Wzlot i upadek pewnego szlachcica

    Wzlot i upadek pewnego szlachcica

    Agnieszka Kaszuba

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Sam mówił, że lepiej tu być, na tej ziemi, niż do Żydów jeździć pracować - mówi sąsiadka o Tołwińskim

    Sam mówił, że lepiej tu być, na tej ziemi, niż do Żydów jeździć pracować - mówi sąsiadka o Tołwińskim

    Jeszcze tydzień temu chciał błyszczeć, a dziennikarzy zapraszał na konferencje. Teraz dziennikarzy wyrzuca z własnej posesji i straszy sądem.
    Sam mówił, że lepiej tu być, na tej ziemi, niż do Żydów jeździć pracować - mówi sąsiadka o Tołwińskim

    Sam mówił, że lepiej tu być, na tej ziemi, niż do Żydów jeździć pracować - mówi sąsiadka o Tołwińskim

    Z małej podlaskiej wsi wkroczył na salony polityczne. Był młody, ambitny, miał ikrę. Miał być przyszłością ruchu ludowego. Do tego mógł się pochwalić szlacheckim pochodzeniem. Obnoszenie się z magnactwem spowodowało, że z rodzinnej Jasionówki, gdzie stoi zaledwie kilka zabudowań, zrobił się szlachecki zaścianek. Zaskarbił sobie nie tylko sympatię osób świeckich, ale także duchownych. Tajemnicą nie jest to, że miał posłuch i poparcie arcybiskupa Antoniego Dydycza. Mimo to Krzysztof Tołwiński z samej góry spadł na dno. Były wicemarszałek województwa nie dostał się do sejmiku. Nie dość tego - jego były parobek oskarża go o dotkliwe pobicie w noc wyborczą.

    Piął się do góry

    To była zawrotna kariera. Chłopak z Jasionówki skończył technikum leśne w Białowieży, ale już niedługo zaczął zarządzać ponad stu pięćdziesięcioma hektarami w rodzinnej wsi.

    - Nie bał się. Nie porzucił gospodarstwa po ojcach, tak jak inni, i nie wyjechał gdzieś za granicę - komentuje Alicja Brzezińska, sąsiadka Tołwińskiego. - Sam mówił, że lepiej tu być, na tej ziemi, niż do Żydów jeździć pracować.

    Krzysztof Tołwiński po szkole nigdzie nie musiał wyjeżdżać, bo szczęście się do niego szybko uśmiechnęło. Najpierw został wójtem gminy Dziadkowice, a niedługo później wywalczył stanowisko prezesa Podlaskiej Izby Rolniczej. Aż w końcu, cztery lata temu, zdobył mandat radnego startując z list PSL w swoim okręgu.

    Zaskoczenie było tym większe, iż parę tygodni po tym Tołwiński został wybrany wicemarszałkiem województwa podlaskiego i zajął się jednymi z najtrudniejszych działek: zdrowiem i oczywiście rolnictwem. Jedni się śmiali, że porywa się z motyką na księżyc, inni patrzyli na niego z uznaniem i podziwem. Mówili, że braki w wykształceniu nadrabia zaangażowaniem. A Tołwiński z wielką swobodą dzielił i łączył szpitale, jednym zabierał, drugim dawał i podejmował strategiczne decyzje, ważkie dla mieszkańców Podlasia.

    Uznanie miał też w PSL, u samego Pawlaka. Profesor Adam Dobroński szykował Tołwińskiego nawet na prezesa ludowców na Podlasiu. Mówił o nim w samych superlatywach, jako o przyszłości i młodym tchnieniu PSL.

    Cztery lata później jednak miało się okazać, że grubo się pomylił, a Tołwiński zamiast z ludowcami, wolał w poprzednim sejmiku za stanowisko wicemarszałka zbratać się z Prawem i Sprawiedliwością. Podczas sesji kilkakrotnie padała jego kandydatura. Do ostatniego dnia powtarzano głosowania. Bez skutku. Tołwiński przypłacił to mandatem. W ostatnich wyborach do sejmiku nie został wybrany.
    Wszystko załatwił

    Ubolewają nad tym przede wszystkim mieszkańcy gminy Dziadkowice i rodzina Krzysztofa Tołwińskiego. Bo były wicemarszałek był znany z tego, że swoim to wszystko załatwił. Jedną z jego pierwszych decyzji w urzędzie było zatrudnienie na stanowisku dyrektora departamentu geodezji i rolnictwa Haliny Dondziło, która później okazała się "bliską przyjaciółką" Tołwińskiego. Nie było mowy także o tym, aby jeden z największych podlaskich szlachciców zapomniał o swoim zaścianku.

    - Źle się stało. To był nasz człowiek. Dużo tutaj zrobił. Przede wszystkim wystawę koni. Ludzi z miasta waliło co niemiara. Fajnie było - przyznaje Antoni Tołwiński, kuzyn byłego wicemarszałka. - No i region wspomagał. Na szpital w Siemiatyczach dał, na kurię w Drohiczynie.

    - Nie powiem, bo i o gminę, i o powiat dbał - przyznaje Marian Skomorowski, wójt Dziadkowic. - Bardzo proszę, pomógł wyremontować dwie remizy, kupić nowy wóz strażacki, droga w Korzeniówce z unijnych pieniędzy się buduje, droga do Malewicz... Teraz nie ma go w samorządzie, to tak dobrze już nie będzie.

    Droga do Malewicz to także droga dojazdowa do posiadłości Tołwińskich. W nią także były wicemarszałek inwestował unijne pieniądze i wybudował sobie za nie zbiornik wodny... Pokazów koni szlachcic także nie finansował z własnej kieszeni. Tuż przed kampanią przed jesiennymi wyborami, z budżetu województwa na festyn w posiadłości Tołwińskich poszło 20 tysięcy złotych.

    Faktem, że Tołwiński nie dostał się do sejmiku, jest także zawiedziony i zbulwersowany jego stryj Stanisław Tymoszuk.

    - Głosowałem na niego i inni też, bo jest w porządku - mówi. - I zawsze pomoże, bo serce ma. Dwa czy trzy lata temu do szpitala w Siemiatyczach musiałem się położyć, ale miejsc nie było. Powiedziałem: - Krzysiu, pomóż. No i pomógł. Miejsce w tym szpitalu raz-dwa się znalazło.

    Zdzisław Hodun, jeden z najbliższych sąsiadów Tołwińskiego, również nie kryje rozpaczy po porażce szlachcica z wioski.

    - No, tyle dobrego zrobił. Popierałem go we wszystkim. Mało tutaj takich, a może nawet wcale - mówi.

    Krew nie woda

    W okolicy wszyscy wiedzą, że Tołwiński nie tylko jest dobrym gospodarzem, ale też ma temperament. To, że w jego żyłach płynie krew nie woda, udowodnił dwa lata temu, kiedy na łamach prasy zdradzał kulisy swojego związku z Haliną Dondziło, jednocześnie mając żonę. Tajemnice jego alkowy, które ujrzały wówczas światło dzienne, doprowadziły do załamania w koalicji w sejmiku poprzedniej kadencji, a opozycja zażądała głowy Tołwińskiego i jego stanowiska. Wtedy jednak udało mu się cało wyjść z opresji, a tajemniczy związek i z żoną, i z Haliną Dondziło nadal trwał...

    Kuzyn byłego wicemarszałka podziwia go wręcz za jego powodzenie u kobiet.

    - A co, bab zwozić nie może? Toć to młody facet, niech coś ma jeszcze z życia - mówi Antoni Tołwiński.

    Tołwińskiego we wsi znają także z porywczości. Nie cichną plotki o jego rzekomym pobiciu, wywiezieniu za wieś i porzuceniu byłego już parobka, który w niedzielny wieczór wyborczy pracował u Haliny Dondziło. - Powiedziałem mu (Krzysztofowi Tołwińskiemu - przyp. red.), że już u nich nie będę pracować. Poszedłem do pokoju. Wpadł tam Krzysztof Tołwiński. Zaczął mnie bić po twarzy, przy okazji też dusił - wyznaje Andrzej Juszczyk.

    Juszczyk później miał zostać wywieziony przez przyszłego zięcia Tołwińskiego do Korycina i tam porzucony z banknotem stuzłotowym na odchodne. Tołwiński wszystkiemu zaprzecza, a o Juszczyku ma jak najgorsze zdanie. Twierdzi, że to alkoholik, który nie chciał pracować, tylko pieniądze dostawać.

    We wsi jednak nikogo zdarzenie nie dziwi.

    - A bo to raz tam dymek był? Tłucze non stop. Nie tylko parobków - mówi pomocnik w sąsiednim gospodarstwie. - Jestem tu już od trzech lat i tam ciągle coś się dzieje.

    Alicja Brzezińska broni Tołwińskiego.

    - To dobry Polak. Dobry ojciec. Sześcioro dzieci wychowuje, o ziemię dba, nie pije. A że wybuchowy jest, to już trudno. A zresztą, jak parobek był niedobry, to co miał z nim zrobić...

    Stryj Tołwińskiego nie wierzy w to, aby jego siostrzeniec muchę mógł skrzywdzić. Wszystko uważa za polityczną prowokację.

    - To jakieś plotki. Znam go i nigdy niczego takiego nie było. Konkurencja te plotki rozsiała. U nas tutaj mówią, że to ci z Platformy Obywatelskiej - dodaje Stanisław Tymoszuk.

    Konie będzie paść

    Ale jeszcze przed wyborami, Platforma straszna Tołwińskiemu nie była. Zapowiadał, że w sejmiku dostanie przynajmniej pięć mandatów razem z prawdziwymi ludowcami z PSL "Piast". Z "liberałami od Dobrońskiego" nie chciał mieć nic wspólnego. Teraz może pluć sobie w brodę, bo to oni zdobyli pięć mandatów, a siemiatycki szlachcic został z niczym, a "Piast" nie przekroczył nawet progu wyborczego.

    Sam Tołwiński nie chce mówić, co będzie robić teraz, kiedy wypadł z białostockich salonów politycznych. Na razie jest w domu i dogląda majątku, nie tylko swojego, ale także swojej przyjaciółki Haliny Dondziło.

    Nieprzychylni mu ludzie w okolicy już zacierają ręce i marzą o widoku wicemarszałka pracującego własnoręcznie na roli.

    - Chciał być pan, a teraz sam te swoje konie będzie paść i chrabąszcze w lesie zbierać - mówią ludzie.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (3)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo