Zachodzący Białystok, bo sprzedają MPEC

Tomasz Maleta
Białostocki MPEC, który zatrudnia ponad 600 osób, jest w dobrej sytuacji finansowej z przychodem 200 milionów w skali roku.
Białostocki MPEC, który zatrudnia ponad 600 osób, jest w dobrej sytuacji finansowej z przychodem 200 milionów w skali roku.
Po zapowiedzi sprzedaży Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej nie sposób dalej promować miasto w oparciu o slogan Wschodzący Białystok.

O ile zbycie przez miasto 3 proc. udziałów w Biazecie, którego działalność nijak nie przystawała do zadań gminy, służyła przejrzystości, to ujawniony we wrześniu zamiar sprzedaży Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej był przekroczeniem swoistego Rubikonu. Nie tylko dlatego, że spółka świadczy usługi na rzecz mieszkańców, czyli jak najbardziej wpisuje się w zakres działań samorządu.

Jak wielkie ma to znaczenie pokazuje przykład Złotego Stoku. W tej dolnośląskiej gminie - jak podały telewizyjne "Wiadomości" - trwa kryzys ciepłowniczy. Szkoła zamknięta, przedszkole dogrzewa maluchy farelkami. Marzną też mieszkańcy, którzy w czynszu płacą zaliczki za ogrzewanie. W Złotym Stoku powinna grzać prywatna firma. Wiosną wypowiedziała mieszkańcom umowy, ale wszyscy mieli nadzieję, że chodzi o kolejną podwyżkę i jesienią kaloryfery będą ciepłe. Jak podały "Wiadomości" strategiczna dla gminy firma kilka lat temu przeszła w prywatne ręce, jest monopolistą i korzysta z praw rynkowych. Jak się jej nie opłaca grzać, to nie grzeje, a mieszkańcy nie mają nic do powiedzenia. Firma za to ma: proponuje gminie lub komukolwiek odkupienie udziałów. Póki co burmistrz znalazł na razie wyjście awaryjne w postaci kotłowni kontenerowej, a mieszkańcom nie pozostaje nic innego jak modlić się, by aura w Kotlinie Kłodzkiej była jak najdłużej łaskawa.
I niech ta historia będzie przestrogą dla białostockich radnych, którzy na poniedziałkowej sesji podejmą decyzję o sprzedaży Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. Bo nie ma żadnych gwarancji, że historia ze Złotego Stoku nie powtórzy się w Białymstoku. Na 300 tysięczną (prawie) metropolię, to i kilka kotłowni kontenerowych nie wystarczy. A i u nas na wschodzie temperatury bywają znacznie niższe niż w Sudetach.

Białostocki MPEC, który zatrudnia ponad 600 osób, jest w dobrej sytuacji finansowej z przychodem 200 milionów w skali roku. I na tyle zysku z jego sprzedaży liczą władze miasta. Argumentują, że jak sprzedawać firmę, to właśnie teraz, gdy jest ona na topie. Przekonują, że transakcja nie odbije się na firmie, pracownikach i kieszeni mieszkańców, którzy płacą za ciepło. Niby to myślenie zgodne z teorią ekonomi, bo przedsiębiorstwa prywatne są z reguły lepiej zarządzane i wydajne, a ceny ciepła centralnie regulowane. Tyle że praktyka nad Wisłą nieraz obalała te paradygmaty. Dobitnie pokazuje to przykład Złotego Stoku.

Stąd też nie tylko obawy mieszkańców, ale i pracowników MPEC-u, są zrozumiałe. Tym ostatnim czas prosperity dobiega końca. Prosperity, bo przez wielu białostoczan spółka była postrzegana jako synekura partyjno-samorządowa. Zresztą nie tylko ona. Podobnie rzecz się ma w innych spółkach, których właścicielem jest samorząd terytorialny. Wystarczy przypomnieć białostocki i suwalski PKS (w ich zarządzie znalazło się miejsce dla byłych posłów, którym nie poszczęściło się w ostatnich wyborach) czy choćby Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Białymstoku, który był zawłaszczany przez niemal wszystkie rządzące do tej pory w Podlaskiem siły polityczne. Desant towarzysko-partyjny trwał z prawa, z lewa i centrum. Po części jest to zrozumiałe, bo wynika z wygranej w wyborach. Ważne, by prawo do kontrybucji nie zamieniło się w gwałt na zdrowym rozsądku, przyzwoitości oraz fachowości w zarządzaniu, która bezpośrednio odbija się na firmie.

MPEC może się pochwalić zyskiem, ale też trzeba przyznać, że dotychczasowy właściciel przez lata nie wiele zrobił, by trochę inaczej ukształtować wizerunek spółki w oczach mieszkańców. Stąd nie dziwią opinie, że nadszedł kres ciepłych posad. Zapewne prywatny inwestor za jakiś czas przeprowadzi restrukturyzację. Będzie nacisk na większą wydajność, mniejsze koszty bezpośrednie i lepszą rentowność. Trzeba mieć świadomość, że nie po to kupiec wyda 200 milionów, by czekać kilkadziesiąt lat na zwrot inwestycji. Jeśli transakcja nie zwraca się w ciągu dekady, to zalicza się ona raczej do portfela tych nietrafionych. Cel uświęca środki, a to się wiąże z redukcją zatrudnienia. Zapewne będą odprawy, ugody, porozumienia, okresy ochronne. Ale też najbardziej, jak to często w takich sytuacjach bywa, ucierpią szeregowi pracownicy MPEC-u. Dlatego ich rozgoryczenie nie dziwi. Z drugiej strony przypominają trochę "oburzonych", którzy protestowali na Zachodzie, że kończy się dobrobyt.

Skoro sprzedaż firmy niesie tyle potencjalnie niekorzystnych niuansów dla mieszkańców i pracowników, to czy należy prywatyzować strategiczną - z punktu w widzenia białostoczan - spółkę? Stare porzekadło mówi, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A tych, po paradoksach stadionowych, zaczęło miastu bardzo brakować, skoro taka wisienka w torcie samorządowo-partyjnym idzie na zbycie. Pieniądze są potrzebne nie tylko na dokończenie inwestycji przy Słonecznej, ale także na obsługę zadłużenia czy przede wszystkim na wkłady własne do kolejnych przedsięwzięć w ramach nowej perspektywy unijnej.

W zasadzie były dwa wyjścia: zaciągnąć kolejny kredyt i powiększyć już i tak niemały dług. Tyle że po rozstrzygnięciu przetargu na wyłonienie drugiego wykonawcy stadionu okazało się, że to rozwiązanie spaliło na panewce. Nowy kredyt nie w chodził w grę, bo miasto prawdopodobnie przekroczyłoby próg zadłużeniowy. W praktyce oznaczałoby to wprowadzenie zarządu komisarycznego. I to było wiadome już wczesną wiosną, gdy pojawiły się pierwsze przebłyski o powołaniu spółki stadionowej, która wyemituje obligacje na dokończenie stadionu. By znaleźć pieniądze na inne inwestycje nie pozostało nic innego jak zbywanie majątku, czyli jak to określił sam prezydent - rodowych sreber. Tym sposobem padło na MPEC. Mimo wspomnianej wyżej jego roli, jako synekury partyjno-samorządowej. Bo tylko na niego mogło paść.

Miasto ma pod swoją kuratelą sześć spółek komunalnych. Nie mogło sprzedać TBS-ów, bo musiałoby to zrobić razem z lokatorami. Ze względów prawnych i społecznych taka transakcja nie wchodziła w grę. Podobnie jak pozbycie się trzech spółek komunikacyjnych. We wszystkich aglomeracjach transport publiczny to zadanie gminy, ponadto Białystok realizuje unijny projekt poprawy jakości funkcjonowania komunikacji. Do zadań ustawowych gminy należy też nadzór nad gospodarką wodną i ściekową. Z tego powodu wodociągi muszą być pod nadzorem komunalnym. Od lipca przyszłego roku gmina stanie się też właścicielem odpadów komunalnych. To z nią, a nie z firmami oczyszczającymi, mieszkańcy zawierać będą umowy na odbiór śmieci. W imieniu gminy rewolucją odpadową zajmować się będzie spółka Lech. Z tego powodu ta spółka komunalna nie mogła zostać sprzedana. Nawet gdyby nie było ustawy śmieciowej, to i tak miasto nie pozbyłoby się Lecha. Powód: prowadzi on fundamentalną (chyba drugą po stadionie) dla prezydentury inwestycję: budowę spalarni. I dlatego jedynym rodowym srebrem, którego może się pozbyć gmina jest Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej.

Na awersie zbywanego srebra, są nie tylko obawy mieszkańców i pracowników, a logika Wschodzącego Białegostoku. Do tej pory slogan ten opierał się na obrazie miasta dynamicznie rozwijającego się, a jednocześnie zakorzenionego w swej bogatej tradycji. Różnie można oceniać efekty tej strategii, bo znaczące sukcesy będące powodem do dumy przeplatały się z kuriozalnymi wpadkami, które nie powinny mieć miejsca. Nie sposób jednak jej było odmówić spójności logicznej, a jej propagatorom konsekwencji w zamianie słowa w czyn. Po zapowiedzi prywatyzacji Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej nie da się jednak dalej promować miasto w oparciu o slogan Wschodzący Białystok. Bo wychodzi na to, że by nadal mogło się dynamicznie rozwijać, musi sięgnąć do swej tradycji (nie odnosi się ona tylko do historii i kultury, ale też gospodarki) i wyprzedać jedyne rodowe srebro. Tej sprzeczności nie da się skryć za parawanem dyscypliny klubowej czy retoryki, a jej negacja będzie gwałtem na zdrowym rozsądku, logice i spójności dotychczasowej strategii promocyjnej. I pośrednio dowodem, że Białystok już tak prężnie świtem nie powstaje, a coraz częściej w przedwieczornej ciszy powoli konać zaczyna.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie