Włodzimierz Szaranowicz o fenomenie Małysza. Autobiografia mistrza mikrofonu już w sprzedaży

Materiał informacyjny Wydawnictwo SQN
Udostępnij:
Jego niepowtarzalny głos przez lata rozbrzmiewał w polskich domach, towarzysząc największym sukcesom polskich sportowców. Teraz Włodzimierz Szaranowicz postanowił opowiedzieć o swoim życiu i karierze zawodowej. W dniu premiery jego autobiografii prezentujemy obszerny fragment książki, w którym mistrz mikrofonu opowiada swojej córce Marcie Szaranowicz-Kusz o fenomenie Adama Małysza.

Zamów książkę „Włodzimierz Szaranowicz. Życie z pasją” już teraz na https://idz.do/premiera-szaranowicz

Kiedy po raz pierwszy widziałeś, jak Adam Małysz skacze?

W 1995 roku na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w kanadyjskim Thunder Bay. Szczupły, z tym swoim wąsikiem, wyglądał jak zadziorny cherubinek. Z jednej strony wydawał się szalenie nieśmiały, z drugiej pewny siebie. Pomyślałem, że jest z niego materiał na zawodnika, którego nic nie przeraża – żaden trening, żadne obowiązki, żaden wysiłek. Czułem, że będzie chciał szybko dokonać czegoś znaczącego w sporcie i pokazać się światu. Przyjechał z mistrzostw świata juniorów w szwedzkim Gällivare, gdzie zajął dziesiąte miejsce. W Thunder Bay – już w gronie seniorów – w dwóch konkursach też był dziesiąty i jedenasty. Natychmiast wzbudził ogromne zainteresowanie dziennikarzy. W sportach zimowych od dawna brakowało nam sukcesów. Istniała wielka tęsknota i chęć nawiązania do legendy Stanisława Marusarza, wicemistrza świata z Lahti z 1938 roku, i wielkiego zwycięstwa Wojciecha Fortuny, który został mistrzem olimpijskim w Sapporo w 1972 roku. Ostatnie dobre występy w Pucharze Świata odnotowali Piotr Fijas i Stanisław Bobak. Bobak zdobył trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w sezonie 1979/1980. Fijas w 1987 roku został w Planicy rekordzistą świata w długości skoku. Od tego czasu polskie skoki narciarskie nie notowały żadnych sukcesów. (…)

Przełom nastąpił po pojawieniu się menedżera Ediego Federera, byłego skoczka i ważnej postaci w świecie skoków, który zainteresował się talentem Adama Małysza. To on pierwszy zaczął naciskać na to, żeby ściągnąć dobrego zagranicznego trenera. Ale kolejni fachowcy odmawiali. Nie widzieli perspektyw przed polską kadrą. Po długim poszukiwaniu nominację na trenera otrzymał działacz związku i były zawodnik kombinacji norweskiej Apoloniusz Tajner. Popełniłem wtedy jedną z największych gaf w życiu. Komentując na antenie ten wybór, powiedziałem: „Jaki trener, takie pieniądze, jakie pieniądze, taki trener”. Pomyliłem się całkowicie. Apoloniusz na szczęście jest człowiekiem przyjaznym, który nie chowa urazy. Później zresztą zostaliśmy druhami od serca.

Dlaczego tak wtedy myślałeś?

Tak mi się wydawało. Polo prowadził sklep sportowy i był działaczem narciarskim. Nie miał nic wspólnego z trenowaniem. Ale równolegle w związku rozpoczęto wielkie łowy na sponsorów. Dzięki ich pozyskaniu – zwłaszcza wielkiego koncernu paliwowego – grupa mogła przejść z amatorstwa na pełen profesjonalizm. Tajner okazał się człowiekiem niezwykle światłym i otwartym. Ściągnął do współpracy znakomitych naukowców. Fizjologa – profesora Jerzego Żołądzia z krakowskiego AWF-u, który współpracował z Akademią Królewską w Londynie i z Ośrodkiem Fizjologii Sportu w Amsterdamie. Psychologa sportu – profesora Jana Blecharza. Obaj odegrali bardzo ważną rolę w nowym zespole szkoleniowym, pracując nad nastawieniem zawodników do sportu i życia. Profesor Żołądź przede wszystkim wprowadził drakońską dietę. Aby zmotywować zawodników, płacił im 100 marek za każdy zrzucony kilogram wagi. Trener Tajner z kolei całkowicie zmienił treningi. Postawił na wspomniany wcześniej system niewielkiej liczby prób, ale dobrych jakościowo. Ważną postacią w sztabie stał się też Piotr Fijas, który prowadził zajęcia. Zawodnicy wyskakiwali na jego wyprostowane ręce, ćwicząc w ten sposób wybicie. Sezon 1999/2000 był czasem układania współpracy całej ekipy, a kolejny – okresem zbierania żniw. Wprawdzie zaczął się pechowo – od dyskwalifikacji za zbyt długie narty na inauguracyjnych zawodach Pucharu Świata w Kuopio. Potem w całej Europie były ogromne problemy ze śniegiem. Bardzo słaba zima spowodowała odwołanie kliku konkursów. Słyszeliśmy, że Małysz jest w wielkiej formie, ale nie może tego potwierdzić. W końcu jednak przyszedł wspomniany Turniej Czterech Skoczni. Wielki sukces i początek małyszomanii.

Sukces, na który ty też jako komentator dość długo czekałeś.

Po raz pierwszy ze skokami miałem do czynienia na początku lat osiemdziesiątych jako reporter radiowy. Poznawałem wtedy to środowisko. W 1984 roku byłem już reporterem z telewizji na zimowych igrzyskach olimpijskich w Sarajewie. Potem w Calgary w 1988 roku. Wtedy jeszcze komentował je bardzo dobry specjalista Jerzy Mrzygłód. W ogóle lubiłem wszystkie sporty zimowe. Sam biegałem na nartach. Ale po tym, jak po raz pierwszy skomentowałem biegi, zadzwonił do mnie trener Edward Budny z Zakopanego i powiedział mniej więcej tak: „Słuchaj, Włodziu, miły z ciebie człowiek, ale pierdoły opowiadasz, więc może byś przyjechał do mnie na naukę” (śmiech). Skorzystałem z zaproszenia. To była cenna lekcja, pokazująca, że kontakt z trenerami jest niezastąpiony.

Podobnie wygląda to w skokach narciarskich. Chciałem zrozumieć całą filozofię: kiedy skok jest spóźniony, kiedy zawodnik wybija się za wcześnie, co w locie jest ważne. Rozmawiałem z trenerami i byłymi zawodnikami. Między innymi z Januszem Forteckim i Janem Gąsiorowskim, opiekunami Wojtka Fortuny. Wiele dały mi wykłady inżynierów Andrzeja Sztolfa i Piotra Pawlusiaka, którzy rysowali mi krzywe, żeby zobrazować idealny lot. Kopalnią wiedzy o fizjologii i nowoczesnym treningu był profesor Żołądź. Fantastyczny wykład zrobił nam podczas Pucharu Świata w Zakopanem Fin Mika Kojonkoski, uznawany wówczas za najlepszego trenera na świecie. Bardzo pomogła mi też przyjaźń z Polem Tajnerem, który potrafił opowiadać prostym językiem o tym, co jest w skokach najważniejsze, co było w danej próbie udane, a co nieudane. W efekcie miałem zeszyt notatek, puchnący coraz bardziej. Z całym sztabem szkoleniowym Adama byłem tak blisko, że nie mieli przede mną tajemnic. Ale też jeśli poprosili, żeby czegoś nie nagłaśniać, to po prostu milczałem. (…)

Powiedziałeś, że chodziłeś w tłum, by poczuć emocje kibiców. Czy komentatorowi potrzebny jest bezpośredni kontakt z publicznością?

Zdecydowanie. Poznałem na przykład ciekawą grupę menedżerek i menedżerów, którzy jeździli za Małyszem w czasach jego pierwszej wielkiej popularności. Spotykałem ich regularnie w Zakopanem i na wyjazdach zagranicznych. Zawsze byłem ciekaw, jak odbierają transmisję. Dostawałem od nich sporo ciepłych słów. A potrzebowałem tego, bo czasami miałem poczucie, że coś schrzaniłem. Bywało też tak, że kończyłem relację w przesadnej euforii i musiałem się wystudzić. Przydawała się wtedy analiza i ocena kogoś postronnego. Możliwość poznania opinii widzów zawsze procentuje.

Czyli relacja z widzem jest dwukierunkowa: ty prezentujesz im własny punkt widzenia i dzielisz się z nimi emocjami, ale jednocześnie czerpiesz od nich inspirację?

Tak. Bardzo często śledziłem różne komentarze, które ukazywały się po moich transmisjach. Bywało tam też trochę złośliwości, wytykania moich lapsusów językowych. Ale nawet z tego potrafiłem wyciągnąć wnioski. Ważniejsze dla mnie opinie dotyczyły jednak samego widowiska. Z nich zawsze czerpałem garściami. Jeżeli ludzie są pozytywnie nastawieni do sukcesu sportowego i odpowiada im narracja komentatora, to takie połączenie tworzy widowisko z prawdziwego zdarzenia. Myślę, że nie ma nic gorszego niż nie trafić w ucho widza i po prostu opowiadać mu rzeczy rozbieżne z tym, co sam widzi i czego oczekuje.

Zwłaszcza gdy widownie są milionowe.

Rekordowa widownia Pucharu Świata w Zakopanem liczyła 14,5 miliona osób. Najwięcej w historii polskiej telewizji obok widowni piłkarskich podczas Euro 2012. Żadne wydarzenia pozasportowe nie zdołały zbliżyć się do tych wyników. Małysz regularnie co tydzień gromadził przed telewizorami gigantyczne tłumy. I to jest największa sztuka – utrzymać zainteresowanie ludzi przez tak długi czas. Widzowie zwykle dość szybko się nużą. Szukają czegoś nowego. Kolejnej ekscytacji. Tu było wprost przeciwnie. Pojawiła się potrzeba przeżywania sukcesów Małysza bez przerwy. Nie dość, że te bezpośrednie transmisje miały tak duże widownie, to wszystkie powtórki i programy o skokach cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. To było naprawdę nadzwyczajne. Coś, co wcześniej w Polsce się nie zdarzyło.

Fragment pochodzi z książki „Włodzimierz Szaranowicz. Życie z pasją”, którą kupisz na https://idz.do/premiera-szaranowicz

Materiał oryginalny: Włodzimierz Szaranowicz o fenomenie Małysza. Autobiografia mistrza mikrofonu już w sprzedaży - Polska Times

Dodaj ogłoszenie