Wybuch na weselu: Granat ranił trzy osoby. Taka była zabawa

Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku
Wnętrze białostockiej piekarni w 1916 r. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku
Wnętrze białostockiej piekarni w 1916 r. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku
Pamiętacie Państwo słynną scenę z "Samych swoich" z granatami w roli głównej? Któż by mógł zapomnieć ciągle aktualną sentencję, że sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Ten argument w sporze Pawlaka z Kargulem nie był tylko wymysłem scenarzysty.

W rozmaitych "Polaków rozmowach" w okresie międzywojennym ten argument ostateczny był często stosowany. Żadna porządna wiejska zabawa nie obyła się choćby bez demonstracji siły. Nie tam, żeby od razu rzucać. Wystarczyło nastraszyć. Ale czasem trafiała kosa na kamień i trzeba było iść na całość. Tradycją było to, że wesele bez bijatyki to tak jakby go nie było. W czerwcu 1928 r. jeden z uczestników zabawy rzucił ręczny granat, od wybuchu którego zostały ranne 3 osoby. To rozumiem udane wesele!

Ale granat był też argumentem w sporach polityczno-biznesowych. Na Dojlidach Fabrycznych pod 18. miał piekarnię Aleksander Parafianowicz. Jesienią 1928 r. wśród robotników białostockich piekarni rozpoczęły się strajki. Chodziło oczywiście o podwyżki.

Parafianowicz upatrując w tych strajkach swoją szansę nieznacznie podwyższył pracownikom stawki, po czym jego piekarnia z pełną mocą zaczęła produkować świeże bułeczki. W piekarnianym światku zawrzało. Takie przykłady łamania solidarności strajkowej zawsze budziły niechęć, ale żeby jeszcze na tym zarabiać! Tego było już za wiele. W Białymstoku zebrał się natychmiast Komitet Strajkowy. Radzono co począć z łamistrajkami. Jednym z członków komitetu był niejaki Ryszard Wize. Z ponurym obliczem przysłuchiwał się burzliwej dyskusji. Im dłużej trwała, to w głowie Wizego powstawał precyzyjny plan. Przypomniał on sobie o koledze Kazimierzu Celińskim. Ten na jakiejś suto zakrapianej męskiej biesiadzie zaczął przechwalać się, że podczas ćwiczeń wojskowych, na których był w lecie, znalazł w polu dwa granaty. Celiński ze znawstwem określał, że były francuskie i tłukły wszystko w promieniu 100 metrów. Wize już wiedział co zrobi z dojlidzkimi łamistrajkami. Po zebraniu komitetu udał się do mieszkania Celińskiego. Ten, gdy usłyszał o co chodzi, stanowczo odmówił pomocy. Wize nie ustępował. W końcu groźbą i szantażem zmusił znajomego do uległości.

Był piątek 12 października 1928 r. Wieczorem Wize wynajął dorożkę. Zajechał nią po Celińskiego Upewniwszy się, że ten ma granaty, kazał dorożkarzowi jechać na Dojlidy pod piekarnię Parafianowicza. Gdy dotarli na miejsce, Wize dał Celińskiemu latarkę i wytłumaczył dokąd ma on uciekać po rzuceniu granatów. Sam zaś pojechał dorożką do domu "aby odwrócić od siebie ewentualne podejrzenie o współudział". Celiński siedząc ciemnościach myślał co począć. Przypomniał sobie jednak o groźbach Wizego. Wolał nie ryzykować. Wyczekał aż wszyscy pracownicy piekarni wejdą do budynku i zaczną pracować. To był najwłaściwszy moment, aby zacząć działać. Celiński "zdając sobie sprawę z ewentualnych następstw, zdjął czapkę, przeżegnał się, jak na prawdziwego katolika przystało, poczem rzucił granaty na podwórze przed oknami piekarni, gdzie odbywała się praca. Sam zaś uciekł w stronę lasów dojlidzkich".

Francuskie granaty nie zawiodły. Wybuch był potężny. W piekarni wyleciały wszystkie okna. Jedna ze ścian została poważnie uszkodzona. Szczęśliwie żadnemu z pracujących w piekarni pracowników nic się nie stało. Na miejsce zamachu natychmiast wezwano policję. Śledczy szybko zainteresowali się Komitetem Strajkowym, a w konsekwencji tego Ryszardem Wize. Zaczęto badać jego kontakty i znajomości. Tak namierzono Celińskiego. 31 stycznia 1929 r. przed sądem okręgowym w Białymstoku rozpoczął się piekarski proces. Celiński z miejsca przyznał się do wszystkiego. Opowiedział jak na spowiedzi całą wybuchową historię. Dla odmiany Wize zaprzeczył wszystkiemu. Twierdził, że nigdy nie spotkał Celińskiego, a z granatami nie miał w życiu nic do czynienia.

Sąd nie dał mu wiary. Jeszcze tego samego dnia ogłoszony został wyrok. Obaj zamachowcy zostali skazani na kary po trzy lata więzienia. Parafianowicz był kontent, że sprawiedliwości stało się zadość. Wize mógł jedynie westchnąć, że nawet granaty nie pomogły, aby pomimo sądu sprawiedliwość była po jego stronie.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

r
rex
Mnie zafrapowało co innego przedwojenna policja szybko złapała sprawców a przedwojenny sąd szybciutko wydał wyrok. Ciekawe ile dziś trwałoby najpierw dochodzenie policji a potem 125 rozpraw karnych sądu. Wystarczyłoby dziś następne 4 czy 5 lat ? czy to za krótki termin.
j
jaaa
poważna gazeta, artykuł dotyczy zdarzeń z 1928 roku a fotka z 1916 roku, pokazująca niemiecką wojskową piekarnię, pełen profesjonalizm
m
madzia
Świeżutki news :/
j
ja
dobre zdjecie:)
a
anna
po co oni tutaj takie rzeczy dodają... człowiek myśli,że to jakaś tragedia a to im się na wspominki zebało.
f
fredek
macie może coś jeszcze starszego ???hehe
Dodaj ogłoszenie