szczęśliwie połączyć te wszystkie role życiowe - stwierdza na koniec naszej rozmowy Zosia.

No więc piszę: liryczny sopran Zofia Witkowska robi zakupy, gotuje, wychowała dwójkę dzieci. Ma psy, uwielbia konie, kocha kwiaty, których w domu ma mnóstwo. Można powiedzieć - żyje jak większość z nas, tyle że na te domowe sprawy ma o wiele mniej czasu niż my.

- Sama siebie nieraz podziwiam, skąd we mnie tyle siły - mówi Zosia. I wiem, że chce opowiedzieć o czymś, co kogoś innego, mniej odpornego, pewnie by załamało. - Myślę, że to moja praca, możliwość przeniesienia się dzięki operze w inną rzeczywistość, pomagała mi przetrwać trudne momenty. Byłam u szczytu kariery, kiedy naszą rodzinę spotkało prawdziwe nieszczęście. W 1996 roku mój syn miał piętnaście lat. Niefortunny skok do wody. Wózek inwalidzki. To był dramat i jego, i nasz. Nie chcę nawet wracać do tych wspomnień. Stoczyliśmy heroiczną walkę o to, aby syn mógł funkcjonować i żyć w miarę normalnie. Udało się. Adaś rokował wielkie nadzieje jako muzyk. Uczył się grać na skrzypcach, ale jego prawdziwą pasją była gitara. Niestety, musiał z muzyki zrezygnować, za to skończył politechnikę, jest informatykiem, pracuje. A niedawno zaręczył się z bardzo uzdolnioną śpiewaczką.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie