Wiosna 1915 - widmo głodu i nędzy ostatecznej

Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego
13 sierpnia 1915 roku Białystok zajęli Niemcy. Nieznany nam bliżej rysownik Kurt Wasser 27 sierpnia uwiecznił panoramę miasta.
13 sierpnia 1915 roku Białystok zajęli Niemcy. Nieznany nam bliżej rysownik Kurt Wasser 27 sierpnia uwiecznił panoramę miasta. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego
Wiosna 1915 roku w Białymstoku nie należała do radosnych. Nad miastem coraz wyraźniej wisiało widmo wojny, która dotychczas toczyła się gdzieś tam daleko.

Już na początku 1915 r. do szpitali zaczęto przywozić pierwsze transporty rannych żołnierzy, ale życie toczyło się jakby na uboczu tych wydarzeń. Gdy jednak na przedwiośniu w mieście pojawili się pierwsi uciekinierzy, zmuszeni do opuszczenia swoich wsi i miasteczek, zapanowało słuszne przekonanie, że wojna wkrótce dotrze i tu.

W mieście zapanował nastrój niepokoju i jednocześnie mobilizacji. Jednym z jej przejawów było uaktywnienie się białostockiego oddziału Towarzystwa Pomocy Biednym Rodzinom Polaków Uczestniczących w Wojnie oraz Zubożałej Ludności Polskiej. Tą przydługą nazwę potocznie zastępowano określeniem Towarzystwo Pomocy Ofiarom Wojny. Powstało ono zaraz po wybuchu wojny w Petersburgu. Jego białostocki oddział powstał w grudniu 1914 r., jednak nie przejawiał żadnej działalności. Dopiero 8 kwietnia 1915 r. odbyło się zebranie reaktywujące tę organizację. Uczestniczyli w nim ci, którzy już wcześniej, jak to określano, w "wolnym komitecie", zaczęli samorzutnie prowadzić działalność nie oglądając się na "uśpione" Towarzystwo.

Głównym organizatorem tego obywatelskiego zrywu był wikary białostockiej parafii ksiądz Maksymilian Sarosiek, a jak pisano "nieocenione usługi w tej pracy oddały panie Apolonia i Helena Srzedzińskie, Felicja Kłosowska, Eliza Hiegemanówna, Zofia Szmidtówna, a także panowie: Wincenty Fijałkowski i Wincenty Hermanowski. Poważniejsze ofiary złożyli wyżej wymienieni, panna Stefania Karpowiczówna, pan Chodorowski i włościanie okoliczni".

Zebranie to okazało się jednocześnie spotkaniem niemalże wszystkich, którzy od kilku lat prowadzili różne formy działalności patriotycznej, oświatowej, dobroczynnej. Nie mogło więc na nim zabraknąć księży Andrukonisa i Nawrockiego. Zabrakło zmarłego przed kilku dniami księdza Wilhelma Szwarca. Ale zebrani, realizując duchowy testament tego wybitnego duchownego, ustalili, że "Towarzystwo zamiast wieńca na grób ś.p. Kanonika W. Szwarca, ofiarowało rb. 50" na pomoc dla potrzebujących. Ze znanych białostoczan stawili się na tymże spotkaniu Marian Koryciński, Witold Łuszczewski, Czesław Kotowicz, Witold Kościa, Kazimierz Riegert, Kazimierz Goławski, Bohdan Ostromęcki, Maria Kościanka. Lista była długa, zapisało się bowiem blisko 300 osób. O wielu z nich pisałem wielokrotnie, więc czuję się usprawiedliwiony, nie wymieniając kto i zacz. Prezesem Zarządu wybrano Tadeusza Straszewicza, a na jego zastępców księdza Sarosieka i doktora Czesława Kotowicza.

Postanowiono, że siedzibą Towarzystwa będzie budynek Wileńskiego Banku Handlowego stojący po dziś dzień na rogu Warszawskiej i Sienkiewicza. Biuro przyjmujące interesantów obsługiwane przez członków Towarzystwa, otwarte było codziennie od godziny 17 do 20. Ustalono też, że w ramach organizacji będą działały sekcje "informacyjna dla zbierania wiadomości o potrzebujących pomocy, sekcja żywnościowa, czyli rozdawnictwa, sekcja wyszukiwania pracy, sekcja zbierania ofiar i powiększania zasobów materialnych Towarzystwa oraz sekcja lekarska".

Szczególnie aktywnie działała sekcja żywnościowa. To dzięki niej zaopatrywano uciekinierów, którzy gromadzeni byli w Starosielcach i Klepaczach. Ze składek społecznych już w pierwszych dniach działalności zebrano niebagatelną sumę 2 tysięcy rubli. Mieszkańcy Białegostoku o powstaniu i rozpoczęciu działalności Towarzystwa dowiedzieli się ze skierowanej do nich odezwy. Rozpoczynała się dramatycznym akapitem - "srożąca się od ośmiu miesięcy bezprzykładna w dziejach świata wojna ze wszystkimi jej okropnościami, jak ciężka lawina zalała nieszczęśliwą ziemię Polską". A dalej były "głód, mór i pożoga", "tragedia zaiste straszna", "widmo głodu i nędzy ostatecznej". Po tych przejmujących grozą słowach następował apel o "święty obowiązek" pomocy, wezwanie "wszystkich, którzy nie zapomnieli wielkiego przykazania miłości bliźniego, którym drogie jest imię Polski i Polaka".
24 maja 1915 r. Towarzystwo zorganizowało w teatrze Palace przedstawienie, z którego całkowity dochód przeznaczony został na potrzeby organizacji. Siłami amatorskimi wystawiono dwie jedno-aktówki - Jesienią L. Świderskiego i Pan Bonifacy W. Rapackiego oraz "komedio- opera" Czuła struna Clairville`a. Na zakończenie wystąpił chór prowadzony przez księgarza Albina Brzostowskiego. Jak zaznaczono "dla wygody publiczności w teatrze zostanie urządzony bufet". I z niego dochód szedł też na pomoc dla potrzebujących. Aby zainteresować publiczność informowano, że "kierownik trupy amatorskiej p. A. Piaskowski poczynił najdalej idące wysiłki, by widowisko całe postawić na wysokości zadania", a "chór jest poważnie wyszkolony przez swego kierownika". Zgodnie z oczekiwaniami bilety sprzedawane w cukierni Fijałkowskiego rozeszły się w komplecie, a występy artystów uznano za ogromny sukces. Jeden z widzów, uciekinier z Grajewa, ze wzruszeniem pisał - "Cześć Wam bracia białostoczanie, za Wasze dobre serca! Przyjmijcie od nas prostoduszne, a szczere staropolskie - Bóg zapłać".

Dochód z przedstawienia wyniósł 613 rubli i 94 kopiejki. Zarząd Towarzystwa dziękował między innymi dyrektorowi elektrowni Kazimierzowi Riegertowi "za bezpłatne udzielenie światła" oraz wielu osobom, które zaopatrzyły bufet. W następnych tygodniach akcja pomocy dla uciekinierów, których przybywało, nabierała coraz większego rozmachu.

Mieszkańcy Białegostoczku, który wówczas był jeszcze podmiejską wsią, którzy otrzymali odszkodowanie pieniężne od władz wojskowych "za zajętą pod obóz letni ziemię", postanowili część pieniędzy przekazać Towarzystwu. Pojawiły się nawet głosy, że mieszkańcy wsi byli bardziej hojni niż wykształceni i zamożni mieszczanie. Prostoduszność i poświęcenie włościan podyktowane były poczuciem, które wyrażała opinia, że przecież uciekinierzy swego majątku "nie przepili, w karty nie przegrali, jakże im żałować pomocy".

Delikatnie krytykowano wyższe warstwy społeczne, pisząc, że "miasto i inteligencja nasza wraz z obywatelstwem ziemskim, ofiarowując chętnie swoją pracę i datki pieniężne, w najmniejszej nawet części nie chce wyrzec się swego komfortu i wygód w jakich żyje". Gdy podsumowano dwa miesiące działalności Towarzystwa, to liczby robiły wrażenie. Udzielono różnej pomocy 1200 osobom. Zorganizowano bezpłatne i tanie obiady. Z zapomóg pieniężnych stałych i jednorazowych skorzystało 127 rodzin (około 700 osób). 105 osób otrzymało ubrania i bieliznę. Znaleziono pracę dla 38 osób, a 34 udzielono pomocy lekarskiej. W aptekach Filipowicza i Hermanowskiego sprzedawano po cenach symbolicznych lekarstwa oraz udzielano bezpłatnej pomocy prawnej. 1 czerwca 1915 r. Towarzystwo liczyło 566 członków. Tak to już jest, że historię wojen znamy od strony militarnej. Bitwy, uzbrojenie, taktyka, generalicja, sztaby. A przecież najliczniejszymi uczestnikami, często mimowolnymi, działań wojennych jest ludność cywilna. To ona, aby przetrwać sama, musi zadbać o siebie. Ten białostocki przykład organizowania samopomocy jest jednym z piękniejszych momentów historii naszego miasta. Niestety jakże mało o nim wiemy.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie