Ulica Białostoczek ma swoją historię

Opr. Adam Czesław Dobroński [email protected]
Ulica Białostoczek, nr 51
Ulica Białostoczek, nr 51 Archiwum
Do mamy przyszedł wójt Białegostoczku i zaproponował, żeby u nas urządzić punkt zbiórki mleka. Mama zgodziła się ze względu na dodatkowy dochód, ale i lepsze maskowanie tajnych lekcji, które prowadziła - opisuje Romuald Zbigniew Lasota.

Urodziłem się w Białymstoku 26 kwietnia 1938 roku. Miałem otrzymać imię Zbigniew, ale ksiądz oświadczył, że nie było takiego świętego. Moi rodzice Eugenia z Cudowskich i Romuald Lasota pracowali jako nauczyciele w szkole powszechnej na Polesiu w okolicach Łunińca.

W 1939 roku tato walczył w składzie SGO "Polesie" w stopniu podporucznika. Po kapitulacji w rejonie Kocka dostał się do niewoli niemieckiej. Przez obozy przejściowe trafił do Oflagu VII A w Murnau koło Monachium, gdzie przebywał do wyzwolenia przez Amerykanów w 1945 roku. Mama ze mną wróciła do rodzinnego domu na Białymstoczku. Piszę "Białymstoczku", bo taka formę stosowali wszyscy jego mieszkańcy.

Za "pierwszego Sowieta"

Po wejściu Armii Czerwonej mama, chroniąc się przed wywiezieniem, uciekła za nową granicę - do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie mieszkał jej brat Ludwik. Ja zostałem pod opieką niezamężnych ciotek Marysi i Stefy. Dom pod nr 51 był mały, drewniany, kryty dachówką. Jeden pokoik połączono przepierzeniem z kuchnią, a drugi, trochę większy, miał oddzielne wejście z sieni. Podłoga była drewniana, ściany i sufit pokryte tapetą. Małe okienka z sześcioma szybkami na zimę uzupełniano "dubeltowymi" oknami, przechowywanymi latem na strychu. Do środka wkładano ocieplenie z waty udekorowane suchołuskami, a od zewnątrz uszczelniano taśmami papierowymi przyklejanymi mlekiem.

Trzon kuchenny był z piecem chlebowym i okapem. Z sieni, z posadzką cementową, prowadziły drzwi na ganek i wejście na strych. Po wodę chodziło się do studni znajdującej się kilka domów dalej; ubikacja była w ogródku.

Nadszedł 22 czerwca 1941 roku, Rosjanie uciekli, a na ich miejsce przyszli Niemcy. Paliły się magazyny przy ul. Wasilkowskiej, ludzie z Białegostoczku nosili stamtąd mąkę, sól, cukier i wiele innych rzeczy. Najbardziej podobały mi się głowy cukru, który łupało się siekierką na mniejsze kawałki, które wyglądały jak kawałki lodu.

Pewnego dnia stanęła w progu kobieta owinięta chustą. Chciała mnie wziąć na ręce, na co zareagowałem krzykiem: - Ja nie znam tej pani i uciekłem do ciotki. Minęło sporo czasu, nim przekonano mnie, że to moja mama.

Okupacja niemiecka

Sąsiad z drugiej strony ulicy, Rysiek Dolistowski (przepadł po wojnie w niewyjaśnionych okolicznościach) handlował zdobycznymi zabawkami. Mama zaprowadziła mnie do niego i wybrałem samochodzik oraz deseczkę z figurkami z bajki o dziadku i rzepce. Z tamtych czasów pamiętam także pożar na górce, podczas którego wpadłem pod konie, ale na szczęście nic mi się nie stało.

Pewnego razu mama zabrała mnie do sklepu przy ul. Sitarskiej, naprzeciw Kozłowej. Sprzedawano tam jeszcze towary rosyjskie. Kupiliśmy album do zdjęć, kolorowe ołówki i zeszyty w pochyłą kratkę; album pozostał do dzisiaj u mojej siostry. Ciekawe, że przy ciociach nauczyłem się tak dalece dialektu miejscowego, że mama musiała podjąć reedukację. Na tyle z dobrymi skutkami, że później na studiach nikt nie wierzył w moje białostockie pochodzenie.

Bydło i owce zabierał rano pastuch Marcin, miał trąbkę i dwóch zmieniających się pomocników. Wieczorem krowy wracały z pastwiska bezbłędnie trafiając do swoich zagród. Lubiłem pić mleko prosto od krowy. Owcom dawaliśmy kawałki chleba, podchodziły i jadły z ręki. Krowa stała w obórce zrobionej w zasieku w stodole, zaś przy domu były chlewki dla świń i kur. Codziennie, aż do likwidacji getta, przez naszą ulicę przejeżdżała kawalkada żydowskich beczkowozów pod eskortą uzbrojonych Niemców.

Tajne komplety

Mama przez całą okupację uczyła dzieci w naszym i w innych domach, na Kolonii Białostoczek urządzono nawet salę lekcyjną z prawdziwą tablicą i kredą. Najbardziej zapamiętałem dom państwa Boćkowskich, który do dziś stoi na Białymstoczku. Uczyli się tam Hanka i Włodek Boćkowski oraz Tadek Tryk. Często podczas lekcji bawiłem się na podłodze, przeglądając przedwojenne ilustrowane czasopisma.

Było to moje pierwsze zetknięcie się z Koziołkiem Matołkiem, Walusiem Rekrutem i innymi postaciami opowieści dziecinnych. Chodząc z mamą na wszystkie lekcje szybko nauczyłem się czytać, a jeden wierszyk pamiętam do dzisiaj, o łódce z kory puszczonej na staw.

Pewnego razu do mamy przyszedł wójt Białegostoczku i zaproponował, żeby urządzić u nas punkt zbiórki mleka. Mama zgodziła się ze względu na dodatkowy dochód i lepsze maskowanie tajnych lekcje. Przynoszone mleko zlewała do konwi i odwoziła do mleczarni przy ul. Botanicznej, a raz w miesiącu wypłacała dostawcom pieniądze. Podobały mi się monety zawinięte w papierowe rulony, lubiłem też oglądać maszyny pracujące w mleczarni.

Potrzeby i atrakcje

Przy ul. Poleskiej, niedaleko skrzyżowania z Botaniczną, znajdowała się olejarnia przerabiająca pestki słonecznikowe. Łupiny sypały się rynną na plac, tworząc wielką hałdę. Niemcy za niewielką opłatą pozwalali je wynosić ludziom na opał. Ciocia uszyła mi woreczek na szelkach i razem chodziliśmy po łupiny. Dzieci na hałdzie polewały się wodą, oblepione łupinami wyglądały jak przedpotopowe zwierzaki. Opał składaliśmy w stodole w zasieku, co sprawiło, że zalęgły się tam myszy. Chodziliśmy również do lasu po chrust i szyszki, by palić w piecu, bo nie było węgla.

Tata z obozu przysyłał listy na specjalnym papierze, razem z odcinkiem przeznaczonym na odpowiedź. Listy były ocenzurowane, niektóre linijki zamalowano czarnym tuszem. Chodziłem z mamą na pocztę na ul. Lipową, tam najbardziej interesowały mnie automaty do sprzedaży znaczków. Oprócz listów dostawaliśmy czasem paczki. W przysłanej na Boże Narodzenie była zabawka wykonana przez tatę z drewna. Był to pojazd na czterech kołach ze śmigłem napędzanym przekładnią pasową od kół. Paczka z cytrusami dotarła po pół roku, więc nawet nie zobaczyłem jak wyglądają prawdziwe pomarańcze.

Gwiazdka była zawsze wielkim świętem, na które czekało się z niecierpliwością. Ubieranie choinki traktowaliśmy jako wielką rodzinną uroczystość. Oprócz bombek rosyjskich, które przetrwały aż do lat 50., musiały się na niej znaleźć małe jabłuszka, pierniczki i cukierki zawinięte w kolorowe papierki, świeczki i zimne ognie.

Mimo okupacji zawsze się coś pod choinką znajdowało. Pamiętam Boże Narodzenie u cioci Jadzi przy ul. Czystej, w domu przy samym getcie. Wujek pracował w zakładach kolejowych w Starosielcach jako mechanik, więc dostałem od niego małą taczkę zrobioną z deseczek na metalowym szkielecie.

Czytaj e-wydanie »

Nieruchomości z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie