Vadatajs. Poszukiwanie siebie i łotewskiego ducha

Agata Sawczenko
Marcel Borowski
Marcel Borowski archiwum prywatne
W momencie, kiedy pomyślałem, że sfotografuję ludzkie strachy, sam stałem trochę na rozdrożu życiowej drogi. Czym się zająć, gdzie zamieszkać, gdzie się udać? Nawet inni widzieli, że jestem pogubiony. Nie mogłem też znaleźć tematu na fotograficznych warsztatach na Łotwie. Vadatajs - demon z łotewskich legend - trochę sam do mnie przyszedł.

Marcel Borowski to białostoczanin z głową zawsze pełną pomysłów, jak swoje pasje zamienić na sposób na życie.

- Gdy miałem 12 lat, postanowiłem robić filmy. Rok później już miałem bardziej sprecyzowane plany. Chciałem zostać operatorem filmowym czy - jak to się ładnie nazywa - operatorem obrazu - opowiada.

Filmy kręcił cały czas. Ale zaczął też robić zdjęcia. Fascynowało go miasto, klimat nawet tych mało uczęszczanych miejsc. Chętnie fotografował graffiti. A ludzi nigdy nie prosił, by mu pozowali. Owszem, robił im zdjęcia, ale tak, by tego nie zauważyli. To wydawało mu się ciekawsze.

Potem - oczywiście - wszystko się zmieniało: zainteresowania fotograficzne, sposób robienia zdjęć, tematy, które podejmował. Dwa lata temu przez ponad miesiąc współpracował z Jimmim Nelsonem, brytyjskim fotografem, który podróżował po całym świecie i fotografował zanikające plemiona. Marcel pojechał na jego wystawę i prosił gości, by zapozowali mu dokładnie tak, jak modele na fotografiach Nelsona.

- Zasiedziałem się trochę w tych zdjęciach - śmieje się Marcel, wspominając swoje marzenia o zostaniu operatorem filmowym. No ale to prawda - zasiedział się aż tak, że zaczął nawet studia fotograficzne.

- Zostałem fotografem - mówi Marcel. - Do tej pory zdarza mi się pracować jako fotograf.

Warsztaty u pana od książek

Zresztą co tu kryć - fotografowanie Marcel po prostu lubi. Dlatego gdy ma okazję - uczy się czegoś nowego. To właśnie po to pojechał na warsztaty fotograficzne na Łotwę.

- Pojechałem chyba też trochę dlatego, że nagle poczułem się trochę w tym moim świecie zagubiony. Nie wiedziałem, co chcę robić, czym się zająć, gdzie zamieszkać. Wiedziałem o tym. A jednocześnie wiedziałem, że ludzie też widzą, że jestem właśnie w takim okresie życia: po prostu trochę pogubiony.

Czy warsztaty fotograficzne to dobry pomysł, by poukładać sobie wszystko w głowie? Zwłaszcza gdy jedzie się w takiej chwili, gdy nie tylko nie ma się pomysłu na siebie, ale nawet pomysłu na temat zdjęć? No a zwieńczeniem tygodniowego projektu ma być wystawa.

- Było wielu prowadzących. Trafiłem na tego, do którego najbardziej chciałem - do Jima Goldberga z Magnum Photos, czyli tej najsłynniejszej agencji fotograficznej - opowiada Marcel. - Ja zawsze nazywałem go panem od książek - śmieje się.

Bo Jim Goldberg przy długoterminowych projektach fotograficznych, których zwieńczeniem jest wydanie książki, potrafi pracować nawet 10 lat!

No tak - niby specjalista od długoterminowych projektów, ale nie zasypia gruszek w popiele. Jim Goldberg po prostu działa. Podczas gdy pierwszego wieczoru uczestnicy warsztatów odpoczywali po podróży - grupa Jima już miała pierwsze spotkanie. I pierwsze zadanie. Na rano. - Mamy sfotografować swoje lęki.

Mają na to końcówkę wieczora, noc, no i poranek.

- Ja niby mam na to jakieś pomysły, ale w ogóle nic mi nie wychodzi. Ostatecznie fotografuję mój lęk poranny związany ze wstawaniem z łóżka, otwieraniem się na świat, wychodzeniem z domu - mówi Marcel.

Na zajęciach wszystkie pomysły były omawiane. - Ale to przecież tylko ćwiczenie. Ja nadal nie mam pomysłu, czego będzie dotyczył ten mój tygodniowy projekt - mówi Marcel.

Sfotografować strachy

Cały czas się nad tym zastanawia. To pierwsze zadanie ze sfotografowaniem lęku porusza jego wyobraźnię. Przypomina sobie, że w drodze na warsztaty poznał w pociągu Łotyszkę. Mówiła, że pracuje w Muzeum Etnograficznym.

- Opowiadała o tradycjach łotewskich, historii. O tym, że Łotysze są bardzo związani z przyrodą, szczególnie z lasami, bo lasy są tam praktycznie wszędzie. No i oni często mieszkają przy lasach - mówi Marcel.

Mówiła o dajnach - czyli tradycyjnych pieśniach łotewskich. - Coś takiego jak u nas klechdy czy legendy, tyle że śpiewane - wyjaśnia Marcel.

Niektóre z nich liczą nawet ponad tysiąc lat. Dotyczą wszystkiego, co może przytrafić się człowiekowi. A niektóre nawet czasów przedchrześcijańskich - bóstw czy magicznych obrzędów.

- Zacząłem szukać w internecie tych dajnów. Tłumaczyłem je translatorem, trochę pomagali mi ludzie. Szukałem w nich lęków, demonów. Bo uznałem, że to jest dobra droga.

Legendarne demony znalazł dwa. Jednego odrzucił na początku. Lietuvans - o wyglądzie przypominającym diabła - nie przypadł mu w ogóle do gustu. Za to Vadatajs...

- Ten Vadatajs szczególnie mnie dotyka. Zajmuje się gubieniem ludzi... Idealnie się wpasował w to, co wtedy czułem. Bo ja też wtedy byłem zagubiony, nie wiedziałem, co robić, nie wiedziałem, o czym robić zdjęcia. Nie wiedziałem nawet, jak żyć dalej, co będę robić, jak wrócę do domu po warsztatach...

Zaczął drążyć. Okazało się, że nikt nie wie, jak Vadatajs wygląda. Nie ma on swojej personifikacji. Owszem, nie można powiedzieć, że nikt go nie widział. Ale każdy widzi go po swojemu: a to jako światło na gałęzi, błysk na końcu drogi, a to jako zwierzę stojące na drodze i tak wpatrzone w wędrowca, że ten - chcąc nie chcąc - zbacza ze znajomej leśnej ścieżki. A to nawet jako znajomego - który nagle tak jakoś dziwnie okazuje się nieprzychylny...

Łotysze świetnie znają lasy - przecież praktycznie w nich żyją. Ale gdy spotykają takiego demona na swojej drodze - gubią się. Nie mogą znaleźć drogi powrotnej, krążą w kółko. Bo Vadatajs właśnie w lasach albo na jakichś skrzyżowaniach dróg wyprowadza ludzi w pole.

- My też mamy swoje legendy: o bazyliszku, o smoku. A nikt przecież bazyliszka nie widział. Wiemy, że to stara opowieść - mówił Marcel.

Postanowił sprawdzić, jak to jest z Vadatajsem. Napisał po litewsku karteczkę: „Jestem studentem fotografii, chciałbym zrobić ci zdjęcie. Czy wiesz kim jest Vadatajs?”. I zaczął chodzić po litewskich wioskach.

- No jasne, widziałam. Tak się pogubiłam, że przez wiele godzin nie mogłam drogi odnaleźć.

- Mego syna cała wioska szukała. Znaleźliśmy na szczęście. Nie za bardzo wiedział, co się stało.

- Zobaczyłam błysk na rozdrożach. Poszłam...

Okazało się, że każdy wie, kto to jest Vadatajs. I to wcale nie z książek, opowieści, ale tak po prostu - z życia.

Każdy go widział, spotkał - godzinami krążył w kółko po lesie, mimo że znał ten las jak własną kieszeń. Szedł do domu - ale zobaczył jakiś błysk na gałęzi, który poprowadził go donikąd.

- I to były magiczne momenty - gdy nagle wychodziło, że demon, którego wybrałem - cały czas istnieje - nieważne, czy ja go widziałem, czy nie widziałem. Czy jest gdzieś zarejestrowany, czy nie. On cały czas żyje w umysłach ludzi - no więc istnieje - opowiada Marcel. - A ja już wiem, o czym chcę robić wystawę! Jimmy mi podpowiada, czym się kierować, jakie zdjęcia oglądać, daje mi rady.

Marcel zaczyna robić portrety tym ludziom, którzy opowiadają mu o demonie. Albo prosi ich jeszcze czasem, by poszukali w głowach tego czegoś, co ich zagubiło w życiu. - I oni mają wtedy bardzo specyficzne wyrazy twarzy, które staram się sfotografować. Fotografuję twarze, całe sylwetki. Ale nastawiam się na oczy. Szukam tego zagubienia w oczach.

Jednak szybko zaczyna postrzegać swoje fotografie jako jednostajne, nudne. To samo zauważa jego mentor. - Najpierw mówił, że niby spoko spoko. Ale zauważyliśmy, że nic z tego nie wynika.

Zaczął szukać czegoś innego.

- Trochę w krajobrazach - bo tych było tam mnóstwo, trochę w jakichś innych dziwnych sprawach - słysząc, co mówi, Marcel od razu się uśmiecha. - Oczywiście, nazywanie tego dziwnymi sprawami nic nie znaczy. Szukałem jakichś takich magicznych rzeczy. Wchodziłem ludziom do domów. Z pozoru zupełnie przeciętne domy. Ale one miały coś w sobie. Gdzieś znalazłem jakiegoś wypchanego ptaka. Pamiętam dokładnie ten moment. Później go sfotografowałem.

Opowiada, że wchodził do byle jakiego domu. Zupełnie nie myślał, gdzie idzie, do jakich puka drzwi. - Jak pies zaszczekał na mnie, jak był ktoś w ogródku - uznałem to za znak, że powinienem wejść.

Zdarzały się różne sytuacje.

- W jednym domu - urodziny! 10 osób, stawiają nalewkę na stół, a w ogródku - rosną konopie.

Trochę zdjęć zrobił jakoś tak z przypadku. Bo jednego dnia zostawił na chwilę swój projekt i zaczął pomagać koleżance z grupy. - Chodziłem z nią bez pomysłu, zupełnie zagubiony. I też zdarzało mi się zrobić zdjęcia z takich nudów trochę, zagubienia. A później okazywało się, że one bardzo siedziały w tej mojej historii. Że bardzo do niej pasowały.

We wszystkich fotografiach próbował oddać ten mroczny klimat demona i legend. - Bo te łotewskie legendy są mroczne - mam wrażenie, że nie mają one happy endów. Są oczywiście moralizatorskie - ale wydźwięku pozytywnego nie mają. I ten nastrój próbowałem oddać. Chyba dlatego, że sam byłem zagubiony i nie wiedziałem, co robić w życiu.

Pod koniec warsztatów zdarzyła się niesamowita sytuacja. Marcel poszedł z koleżanką, która miała coś sfotografować. Nie bardzo wiedział, kogo i gdzie.

- Weszliśmy do jakiejś pracowni malarskiej. Tam był magazynek pełen szpargałów. M.in. stos plakatów. Ja patrzę na jeden - a tam wołami napisane - Vadatajs!

To był plakat reklamujący jakiś jarmark i koncerty. - Była data: 10 lipca. Moje urodziny!

Marcel mówi, że to było takie zaskoczenie, że aż zakłuło go serce. - Szukam go, a on mnie odnajduje wcześniej. Może to znak, żebym aż tak się w to nie angażował? Bo niby nie wierzę w demony... ale skoro mnie odnalazł - to może jednak istnieje? I może trzeba się go bać? Bo on wcale nie chce, by została opowiedziana jego historia.

Żeby się nie zgubić

Wystawa o Vadatajsie powstała. Marcel wrócił do domu. Znalazł pracę w dużej firmie reklamowej w Warszawie - jako filmowiec. Poukładało się też jego życie osobiste.

- Dla mnie cała historia była pewnego rodzaju ostrzeżeniem - żeby się nie gubić. Że i tak wszyscy ludzie widzą, że jestem pogubiony. Więc muszę się wziąć w garść. I mogę uczyć się na błędach - mówi.

I przyznaje, że Vadatajs cały czas do niego wraca. Gdy przegląda swoje stare zdjęcia - widzi, że często go fotografował, wtedy sam o tym nie wiedząc.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie