"Wojenne" eskapady

Andrzej Lechowski
Przystanek autobusowy przed Ratuszem. Około 1930 r. Fot. ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.
Przystanek autobusowy przed Ratuszem. Około 1930 r. Fot. ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.
Animozje łomżyńsko-białostockie to, niestety, fakt. W sferze słownej pojawiają się w nazewnictwie. Białostoczanie to śledzie, łomżyniaki to londyńczycy (od dawnej rejestracji samochodowej).

Chodziło o określenie finezji poruszania się autem po mieście. Oczywiście obie strony sporu oskarżają się o wszelkie bezeceństwa itp.

A jak było z czynami? Posłuchajcie Państwo takich oto historyjek.
W pewien majowy dzień 1930 roku do Białegostoku przyjechał mieszkaniec podłomżyńskiej wsi, niejaki Józef Rakowiecki. Sprowadziły go do miasta sprawy własności ziemi. Swoje kroki skierował więc na Rynek Kościuszki 3, do Okręgowego Urzędu Ziemskiego. Ku jego zaskoczeniu, "śledzie" załatwiły go szybko i pozytywnie.

Zadowolony łomżyniak udał się na zakupy. W pobliskim sklepie Homana i Pawlaka (w klasztorze Sióstr Miłosierdzia) nabył, potrzebną mu do domu, patentową latarkę elektryczną. Kontent ze sprawnego załatwienia interesów na "terenie wroga", wstąpił do jednej z wielu pobliskich piwiarni i... upił się z radości.

Wyproszono go z lokalu. Czasu do odjazdu autobusu było jeszcze sporo. Pan Józef wpadł więc na pomysł wyśmienity (jego zdaniem). Oto zaczajał się w załomkach kamienic przy Sienkiewicza i widząc nadchodzącego przechodnia, wyskakiwał przed niego znienacka. Świecił mu latarką prosto w oczy i przeraźliwie wrzeszczał: "Jest przepustka z komendy miasta? Teraz bez przepustek chodzić nie wolno!". Rozochoconemu "stróżowi porządku" udało się nawet "aresztować" jakiegoś Bogu ducha winnego staruszka. Tego już było za wiele.

Na prośbę przechodniów przywołano policjantów z I komisariatu policji z Warszawskiej 3. Ci aresztowali Rakowieckiego. Zaprowadzili go pod eskortą przed Ratusz na przystanek autobusowy i wyekspediowali do Łomży.

No, a białostockie wyczyny? A oczywiście, że są, i to w dodatku międzynarodowe! W okresie międzywojennym na ul. Pałacowej 5 znajdowała się wyśmienita turecka piekarnia. Prowadził ją Mustafa-Ince, Arab. W interesach pomagał brat stryjeczny Mustafa-Ince, Arab ben Helil. Tak mu pomagał, że w efekcie rąbnął 3618 zł i zniknął.
Policja rozpoczęła dochodzenie. Poszukiwania złoczyńcy trwały kilka dni. Ben Helil odnalazł się w... Łomży. Czy miał tam kolejnego brata czy swata? Tego nie wiemy. Łomżyńscy policjanci czym prędzej odesłali, też pod eskortą - jak wojna to wojna - "sliedzikującego" Turka do Białegostoku. I tak na wiosnę 1930 roku bilans wyszedł na zero!

A może by tak z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia zacząć sobie wybaczać wszystkie historyczne zaszłości?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie