Zdzisław Szóstko - mistrz pięści z Wasilkowa

Piotr Czaban pczaban@poranny.pl tel. 085 7489 555
Na górnym zdjęciu gardę bokserską prezentuje Zdzisław Szóstko.
Na górnym zdjęciu gardę bokserską prezentuje Zdzisław Szóstko.
"Z 54 pięściarzy, którzy przewinęli się przez opolski ring wymienić należy nazwiska młodych i rokujących dość duże nadzieje na przyszłość jak Szóstki z Piasta..."- tak w połowie lat pięćdziesiątych pisał jeden z dziennikarzy sportowych o Zdzisławie Szóstce. Tym z ulicy Równoległej w Wasilkowie.

Zdzisław Szóstko znany jest w Wasilkowie ze swojego zamiłowania do poezji. Jednak mało kto wie, że w połowie lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych ubiegłego wieku był czołowym pięściarzem w Polsce. Ale swoją przygodę sportową rozpoczął nie od boksu, ale... od zapasów. To był rok 1953.

- Uczyłem się w Białymstoku w Technikum Mechanicznym. Miałem kolegę Heńka Dąbrowskiego, którego wujek Antoni Dąbrowski był trenerem zapaśników w Kolejarzu Białystok - opowiada pan Zdzisław. - Ten kolega widział, jak przewracaliśmy się na boisku i zaprosił mnie na treningi.

Trener powiedział: Walcz

Na pierwszych zajęciach trener wystawił, siedemnastoletniego wówczas Szóstkę, do walki z dwoma najlepszymi zawodnikami w klubie w wadze muszej. Z obydwoma wygrał bez problemów.

- Okazało się, że za cztery dni miał być pojedynek Kolejarza Białystok z Kolejarzem Poznań. Trener zastanawiał się, kogo ma wystawić. No i powiedział do mnie, żebym startował - wspomina pan Zdzisław. - Nawet mi nie wytłumaczyli jak to jest, gdy się wygra taki pojedynek.

Po swoim pierwszy treningu Szóstko zadebiutował na macie zapaśniczej w hali sportowej przy ulicy Jurowieckiej w Białymstoku.

- Drużyny stanęły naprzeciwko siebie. Pamiętam jak mnie przywitał mój przeciwnik. Był taki nieogolony. Jak ścisnął mnie za rękę, to aż mi nogi zadrżały. Pomyślałem, że mnie tutaj rozwali. On był już wtedy dwukrotnym wicemistrzem Polski - mówi pan Zdzisław.

Tym przeciwnikiem był zapaśnik o nazwisku Nikodemski. To była pierwsza walka zawodów. - Zaraz po przywitaniu jak hapnął mnie przez łeb. Ja tylko podkuliłem głowę i spadłem na czoło. Aż mi coś strzyknęło - relacjonuje dawny mistrz. - Szybko się zerwałem, a on do mnie znowu. Ja go złapałem za rękę, buch i on na łopatkach. On wstaje na mostek. Myślę: Ucieknie mi. No to ja go za gardło, pod głowę i znów powaliłem. A sędzia krzyczy "Puść". Ja myślę: Jak puszczę, to on znowu mnie przewróci, więc trzymam. Sędzia podbiegł, klapnął w tyłek i krzyczy "Puść, do rogu!". Już myślałem, że mnie zdyskwalifikował. A tu mnie wzięli na ręce i ponieśli. "Wygrałeś" - krzyczeli. I tak to się zaczęło.

Sport ważny, ale...

Sport, jak wyznaje pan Zdzisław, był ważny, ale nie najważniejszy. Do kolejnych zawodów nie przygotowywał się specjalnie. Trenował raczej z doskoku.

- Później były mistrzostwa województwa białostockiego. No i w walce z tym zawodnikiem, z którym zawsze wygrywałem, chciałem zrobić taki chwyt - suples, żeby go przez siebie przewrócić - tłumaczy pan Zdzisław. - Chwyciłem go, ale poślizgnęła mi się noga. Wtedy on przycisnął mnie, no i przegrałem. Później nie pojechałem już na mistrzostwa Polski.

Wówczas ważna też była szkoła. Właśnie trzeba było zdawać maturę, dlatego sport poszedł chwilowo w odstawkę. No, a później przyszła praca w fabryce silników elektrycznych w Brzegu nad Odrą. Tam, niestety (a może na szczęście), żadnego klubu zapaśniczego nie było.

- Ale w dużej świetlicy zakładowej miały się odbyć mistrzostwa województwa w boksie zawodników zrzeszonych w LZS. Uprosili naszego świetlicowego, żeby wypożyczył tę salę. On w międzyczasie kupił rękawice bokserskie. Młodzi chłopcy przychodzili i tam sobie stukali. Pamiętam, że mi to dobrze wychodziło. Prawie każdego prałem - śmieje się na wspomnienie tamtych czasów pan Zdzisław. - Najśmieszniejszą walkę miałem z przewodniczącym rady zakładowej. Wcześniej miał jakiś wypadek na motorze, po którym został mu strup na brodzie. I w trakcie naszego sparingu, niespecjalnie, uderzyłem mu w ten strup. Krew lała się na wszystkie strony. Ten chwycił mnie wpół. Myślałem, że mnie z ringu wyrzuci.

A krew się lała

Tak młodemu Szóstce dobrze szło sparowanie z kolegami, że namówił świetlicowego, by ten wystawił go do zawodów.

- Moja pierwsza walka w życiu była z zawodnikiem, który miał już za sobą trzydzieści walk - opowiada pan Zdzisław. - Nie wiedziałem, gdzie go trafić, żeby go przewrócić. Pobiłem go. Czerwony był. Wszędzie krew. Wysoko wygrałem na punkty. Dwóch moich kolejnych przeciwników zostało zdyskwalifikowanych, bo byli nieprzygotowani do walki.

Finałowa walka była krótka.

- Uderzyłem go w pierwszej rundzie i był nokaut - wyjaśnia pan Zdzisław. - A to już był taki zawodnik, który miał sporo walk za sobą. Sędziowie nie chcieli, żeby przegrał i zdyskwalifikowali mnie. Powiedzieli, że uderzyłem go w ucho. No i mój rywal zajął pierwsze miejsce. Trudno...

Jednak na centralne mistrzostwa Polski LZS do Warszawy wysłano właśnie walecznego Szóstkę, a nie jego rywala. Ale w stolicy o zwycięstwo wcale nie było łatwo, tym bardziej, że pojechał tam bez trenera. Towarzyszył mu tylko kolega.

- W mojej pierwszej walce spotkałem się z Mackiewiczem z Zielonej Góry, dwukrotnym mistrzem Polski LZS w wadze piórkowej - opowiada pan Zdzisław. - To była bardzo ładna technicznie walka. Przegrałem ją 2:1.

Pojedynek był na tyle ciekawy, że zdjęcia walczącego Szóstki trafiły na sportowe strony ówczesnych gazet.

- W drugiej walce tak zlałem przeciwnika, że sędzia go poddał - komentuje pan Zdzisław. Jego kolejny rywal przystępował do pojedynku z takim samym bilansem zwycięstw i przegranych.

Kogut, nie piórko

- To miała być decydująca walka o to, kto będzie później walczył o mistrzostwo Polski - tłumaczy pan Szóstko. - Mój przeciwnik był z trenerem. A wiadomo, jak trenerzy między sobą się dogadywali przy zielonym stoliku. On przegrał ze mną przez techniczny nokaut, ale to jego wystawili do walki finałowej, którą zresztą przegrał, a mnie przyznali trzecie miejsce.

W Warszawie bokserski talent Szóstki nie umknął uwadze legendarnego Feliksa Stamma.

- Powołał mnie na obóz do Cytniewa, tak samo jak zwycięzcę zawodów Mackiewicza. Tego, który był drugi, nie wzięli - przypomina pan Zdzisław. - U Stamma okazało się, że mam wagę kogucią, a nie piórkową.

W Cytniewie Szóstko trenował z kadrą Legii, czołówką ówczesnego polskiego i światowego boksu. - Tam był Drogosz (trzykrotny olimpijczyk, brązowy medalista z Rzymu w 1960 roku - red.), Niedźwiecki (brązowy medalista z olimpiady w Melbourne z 1956 roku), Kruża, Kukier. Cała Legia pełna była tych mistrzów, którzy byli najlepsi w Europie - wylicza bokser z Wasilkowa.

Na treningach Szóstko miał okazję sparować z najlepszymi. Najbardziej w pamięci utkwiły mu zażarte pojedynki z wicemistrzem Polski Woźniakiem.

- Zawsze mnie robił w konia. Doprowadzał do zwarcia. Tu przytrzyma, tu stuknie - mówi pan Zdzisław i przypomina, że przed obozem w Cetniewie miał stoczonych tylko pięć walk. Przed mistrzostwami Polski trener zapytał bokserów, z kim chcieliby walczyć na tych zawodach.

- Odpowiedziałem, że z Woźniakiem, bo chciałem zobaczyć, co mi dał ten obóz - tłumaczy Szóstko.

Jak się potoczyła jego dalsza kariera bokserska, o tym w kolejnym “Lokalnym".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie