Władza złapana w sieć

Radosław Oryszczyszyn redakcja@poranny.pl tel. 085 748 95 47
Koncepcja władzy jako zdecentralizowanej sieci nie oznacza chaosu decyzyjnego i nie skazuje społeczeństwa na los dryfującego po wzburzonym morzu statku, nad którym nikt nie ma kontroli i który niechybnie rozbije się o jeden ze skalistych klifów.
Koncepcja władzy jako zdecentralizowanej sieci nie oznacza chaosu decyzyjnego i nie skazuje społeczeństwa na los dryfującego po wzburzonym morzu statku, nad którym nikt nie ma kontroli i który niechybnie rozbije się o jeden ze skalistych klifów.
W praktyce ścisłe oddzielenie władzy ustawodawczej od wykonawczej, a tej od sądowniczej itd. jest trudne, o czym świadczy choćby kulejąca polska kohabitacja między prezydentem Kaczyńskim a premierem Tuskiem.

"Kurier Poranny" podjął ciekawą debatę, do której zaproszono wszystkich białostoczan. Postawiono pytanie o to, kto rządzi Białymstokiem. Czytelnicy chętnie zabierali głos, odpowiadając na to jakże istotne dla każdego z nas pytanie. Wskazywano na szereg różnych ośrodków władzy: prezydenta Truskolaskiego, jego zastępców, marszałka województwa, posłów, ministrów, biznesmenów, księży. Krąg "podejrzanych" był szeroki. W artykułach, wywiadach oraz na internetowych forach pojawiały się zarówno nazwiska osób z pierwszych stron gazet, jak i tych rzadziej pojawiających się "na świeczniku".

Układ lokalny, układ globalny

Wśród uczestników debaty znalazło się nawet kilku zwolenników spiskowych teorii, poszukujących niejawnego "układu", łączącego interesy lokalnych polityków, biznesmenów i przemysłowców, z ukrycia rozdających karty białostockiej talii. To, czy naszym miastem rządzi tak zwany "układ", jest problemem w najlepszym razie dla dziennikarzy, zaś w najgorszym dla psychiatrów i jako skromny obserwator lokalnej sceny publicznej, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Tak czy inaczej, nietrudno dostrzec, że w kwestii tego, kto rządzi Białymstokiem, istnieje daleko idąca różnica zdań.

Spieszę donieść, że zmagając się z tym politycznym galimatiasem, nie jesteśmy w zmaganiu się z owym kłopotem osamotnieni. W jakże wielu wsiach i wioseczkach jak mantra powtarza się pytanie o to, kto rządzi naszą wsią: ksiądz czy sołtys? Problem władzy ma więc wymiar i lokalny, i globalny. Kto bowiem ma większy wpływ na porządek światowy: poszczególne państwa czy organizacje międzynarodowe, a może wielkie transnarodowe koncerny?

Światowy rząd Klubu Bilderberg

W lipcu tego roku niespełna pięćdziesięciotysięczne miasteczko Chantilly w amerykańskim stanie Wirginia gościło śmietankę najważniejszych osobistości świata polityki i biznesu: królów i książęta, byłe i obecne głowy państw, prezesów największych światowych przedsiębiorstw, ministrów i parlamentarzystów. Zebrania Klubu Bilderberg, bo tak nazywa się to nieformalne stowarzyszenie, są zamknięte dla dziennikarzy i odbywają się rokrocznie od 1954 roku. Wtedy to były doradca generała Sikorskiego, polski pisarz i polityk Józef Retinger zgromadził w jednym miejscu ówczesną elitę światową, aby w luksusowych salonach holenderskiego Hotelu Bilderberg dyskutować o problemach świata.

Nieformalny charakter spotkań, w których uczestniczą osoby o ponadprzeciętnych wpływach, skłania niektórych obserwatorów do podejrzeń, iż bilderbergowcy (jest wśród nich kilku Polaków) tworzą w rzeczywistości coś w rodzaju rządu światowego. W zaciszu hotelowych salonów decydują o globalnym status quo. Pochodzący z Rosji dziennikarz Daniel Estulin, autor książki "Prawdziwa historia Klubu Bilderberg", jest przekonany, że współczesne procesy globalizacyjne, wspólne waluty i postępujące zacieranie granic to nic innego, jak realizacja tajnego planu bilderbergowców przejęcia całkowitej władzy nad światem.

Jakkolwiek by nie traktować dociekań zwolenników światowego spisku i cokolwiek by nie sądzić o wizji świata sterowanego przez grupę bogaczy, która paląc cygara i zajadając kawior popijany szampanem, decyduje o cenach ropy, wynikach wyborów prezydenckich w USA czy miejscu kolejnego zamachu al Kaidy, ludzkie dążenie do wskazania palcem tego, kto nami rządzi, jest całkowicie naturalne. Wynika z naszej skłonności do porządkowania świata, która niekiedy przesłania inną właściwość rzeczywistości: jej niesamowitą złożoność. Porządkujemy więc świat z potrzeby ładu, dokonując najczęściej nieuprawnionych uogólnień oraz uproszczeń. Owe wyjaśnienia są - co jasne - różne, w zależności od tego, kto je formułuje.

"Ty wiesz, kto rządzi w mieście tym…"

Kilkanaście dni temu w "upadłym" kinie Syrena przy ul. Świętego Rocha występował warszawski zespół T.Love. Jednym z największych przebojów tego zespołu jest piosenka o częstochowskim outsiderze Kingu, który zawsze był na bakier z władzą, jakakolwiek by ona nie była. Piosenka ta powstała w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku i wielu uważa ją za "pokoleniową". Kolega outsidera Kinga, wobec jego wątpliwości, kto tak naprawdę rządzi miastem, nie ma żadnych złudzeń: to "biskup z komisarzem" rozdają karty w Częstochowie -- "mieście świętej wieży". W zbliżonym okresie podobne intuicje wyrażał Krzysztof "Grabaż" Grabowski, wokalista poznańskiej Pidżamy Porno, stwierdzając, że "między czarnym a czerwonym nie sposób czuć się dobrze".

Choć teksty piosenek nie są najmocniejszym argumentem społecznej refleksji, to nie sposób ich nie przywołać, przypominając sobie żywiołowość debaty, która przetoczyła się przez Polskę w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku, właśnie w czasach, kiedy King okupował pierwsze miejsca list przebojów. Przemiany Okrągłego Stołu umożliwiły ustanowienie III Rzeczypospolitej, opartej na demokracji parlamentarnej i gospodarce wolnorynkowej. Duża część polityków i publicystów, nie wspominając o całej rzeszy obywateli, upatrywała jednak rzeczywistych ośrodków władzy, gdzie indziej, "pod powierzchnią" oficjalnego ładu.

Retoryka debaty miała wymiar kolorystyczny. Jedni uważali, że mamy w Polsce spisek "byłych czerwonych komisarzy" - postkomunistycznej nomenklatury, która przekazawszy opozycji kontrolę nad środkami przymusu, uwłaszczyła ogromną część mienia państwowego, dzierżąc tym samym władzę o wiele potężniejszą - kontrolując w istocie gospodarkę państwa. Inni, w czasach, kiedy w polskim parlamencie dominowały siły narodowo-katolickie, za rzeczywiste ośrodki decyzyjne skłonni byli uważać siedzibę episkopatu, biskupstwa i kurie, na gabinetach proboszczów kończąc.

Choć mało kto to pamięta, wojna "czarnych" z "czerwonymi" jeszcze 15 lat temu rozpalała do białości (bo czerwoność byłaby tutaj sformułowaniem mało właściwym) polską scenę polityczną. Spór z czasem przygasł, by przy okazji referendum unijnego zupełnie zniknąć z pola zainteresowania opinii publicznej. Warto go jednak przypomnieć jako jeden z wielu współczesnych zmagań Polaków z problemem, kto tak naprawdę "pociąga za sznurki".

Kliki, mafie, sitwy

W przeciwieństwie do "zwykłego obywatela", politolodzy, filozofowie polityki oraz socjologowie już dawno pogodzili się z tym, iż rozstrzygające wskazanie tego jednego i ostatecznego suwerena sprawującego władzę jest niemożliwe - czy to ze względu na wieloznaczność pojęcia władzy, czy też z racji niesamowitego skomplikowania relacji w sferze publicznej. Dlatego też być może sensowniej i rozsądniej byłoby zapytać o to, co sądzą na ten temat ludzie. Głos ludu nie da nam co prawda rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie "kto rządzi", ale wiedząc o tym, jaka jest świadomość społeczna w tym względzie, możemy dowiedzieć się czegoś ciekawego o nas samych.

Kilka lat temu ankieterzy CBOS zadali reprezentatywnej grupie mieszkańców naszego kraju pytanie o to, kto tak naprawdę rządzi w Polsce. Socjologom chodziło o ujawnienie potocznych przekonań o władzy w naszym kraju, opartych na stereotypach oraz treściach przekazywanych nam codziennie przez radio, telewizję i Internet. Zadane respondentom pytanie o to, kto rządzi, było "otwarte" - pytanym osobom nie przedstawiano listy możliwych odpowiedzi. Oczekiwano, że respondenci sformułują je sami, nie sugerując się niczym poza własnymi przekonaniami.

Okazało się, że prawie połowa z nas (45%) pojmuje świat władzy w kategoriach chorobowych. Istotą i źródłem władzy w Polsce są - zdaniem prawie połowy nas - zjawiska patologiczne. Na pytanie "Kto rządzi w Polsce?" respondenci mówili o "klikach", "mafii", "sitwach", by poprzestać na najłagodniejszych sformułowaniach. Nieco mniejsza część (40%) na pytanie o ośrodki władzy wskazała na instytucje i stanowiska oraz partie polityczne. Odpowiedzi tej grupy respondentów były pozbawione nastawienia emocjonalnego. Trzecim sposobem opisywania świata władzy było wskazywanie na różnego rodzaju ukryte grupy i siły, faktycznie, choć pokątnie decydujące o naszym "tu i teraz". Lista owych ukrytych sił jest długa: kler, Żydzi, obcy kapitał, ludzie starego systemu itd…

Elektorat partii prawicowych, takich jak PiS i LPR, zdecydowanie częściej niż inne grupy badanych wskazywał na owe ukryte siły. Wyborcy lewicowi natomiast najrzadziej mówili o ukrytych siłach, chętnie wskazując na konstytucyjne ośrodki władzy - prezydenta, premiera. Prawie co dziesiąty badany (9%) nie był w stanie odpowiedzieć, kto, jego zdaniem, rządzi Polską.

Władza rozproszona

Pytanie o to, kto rządzi, jest skomplikowane nie tylko dlatego, że żyjemy w ustroju politycznym opartym na Monteskiuszowskim trójpodziale władzy. Pomysł, na który ludzkość wpadła wiele setek lat przed Monteskiuszem (idea ta ma swoje korzenie w starożytności), miał na celu uniemożliwienie koncentracji władzy w jednych rękach.

Trójpodział władzy jest ideą rozproszenia władzy w sensie legislacyjnym. Za pomocą odpowiednich zapisów konstytucyjnych oraz ustaw ogranicza się prawnie kompetencje poszczególnych organów władzy, by żaden z nich nie uzyskał przewagi nad pozostałymi. W praktyce ścisłe oddzielenie władzy ustawodawczej od wykonawczej, a tej od sądowniczej itd. jest trudne, o czym świadczy choćby kulejąca polska kohabitacja między prezydentem Kaczyńskim a premierem Tuskiem.
Rozproszenie władzy we współczesnym świecie ma jednak również wymiar realny. Pokazuje to celnie socjolożka Jadwiga Staniszkis w swej ostatniej książce "Ja. Próba rekonstrukcji". Jej zdaniem, system społeczny współczesnej Europy i wchodzących w jej skład państw ma charakter sieciowy. Nie sposób wskazać nie tylko "głównego centrum dowodzenia", nie sposób też określić siły sprawczej poszczególnych aktorów - uczestników sieci.

Do tej pory, zgodnie z koncepcją polityki wywodzącą się jeszcze od św. Tomasza z Akwinu, władza była utożsamiana ze źródłem władzy posiadającym możliwość decydowania. Zdaniem Staniszkis, nasze usilne poszukiwania osoby lub grupy posiadającej moc sprawczą (niezależnie, czy będą to głowy państw, biznesmeni, Żydzi, masoni czy cykliści), są skazane na niepowodzenie. W warunkach demokracji, wolnego rynku i globalizacji, pełnia władzy nie jest możliwa. Władza jest rozproszona, ponieważ posiadają ją nie tyle podmioty życia politycznego (politycy, partie, instytucje), co relacje między tymi podmiotami: ciągi procedur oraz sieci powiązań.

Koncepcja władzy jako zdecentralizowanej sieci nie oznacza chaosu decyzyjnego i nie skazuje społeczeństwa na los dryfującego po wzburzonym morzu statku, nad którym nikt nie ma kontroli i który niechybnie rozbije się o jeden ze skalistych klifów. Zglobalizowana demokracja, podobnie jak wolnorynkowa gospodarka, nie musi być zhierarchizowana i scentralizowana, aby dobrze funkcjonować. Żaden "ośrodek władzy" nie przewyższy inteligencją i intuicją złożonej sieci poszczególnych jednostek-obywateli, dysponujących wolną wolą i podejmujących suwerenne decyzje.

Radosław Oryszczyszyn jest pracownikiem naukowym Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie