Wyczółki. Aldona Skirgiełło i Fred Samuels postanowili żyć zgodnie z naturą

Julita Januszkiewicz [email protected]
Gospodarze uwielbiają zwierzęta. Za ogrodzeniem  w zgodzie żyją egzotyczne alpaki i nasze swojskie owieczki. Czasami czworonogi bywają nieposłuszne i trzeba je przywołać   do porządku.
Gospodarze uwielbiają zwierzęta. Za ogrodzeniem w zgodzie żyją egzotyczne alpaki i nasze swojskie owieczki. Czasami czworonogi bywają nieposłuszne i trzeba je przywołać do porządku. Anatol Chomicz
Bez prądu i wody, daleko na wsi. Takie miejsce do życia wybrali sobie Aldona Skirgiełło i jej angielski mąż Fred. - Pochodzę z Warszawy, ale zawsze ciągnęło mnie do natury - mówi pani Aldona.

Przy brukowanej drodze we wsi Wyczółki, niecałe pół kilometra od granicy z Białorusią, stoi drewniana, kryta strzechą, chałupa. Wchodząc na podwórko ma się wrażenie, że czas cofnął się o jakieś kilkadziesiąt lat. W głębi stajnia i stodoła, a także studnia. Wszystko stare, z klimatem.

Zza ogrodzenia spoglądają alpaki, które żyją w zgodzie z owieczkami. W chlewku rządzą świnka peruwiańska Ryjek i jałówka Daisy. - Kupiłam ją od przyjaciół koło Poznania - opowiada Aldona Skirgiełło, właścicielka gospodarstwa.

Ubrana po farmersku, w przetarte dżinsy i gumiaki, próbuje zagonić do stajni nieposłusznego źrebaka. Istna sielanka.

Chciała wrócić do korzeni

Aldona Skirgiełło jest warszawianką. W stolicy się urodziła, wychowała, kształciła. Niedoszła pani prokurator, mówi o sobie. Jej prawdziwą życiową pasją stały się konie. To właśnie dla nich porzuciła prawniczą karierę. Nigdy tego nie żałowała. Najpierw przez 18 lat pracowała przy wyścigach na Służewcu. Była jeźdźcem, a następnie profesjonalnym fotografem. Potem wyjechała do Anglii. Tu spędziła dziewięć lat. Na uniwersytecie w Cambridge skończyła hipologię (naukę o koniach).

Doświadczenie, zdobyta wiedza i zamiłowanie przydały się jej podczas pracy w Newmarket - światowej stolicy jeździectwa wyścigowego. Prowadziła stadninę, trenowała konie wyścigowe oraz miała własną klacz. Kiedy zrezygnowała z tej pracy, musiała szukać stajni dla swojej ulubienicy, dosyć temperamentnej wyścigowej Kamphory. No i los chciał, że trafiła do stajni Freda Samuelsa.

Po jakimś czasie zaczęli się spotykać, nie tylko w stajni. Nic dziwnego, mieli przecież wspólne tematy i zainteresowania. Oboje połączyła miłość do koni. Pobrali się, w Anglii rozwijali hodowlę tradycyjnych koni cygańskich. Od pokoleń zajmowała się tym rodzina Freda.

Aldona jednak marzyła o powrocie do Polski. Chciała się osiedlić na Kresach, skąd pochodzą jej przodkowie. Przed wojną pradziadek był naczelnikiem sądu w Grodnie. Kiedy na te tereny weszli bolszewicy, został wyrzucony z sądu i musiał pracować jako leśnik. Rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania, tułając się po lasach. Zdarzyła się tragedia, pradziadek utonął w rzece Niemen, ratując komuś życie. W 1936 roku wdowa - prababcia z trojgiem dziećmi wyjechała do Białowieży, by następnie przenieść się do Poznania. Wybuch II wojny światowej zastał rodzinę Skirgiełłów w Warszawie.

Dlatego po latach Aldona nie wahała się ani chwili, by zamieszkać na Podlasiu. Do swojego pomysłu musiała jednak przekonać Freda. Łatwo nie było. Mąż kręcił na Polskę nosem. Uważał, że skoro tyle osób ucieka wyjeżdża z Polski do Anglii, to nie jest to dobre miejsce na zamieszkanie. Mimo wszystko pojechał, by zobaczyć nieznany mu kraj. Kiedy pierwszy raz odwiedził Warszawę, bardzo mu spodobało.

Ale nie w tłocznej i hałaśliwej stolicy małżeństwo chciało żyć. Oboje marzyli o życiu jak za dawnych lat, z dala od cywilizacji, w zdrowym i ekologicznym otoczeniu. Tym bardziej, że mieli już pewne doświadczenia.

Koczowali i żyli w przyczepie

- Fred to angielski Cygan, podróżnik - mówi o mężu Aldona Skirgiełło. W latach 80. żył w przyczepie i wędrował i koczował przy drogach. Ona też nie potrafi tkwić w jednym miejscu. Wielokrotnie przeprowadzała się. Przez jakiś czas za granicą jej domem była nawet przyczepa. Zresztą, jak opowiada, taki samowystarczalny i ekologiczny tryb życia jest modny w Anglii i USA. Ludzie żyją bez prądu i bieżącej wody. A wszystko po to, by być maksymalnie niezależnym i dbać o zdrowie.

- Męczyło mnie miasto. Źle się czułam w bloku. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, babcia budziła mnie skoro świt, już o piątej rano, by pojechać na działkę na Mokotowie. Lubiłam to. Zawsze mieliśmy własne warzywa - mówi pani Aldona.

Wybrali wieś pod granicą

Tęsknota za życiem w naturze, na odludziu ciągle dawała jej o sobie znać. I w końcu zew krwi pociągnął ją na Podlasie. Aż pod granicę z Białorusią. Z Fredem wybrała ten region, bo nie jest on jeszcze tak zniszczony przez cywilizację.

Długo szukała odpowiedniego miejsca. Zjeździła okoliczne wsie, aż znalazła wymarzone siedlisko. Dwa lata temu, pewnego dnia zatrzymała się przed drewnianym, opuszczonym domem w Wyczółkach.

- Przypadkiem zagadał do mnie chłopak, który odśnieżał śnieg. Powiedział, że to gospodarstwo jest na sprzedaż - wspomina pani Aldona.

Od razu zadzwoniła do właściciela z Gdańska. Dogadali się co do ceny. I można było się powoli osiedlać. Do Wyczółek chcieli zjechać na tę wiosnę. Ale ich plany przyśpieszyło to, że u znajomej koło Poznania urodziła się jałówka rasy Jersey.

- Chcieliśmy ją kupić do naszego przyszłego gospodarstwa, ale Kasia z Jackiem nie mogli jej trzymać u siebie - opowiada pani Aldona. - Prowadzą pensjonat dla koni i brakowało w nim miejsca. Dlatego na Podlasiu zamieszkałam już we wrześniu, a mąż zjechał tu w grudniu.

Od razu zakasali ręce. Pracy było w bród. Trzeba było wyciąć ponad hektar samosiejek, postawić ogrodzenie. Sąsiedzi bardzo im pomogli. Potem przyszła kolej na remont starego domu. Dach pokryli tradycyjną słomianą strzechą. Poprawili drewnianą stajnię i stodołę. Uporządkowali ogród. Zasadzili stare odmiany jabłoni, czereśni i gruszy.

Życie bez światła i bieżącej wody jest tańsze i zdrowsze

Od razu postawili na tradycyjne gospodarstwo, jak przed wieloma laty. Bez prądu i bieżącej wody. Chcą korzystać z energii słonecznej, wkrótce zamontują panele fotowoltaiczne. A na razie na dwie godziny wieczorem włączają agregat, żeby mieć prąd. Przekonują, że da się tak żyć. Nie oglądają telewizji. Aldona uwielbia czytać książki.

Za to niemal całe dnie spędzają na świeżym powietrzu. - W obejściu stale jest co robić. Trzeba nakarmić zwierzęta, posprzątać na podwórku, zająć się zagospodarowywaniem działki, gdzie zostało do usunięcia jeszcze wiele korzeni po ściętych drzewach - wylicza pani Aldona.

W domu nie ma też kanalizacji. Ale - jak śmieje się gospodyni - tu, w porównaniu do Anglii, gdzie trzeba było przywozić wodę w tysiąclitrowym baniaku, jest luksus. Bo dwa kroki od domu stoi studnia z czystą i zdatną do picia wodą. Myją się tradycyjnie w misce, toaleta (kompostowa ) stoi na podwórzu. Przekonują, że u nich jest bardziej higienicznie niż w mieszkaniu w bloku, gdzie najczęściej obok kuchni znajduje się łazienka. Poza tym zużywając mniej wody, dbają o środowisko.

Nie da się jednak tak zupełnie uciec od cywilizacji. Aldona i jej mąż Fred prowadzą bloga, w którym opisują swoje życie i zwierzęta. Dostęp do internetu mają na doładowanie od operatora komórki.

- Dobrze nam się tu żyje. Jest tak spokojnie, nie ma żadnego stresu - zachwala Fred.

A Aldona dodaje, że i oszczędnie, bo mają mniej rachunków. Płacą jedynie podatek, ubezpieczenie w KRUS i za wywóz śmieci. Po zakupy jeżdżą do Nurca Stacji albo kupują w sklepie obwoźnym, który pojawia się we wsi co jakiś czas.

Swoim sposobem na życie chcą zainteresować innych. Chętnych na spróbowanie jak to jest być chociaż przez kilka dni z dala od cywilizacji, nie brakuje. Dzwonią znajomi z Polski i z Anglii, którzy szukają odpoczynku od szybkiego tempa życia.

- Kiedy ludzie dowiedzieli się, że żyjemy w starym drewnianym domu z piecami kaflowymi, już chcieli przyjechać na takie wakacje jak u babci. A myśmy nie mieli ich gdzie przenocować - śmieje się pani Aldona.

Wpadli więc na pomysł, by w Wyczółkach stworzyć żywy skansen. Zamierzają postawić dwa, trzy drewniane, kryte strzechą domy - z kuchnią, ale bez łazienki. Dla gości przygotują prysznice zasilane energią słoneczną. Organizowaliby warsztaty, uczyliby tradycyjnego wypieku chleba w piecu, wyrobu sera, domowych wędlin i ziołowych, zdrowotnych nalewek. Atrakcją byłoby oranie pola pługiem konnym, koszenie zboża kosą a nawet sierpem. Plany są i takie, by na działce stworzyć ogród warzywny. Letnicy mogliby też sami produkować zdrową i ekologiczną żywność według dawnych przepisów.

- Zamierzamy stosować koński obornik - mówi Aldona. Chce uprawiać eksperymentalnie zboża starych odmian, jak np. pszenica płaskurka czy kamut. Są one ekologiczne, pochodzą z certyfikowanych upraw.

Aldona Skirgiełło i jej mąż wierzą, że skansen ruszy już latem. A turyści na własne oczy przekonają się, jak kilkadziesiąt lat temu żyło się na podlaskiej wsi.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

to jakie wy głupoty tu napisaliście o tej oszustce to cała prawda o waszej rzetelności

Dodaj ogłoszenie